Dawno nie było żadnej recki gry
na konsolkę, prawda? Czy to oznacza, że nie gram już na
PlayStacji? Nic bardziej mylnego, jest wręcz odwrotnie - pocinam
jak dzika świnia. Właśnie skończyłem
Mad
Maxa, co wyrwało mi, bagatela, jakieś 50 godzin z życiorysu. Nie wydusiłem
tytułu jak cytrynki, olałem część aktywności pobocznych i powiem szczerze, że
jest to jeden z nielicznych przypadków, kiedy je sobie po prostu odpuszczę. Nie
chce mi się, najzwyczajniej w świecie. I nie przekonuje mnie nawet perspektywa
zdobycia kilku dodatkowych trofek. Przez dłuższą część gry robimy bowiem dokładnie
to samo, a ja jednak trochę szanuję swój czas…
Nie zrozumcie mnie źle, lubię czyścić
mapę w otwartych światach, patrzeć jak zagrożenie w regionach maleje i
kolekcjonować masę niepotrzebnych znajdziek. Sęk w tym, że w
Szalonym Maksymilianie chyba trochę
przesadzili z jeżdżeniem po bezdrożach tylko po to, żeby zebrać trochę złomu i
odhaczyć miejscówkę. Miałem ambicję, żeby odnaleźć wszystkie
strzępki historii, ale ze dwa były
ukryte tak perfidnie, że i to sobie darowałem. A szkoda, bo akurat te "urozmaicacze" są rewelacyjne, nadają światu głębszego tła i budują jego historię. Każdy ze
strzępków to zdjęcie, notatka lub
wywieszka pochodząca sprzed upadku cywilizacji lub powstała krótko po nim. Większość
tych świadectw jest genialnie puentowana przez głównego protagonistę.
 |
| Malownicze widoczki pustkowi to w tej grze przyjemny standard. |
Postapokaliptyczny świat
wykreowany przez Avalanche Studios (developerów
znanych głównie dzięki serii Just Cause) jest naprawdę śliczny. Momentami czułem jak
piach wdziera mi się do ust, nosa, uszu i innych otworów ciała, a słońce wysusza moje ciało na wiór. Niektóre
lokacje, takie jak rozległe lotnisko czy zasypany kościółek pozostaną w mojej
pamięci na długo. Niestety, oprócz fantastycznych miejscówek i dość
różnorodnych obozów wroga, mamy także całą masę niczym niewyróżniających się
zakamarków, które trzeba odwiedzić, jeśli chce się zdobyć przydatne
udoskonalenia do twierdz (naszych bezpiecznych baz wypadowych). Przykro mi to
mówić, ale część aktywności pobocznych, na przykład te polegające na odkręceniu
zawodów paliwa na terenie Smażyciela czy rozbrajaniu zaminowanych pól są nudne jak
flaki z olejem.
Gra jest łatwa. Nawet bardzo. Nie
mamy możliwości wyboru poziomu trudności, a nasza postać
leveluje szybko i pod
koniec rozgrywki może nosić ze sobą tyle amunicji i jednorazowych noży, że nie
musimy się zbytnio martwić starciami ze zwykłymi przeciwnikami. Pojedynki z
bossami to trochę więcej wysiłku, ale tutaj czeka nas spory zawód: większość głównych
przeciwników to powolne, wytrzymałe, zakute w żelazne maski kmioty, posługujące
się cholernie ciężką bronią dwuręczną. Najprostszym sposobem na pokonanie tych
niemilców jest odczekanie, aż zakończą swoją sekwencję ataku i zajście ich od
tyłu, kiedy z trudem podnoszą broń. Szybcy nożownicy są w mniejszości, choć walka
z nimi również nie satysfakcjonuje. Ot, trzeba wyczekać, zblokować i wyprowadzić szybką kontrę. Obijanie mord samo w sobie jest jednak grywalne i kiedy dopadnie nas liczna grupa
uzbrojonych obwiesiów, robi się widowiskowo. Po kilku cennych atakach
Max wpada w tryb furii, co pozwala spuszczać
solidny wpie*dol. Porównując system walki do innych gier akcji, zdecydowanie
najbliżej mu do
Cienia Mordoru.
Trochę dalej zaś, ale wciąż blisko, do
Batmanów od
Rocksteady.
 |
Walki w pojazdach są efektowne i sprawiają najwięcej frajdy.
Dla ułatwienia, przy celowaniu żelastwem, czas wyraźnie zwalnia. |
Wszystko ładnie, pięknie, ale
napisz coś o walkach za kółkiem! Ooo tak, te są bardzo soczyste! Rozwalanie
konwojów ludzi Scrotusa to bodaj najprzyjemniejsza
rozwałka w jakiej miałem przyjemność maczać palce od bardzo, bardzo dawna. Do
dyspozycji mamy m.in.: genialny harpun, grzmoty (ogniste kije), obrzyna, boczne
palniki, kolczaste opony czy tarana. Wszystko jak trzeba! Taaak, sianie
postrachu na wydmach za kółkiem Archanioła
to wystarczający powód, żeby pograć w Mad
Maxa. Wyścigi Śmierci dostarczają
już ciut mniej zabawy. Są mocno powtarzalne i lepiej wyeliminować bryki
konkurentów, niż wdawać się w spowalniające i niebezpieczne przepychanki. Interesujący wydaje
się jeden tryb, polegający na optymalizowaniu ustawień swojego Magnum Opus i próbie wykręcenia nim
najlepszego czasu wśród wszystkich graczy Mad
Max. Taki fajny, multiplayerowy
elemencik.
Fabuła? Niezbyt zajmująca. Niby
poznajemy jakieś postacie, wykonujemy dla nich
Misje na Pustkowiach, ale los żadnej z nich zbytnio mnie nie
porusza. Jedynie pod koniec autorzy zdecydowali się naprawdę dołożyć do pieca
i zaserwować nam garść szaleństwa i brutalności. Kiedy myślę o ciekawych postaciach w
tym (growym) uniwersum, przed oczami staje mi głównie
Chumbucket, z którym spędzamy lwią część gry. To nasz towarzysz na
pace. Został napisany świetnie. Jest tchórzliwym, pokręconym
silnikogrzebem (tj.
mechanikiem) i ma swój specyficzny, porąbany sposób mówienia. Gra to produkt fabularnie niezwiązany z serią filmową, aczkolwiek czerpiący z niej całkiem sporo, łącznie
z niektórymi bohaterami. Czyim synem jest
Scrotus,
fanom uniwersum nietrudno będzie odgadnąć.
Co mnie jeszcze mocno w dziełku
od Avalanche zdziwiło? Brak Quick Time Events. W grze jest kilka
naprawdę długich przerywników, gdzie bohaterowie siłują się, szarpią i
teatralnie zadają (prawie) ostateczne ciosy. A my wtedy stygniemy. Śledzimy
wydarzenia bez emocji. Warto byłoby bardziej zaangażować użytkownika! Nie sądziłem,
że kiedykolwiek zatęsknię za rytmicznym stukaniem w symbole, a jednak!
Podsumowując: produkcja powinna
przypaść do gusty zbieraczom, którzy mają dużo cierpliwości, wolnego czasu i nie oczekują wielkich nagród za monotonne szwendanie się tu i tam. Oczywiście, można zadowolić
się tzw.
speedrunem i zaliczeniem
tylko głównego wątku, ten jednak na kolana nie powala. Dla ładnych widoczków i pojeżdżenia sobie po wydmach, saletrowych polach i
wysypiskach śmieci, chyba warto. Mówię to jednak raczej niepewnie.
6+/10. To nie
jest słaba gra, tylko trochę za mało urozmaicona. I nie wnosząca kompletnie nic
nowego do gatunku. Zachowawcza i ledwie poprawna.
 |
Rodzajów przeciwników jest dużo, lecz niezwykle łatwo znaleźć
na nich skuteczne taktyki walki. |
Plusy:
+ Świetny, zręcznościowy model
jazdy i walki w brykach
+ Sprawdzony i dynamiczny model
walki wręcz
+ Klimat, miejscami gęsty i
przyjemny niczym śmietana, stymulowany raczej miejscami, niż ludźmi
+ Intuicyjny i nieźle rozwiązany tunning aut, podobnie zresztą jak rozwój
postaci. Udanego zbierania złomu, bo potrzeba go obrzydliwie dużo!
+ Strzępki historii
+ Niebezpieczne i widowiskowe burze piaskowe
+ Możliwość kręcenia
zaawansowanych filmików z rozgrywki. Dano nam spore możliwości, bo
drugi pad może obsługiwać kamerę, z całkiem dużą dozą swobody! Efekty? Sprawdź
na przykład
TUTAJ.
Minusy:
- Kupa powtarzalnych misji
pobocznych, a i główne gracza nie urzekną
- Na dłuższą metę trochę nudno w
tej piaskownicy, szczególnie z bossami i celami opcjonalnymi w przejmowanych
obozach
- Nieinteraktywne cut-scenki
- Gra potrafi notować duże spadki
płynności. Wyścig w Czarnym Mieście
dobitnie to udowadnia.
- Miejscami brak tu logiki. Nie
możemy zabrać jedzenia na później, a po rozklepaniu całej
załogi obozu rujnujemy infrastrukturę, żeby po chwili zobaczyć jak nasze
sojusznicze jednostki próbują ją odbudować… A kim są właściwie ci przychylni
nam ludzie? Nie wiadomo…
- Zbyt mało głębi w rozgrywce. Max Rockatansky tylko picuje brykę i
sieje zniszczenie. Ale zaraz… Czy właśnie nie takie było założenie pierwszych
filmów Georga Millera?
 |
Do dyspozycji mamy także funkcjonalną snajperkę, którą przyjemnie rozwala się
obronę przedpola wrogich obozów i innych Kulomiotów (czyli snajperów).
A wiecie jak nazywa się tu medyków? Antropomechanicy ;] |