Pokazywanie postów oznaczonych etykietą metrobus. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą metrobus. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 30 stycznia 2014

ERASMUS LIFE #19

Z Shihchuanem aka Żółtym Bratem i Widlerem (Haiti).
Nielegalne picie piwa w akademiku, proszę nie mów nikomu..! :C
Starałem się zrobić pamiątkowe zdjęcie z każdym bliskim znajomkiem i porządnie go ścisnąć. Niestety, nie ze wszystkimi się udało. Mimo miesięcy planowania nie obróciliśmy z Cesarem nawet jednego, podłego Efes (will of God), nie złapałem Ilkaya, Serhata, chłopaków z ósmego piętra, dziewczyn z Kazachstanu...

Od lewej Murat, Ali (wybaczam nawet tą niezrozumiałą miłość do Galatasaray) i Ibrahim.
Marmara Park. Ciągle świątecznie!
Ostatniego dnia wszystko wydaje się odrobinę przygnębiające. Uświadomiłem sobie, że większość miejsc widzę (prawdopodobnie) po raz ostatni. Akademik był jaki był, ale człowiek do wszystkiego się przyzwyczai. Niczym szczur. Albo karaluch. Żal nawet gburowatego sprzątacza, który w każde czwartkowe przedpołudnie rozpieprzał nasze rzeczy po caluteńkim pokoju, buńczucznie nazywając ten proceder sprzątaniem.

Abdülsamet aka Szkot, czwarty rok Literatury Anglosaskiej.
Kosmiczny poziom angielskiego i uroczo flegmatyczny
styl bycia!
Pożegnalne Makrube w akademiku. Zawsze zastanawiam się nad
niebezpieczeństwem związanym ze spożywaniem posiłków w ten sposób,
szczególnie gdy zostaje resztka...
Dzień przed wyjazdem miałem do załatwienia kilka spraw. Najważniejsza - msza święta w kościele św. Antoniego wymagała ode mnie nieprzyzwoicie wczesnej pobudki. Ale nic to. Przyda się odrobina boskiego supportu na długą i wieloetapową podróż. Było też kilka pomniejszych spraw typu: kupienie czegoś dla rodzin, u których się zatrzymam (ostatecznie wybrałem bodaj najlepsze lokum w mieście, prosto z renomowanej cukierni Hazıf Mustafa założonej w roku 1864), zobaczenie Dziedzińca Czarnych Eunuchów czy przyjrzenie się najstarszemu spisanemu traktatowi pokojowemu w dziejach ludzkości (jak mogłem pominąć ten bezcenny skarb Muzeum Archeologicznego podczas poprzedniej wizyty?). No i na koniec Muzeum Historii Nauki i Technologii Islamu. Plus wieczorne pakowanie. Sporo do ogarnięcia.

Kościół św. Antoniego, wejście do Krypty!
...i wewnątrz!
Wieża Sprawiedliwości (Pałac Topkapı)
Dziedziniec Czarnych Eunuchów! W końcu!
Pokój matki Sułtana, najważniejszej osoby w Haremie
Traktat Kadesz. Porozumienie między Hetytami i
Egipcjanami, spisane w języku akadyjskim :O
Najpopularniejszy typ statku handlowego na morzach Oceanu Indyjskiego
przed tzw. łacińską dominacją
XII wieczne katapulty z kręgu kultury bliskowschodniej
Pancerny Taran
Pierwszy przystanek wspomnianej podróży życia to Tarsus, rodzinne miasto Aliego. Niestety samo miasto nie ma lotniska, musieliśmy udać się do najbliższego dużego ośrodka - Adany. Jak się później przekonacie, spędzenie czasu w tym miejscu okazało się prawdziwym strzałem w dyszkę. Szybko zapomniałem o części garderoby zgubionej w metrobusie, z której kupienia byłem taki zadowolony. Poświęćmy kilka linijek mojej nieodżałowanej zgubie, która zsunęła się z bagażu podczas przytrzaśnięcia mojej skromnej osoby przez drzwi wehikułu. Życzliwy znalazca nie zdążył jej za mną wyrzucić/wypluć. Oby posłużyła mu dobrze. Była to czarna bluza z kapturem, białymi ściągaczami i ledwie widocznym konturem kieszeni na brzuchu. Na piersiach widniał napis The North remembers i duży, czerwony łeb wilka. Łatwo odgadnąć z jakiego uniwersum pochodziło to cudeńko. Zapytacie pewnie - czemu nie spakowałeś tej cholernej bluzy do walizki? Niestety, zabrakło miejsca. Koniec jednak z rozpamiętywaniem straty zwykłej szmaty. Nie pierwsza i pewnie nie ostatnia, którą straciłem.

Do domu Aliego dotarliśmy na pace samochodu jego taty. Klimatycznie!
PS: Pałac Topkapı. Odwiedziłem to miejsce na początku swojego pobytu w Istanbule, ale dopiero teraz miałem okazję prawdziwie docenić jego piękno. Wymienię tylko dwie kluczowe lokalizacje, które zapierają dech w piersiach: skarbiec i komnata w której znajdują się: włos z brody proroka Muhammeda, odcisk jego stopy, miecze wcześniejszych proroków i ich podwładnych. Więcej chyba dodawać nie trzeba.


PS2: Dostałem kilka prezencików od przyjaciół, w tym śliczną zawieszkę ze słoniem i Okiem Proroka od Ibrahima. Pół żartem, pół serio poprosił mnie, żebym wrzucił zdjęcie tego gadgetu. Leżę teraz w gaciach, na hotelowym łóżku w Izmirze i są dwa powody dla których tego nie zrobię: lenistwo i bojaźń przed otwarciem torby z pamiątkami. W każdym razie dziękuję - za pamięć, pomoc w każdej dupereli, naukę brzydkich wyrazów i filmy, które umiliły nam z Alim niejedną noc. Piona (wiem że wrzucisz to w translator kiedy tylko wyśledzisz swoje imię)! :D

Początek podróży życia!

piątek, 13 grudnia 2013

ERASMUS LIFE #14

'Zapisz grafikę jako...' => 'Ustaw jako tło pulpitu' ;]

Dzisiaj na smutno. Złożyło się trochę groteskowych sytuacji. I tęskno jak Mickiewiczowi do Ojczyzny (może jakiś cykl sonetów trzeba by trzasnąć?). Wróciło parę wspomnień. Poczuło się samotnie na serduszku, powiało chłodnym wiatrem, spadł pierwszy śnieg. Niby nie mam na co narzekać, ot problemy pierwszego świata. Znudzenie i melancholia.

Tak mogłaby wyglądać Puszka Pandory
Pocztóweczki! <3
Oby doleciały do 2 serdecznych przyjaciół, 7 znajomych i 1 nieprzyjaciółki!
Na mój nastrój złożyło się tak wiele okoliczności, że aż nie chce mi się uzewnętrzniać. Nadal mam do napisania najtrudniejszy esej, który byłby sporym wyzwaniem nawet w języku ojczystym. Zaczyna mnie męczyć mieszkanie w akademiku. Doskwiera brak prawdziwej bratniej duszy. Irytuje możliwość komunikacji wyłącznie po angielsku i łamanym turecku, gdzie (siłą rzeczy) język jest okrutnym cenzorem myśli. Jeden z pracowników uniwersytetu poprosił o pomoc w ściągnięciu górnej pokrywy silnika do Daewoo Lublin, nie podając przy tym dokładnych specyfikacji. Co ja kurde wróżka? Innym razem zaspany wchodzę do salonu na sobotnie, integracyjne śniadanie (którego za bardzo lubię), witam się z tureckimi arkadaşiami i co? Okazało się, że stoję w maśle tj. na rozłożonych na podłodze gazetach imitujących stół. Nie wiem czy to gapiostwo, a może "stół" był bliżej niż zwykle, a ja przez chwilę zapomniałem, że tutaj jedzenie z podłogi jest naturalne? Niby nic się nie stało, pośmialiśmy się, że Yabancı, yabancı itd., ale jakoś poczułem się głupio. W niedzielę schodzę sobie do chłopaków z 022 i pytam radośnie: kto wyrusza ze mną do Dolmabahçe Palace. Jeden mówi że był, drugi że się ustawił z kolegą, trzeci obiecał komuś, że koniecznie pójdą razem w późniejszym terminie, czwartego nie ma w mieści. To chrzanię - cisnę sam. I była to bardzo przyjemna, egoistyczna niedziela.

Brama Skarbu, wejście do pałacu. Grubo! :O
Zmiana warty przy Bramie Cesarskiej
A pomyśleć, że to tylko boczne skrzydełko!
Dolmabahçe Palace onieśmiela przepychem. Kryształowe kolumny balustrad, żyrandole prawie dotykające podłogi, niezwykle piękne zastawy stołowe i obrazy, oszałamiająco drogie prezenty od chińczyków, hindusów, anglików. Biblioteka ze zbiorem książek w sześciu językach, prywatne łaźnie, pokoje do wypoczynku, pracy, odwiedzin, poczekalnie dla petentów, miejsca pamięci przodków. Naprawdę, w takim miejscu można zacząć się zastanawiać nad postulatami socjalistów... W środku nie można robić zdjęć, więc niestety nie pokażę za wiele, ale zakupiłem pięknie ilustrowaną książeczkę, która pokazuje prawie wszystko (czyżby okazja do spotkania ze mną po powrocie?:)). Lepsze to niż bycie burakiem i robienie dyskretnych, kiczowatych zdjęć z poziomu jąder czy klatki piersiowej. W ogóle turyści to idioci. Jeden pozbył się woreczków ochronnych z butów, zrzucając je na środku jednego z pierwszych korytarzy. Tak po prostu, ocierając stopę o stopę. Mniejsza o szacunek dla innych zwiedzających, ale część dywanów to oryginalne wyposażenie z początku dwudziestego wieku. Wstyd.

Gdzie Alicja?
Wspomnę tylko, że w pałacu jest wiele dodatkowych atrakcji - Muzeum Zegarów, Harem (do którego wejście jest słono płatne, więc tym razem odpuściłem), ławeczki, fontanny z kaczkami, kawiarenki, sklepiki z pamiątkami, niezły widok na Bosfor. Można spędzić tu całkiem miły dzień.

Ale ja miałem upatrzony drugi cel - Deniz Müzesi. Wejście dla studentów tanie jak barszcz - niecałe 2 liry. Podejrzewam, że pasjonat żeglarstwa i sztuki morskiej dostałby orgazmu, ale mnie zaciekawiły tylko niektóre eksponaty min.: najstarsza oryginalna Galera czy rzeźby rufowe. Nie wiem czy w Istambule mają najlepsze muzea na świecie, ale każde które odwiedziłem miało w swojej kolekcji coś naprawdę wyjątkowego. Props!

Jedyna ocalała Galera, pewnie dlatego, że służyła za
stateczek wycieczkowy sułtana! ;)
Model XVIII rufy z oryginalnymi artefaktami.
Najlepsze działko EVER! Austriacka robota, rocznik 1683. 330 kg, 3 m! 
Oryginalne fragmenty burty Pancernika Orhaniye. Ale to musiał być
XIX wieczny morski potwór angielskiej produkcji! :O 
Odrestaurowana figura Lwa z Fregaty Śruba Rehber-i Tevfika (1868)
XIX wieczna inskrypcja piekarni!
A po muzeum - największy sklepik Beşiktaşu w Istanbule! 5 pięter, magia! Ależ mnie korciło, żeby nie kupić sobie kompletnej repliki stroju. Wyjazdowy, szary komplet wygląda tak cudownie! *.* Ale stwierdziłem - NIE! Przecież jestem fanem Fenerbahҫe! Więc sprawiłem sobie tylko mały, fanowski t-shirt. Następnie wstąpiłem do przyjemnego lokaliku na Pide zapiekaną jajkiem i papryką, po czym postałem dwie godzinki w komunikacji miejskiej. Dzień pełen wrażeń estetycznych.
W tym sklepie jest chyba wszystko potrzebne do
przeżycia...
Po krótkich namowach turecki piesek zgodził się na zdjęcie ;]
Zwracam uwagę na dziecko wciągane do metrobusu. Cytując Aliego:
to jest metrobus, tutaj musisz być jak zwierzę!
Ah, no i zapomniałem wspomnieć, że gdzieś w środku tygodnia, wraz z Koreańczykami chcieliśmy odwiedzić kawiarenkę na szczycie naszej osiedlowej wieży. Specjalnie skorzystaliśmy z innego serwisu dowożącego, który wyrzucił nas na pierwszej stacji metrobusów i dzielnie, pomimo porywistego wiatru parliśmy do przodu, wodzeni wizją gorącego napoju w tajemniczym miejscu. Przechodziliśmy pod płotami, przeskakiwaliśmy po kamieniach i szuraliśmy butami po żużlu tylko po to, żeby od jegomościa na dole dowiedzieć się, że zamknięte. Przecież było po 16. Ciężko powiedzieć dlaczego zamknięte, żaden z uczestników wyprawy nie zgłębił tajników tureckiego w stopniu większym niż podstawowy. Wylądowaliśmy w pobliskim McDonaldzie. Wybrałem specjalny zestaw z turecką odmianą BigMaca, który nie smakował zbyt dobrze (żebyśmy się dobrze zrozumieli, klasyczne BigMacki są również dostępne, ale ja lubię od czasu do czasu poeksperymentować). Odrobinę nachmurzeni wróciliśmy do akademika.

Majestatycznie wyprężone berło!
Polska między Portugalią i Egiptem. Ciekawostka: Egipt po turecku to
Mısır, tak samo jak kukurydza! ;)
Nikt nie rozumie mojego zachwytu tym zdjęciem, ale ja widzę tutaj
szalenie ciekawą kompozycję!

Ale za tydzień szykuje się coś fajnego, zobaczymy czy to wypali, OBY!

Prawdopodobnie pierwsza rzecz z Tajwanu, którą jadłem.
Cholera, nie udało się przed Nią uciec... #podwójne dno
All my scars are open
Tell em what I hoped would be
Impossible...
               ~James Arthur, Impossible

wtorek, 22 października 2013

ERASMUS LIFE #7

Niestety... Skończył się Bayram - skończyło się wolne! A było tak przyjemnie - współlokator wyjechał do Bursy, przez kilka dni miałem pokój tylko dla siebie (nie żebym miał coś do Shihchuana Aliego Chuanga, po prostu przyzwyczaiłem się do posiadania własnego terytorium). Między innymi dlatego szukamy mieszkania z Yarikiem i Nerijusem. Wszystko wskazuje jednak na to, że jesteśmy uziemieni w akademiku na dobre - każda satysfakcjonująca nas oferta wymaga podpisania rocznego kontraktu.

Podczas Bayramu głośne i tłoczne uliczki Beylikdüzü stały się niemal wymarłe. Zamknięto mój ulubiony dyskont i przybytek z tanim dönerem. Nikt nie zaczepiał mnie z agresywną reklamą muli czy innych trefnych produktów spożywczych. Doszło nawet do tego, że jednego wieczoru musiałem wypełniać burczący brzuch bananami z osiedlowego warzywniaka (moja wina, nie zaopatrzyłem się zawczasu w zapas pożywienia). Z okazji świąt gruby, wąsaty sprzedawca częstował klientów cukierkami. Pierwszego (najbardziej uroczystego dnia obchodów) śniadanie w akademiku było obfitsze niż zwykle, a żeby zjeść obiad niepotrzebne były impulsy na karcie posiłkowej! Z innych ciekawostek - przejazd metrobusem kosztował jedynie 50 Kurusz (połowę normalnej ceny)! Taaak, gdyby tylko spadł śnieg, poczułbym się jak przed Bożym Narodzeniem (na wystawach sklepowych ustawiono stosy prezentów, wszyscy krzątali się podejrzanie pośpiesznie). W dwóch słowach: İyi Bayramlar!

W niedzielę przed Bayramem wybraliśmy się z Osmanem na małą wycieczkę do jego ulubionej kawiarni i Ortaköy (arena w której wynajmuje swoje europejskie mieszkanie). Był to ciekawy dzień, odlepiłem się od miejsc mainstremowych, uzyskując jednocześnie szereg ciekawych informacji od mojego przewodnika. Dobrze mieć tureckich znajomków!

Suleymaniye Mosque
Suleymaniye Mosque
Suleymaniye Mosque
Najpierw wstąpiliśmy do Suleymaniye Mosque, który został zaprojektowany przez genialnego Mimara Sinana (podobnie jak setki innych konstrukcji religijnych, pałaców, łaźni, szpitali, szkół i mostów w Turcji). Nie da się ukryć, że Sultan Suleyman działał z rozmachem. I tu kolejna ciekawostka - znacie sposób na odstraszenie pająków? Wydmuszki ze strusich jaj!

Sehrim İstanbul
Kuru Fasulye, chociaż Osman długo wykłócał się z gospodarzem,
że oryginalna 
Kuru Fasulye powinna mieć większe ziarna... ;)
Później wypiliśmy herbatę w Sehrim İstanbul (co znaczy po prostu: moje miasto Istambuł), skąd rozpościera się piękny widok na Bosfor i Złoty Róg. Na obiad udaliśmy się jednak z powrotem w okolice meczetu, aby spożyć Kuru Fasulye - tradycyjne posiłek w tej części miasta. Tak naprawdę to danie smakowało podobnie jak mocno doprawiona fasola ze słoika Pudliszki. Ciii..!

-W Paryżu najlepsze kasztany są na Placu Pigalle.
-Zuzanna lubi je tylko jesienią.
Poza na żołnierzyka
O nie! To jakiś psychopata! A nie... To tylko specjalny uśmieszek Osmana! ;)
Ok, ok - Let's start to eat it!
I jeszcze jedno zdjęcie waffle, żebyście trochę pozazdrościli!
Po długiej wędrówce przez miasto i przejechaniu tramwajem aż do Kabataş trafiliśmy wreszcie do mieszkania Osmana (które całkowicie opustoszało na czas świąt - mogłem wybrać jedno z czterech łóżek). Zostawiliśmy tam swoje rzeczy i ruszyliśmy poobserwować nocne życie Ortaköy. Nie mogło obejść się bez zabójczo słodkiej kolacji w postaci waffle'i. Po kilkudziesięciominutowym spacerze zaszyliśmy się w apartamencie mojego przyjaciela i spędziliśmy bardzo miłą noc. Żebyśmy się dobrze zrozumieli - nie było żadnej dwuosobowej Gay party, chociaż utwory muzyczne, które preferuje Osman są, hm... mocno refleksyjne i poetyckie. Osman stał się także pierwszym słuchaczem mojego nadchodzącego materiału - Tryptyku. Nie mógł uwierzyć, że to ja (póki nie zaprezentowałem kilku fragmentów na żywo), aczkolwiek spropsował stronę instrumentalną utworów. O wrażeniach lirycznych (z wiadomych przyczyn) za dużo powiedzieć nie mógł, ale wytłumaczyłem mu main ideas każdego z trzech tracków.

Rozgrzewka. Na razie trybuny są spokojne...
No i wisienka na torcie! 15 października byłem na meczu Turcja - Holandia. Nie, nie, Czytelniku! Przeczytaj to uważniej, bo chyba nie zrozumiałeś powagi  mojego uczestnictwa w tym wydarzeniu. Türkiye vs Hollanda! Mecz, który decydował o tym, która drużyna pojedzie na Mundial. Mecz o wszystko (och, jakie to polskie!), jedno z najważniejszych widowisk sportowych ostatnich lat! Widziałem na żywo min.: Robbena, Van Persiego, Buraka Yilmaza. Kibicowałem krajowi, który jest obecnie bliższy mojemu sercu (Wow! Mieszkam tu już od ponad miesiąca) ale niestety - Holandia przyjechała, strzeliła dwa gole i pojechała. Myślałem, że chociaż jedna biało-czerwona drużyna będzie miała więcej szczęścia... I tutaj smaczek - drugiego gola sprokurowało dwóch graczy z ligi tureckiej: gol Sneijdera (Galatasaray) po podaniu Kuyta (Fenerbahҫe).

Szalik fanatyka, a jak!
Nie machają i nie skaczą - czas na zdjęcia!
Jeśli miałbym powiedzieć coś o atmosferze na meczu. Hm, nie zwykłem przeklinać na blogu, ale tym razem to zrobię - było jak w pier#olonym piekle! Nie najgorsze zdjęcia wykonałem tylko w czasie rozgrzewki i przerwy. Tłum żył: falował, krzyczał, machał flagami, rozpychał się i wzdychał po nieudanych akcjach jak jeden organizm (dokładnie jak w pismach Platona - nic nie zatrzymałoby tych ludzi, gdyby ktoś podłożył iskrę). Czułbym się bardziej komfortowo, gdybym rozumiał co krzyczą ci wszyscy spoceni ludzie, ale na szczęście nikt nie zwracał na uwagi na mnie i moją ograniczoną ekspresję. Jestem raczej sentymentalnym chłopcem i kiedy usłyszałem jak cały stadion śpiewa barbarzyński, bojowo brzmiący hymn w moim oku zakręciła się łezka. Pod koniec widowiska stadion tonął w łupinach słonecznika. Niesamowite jest to, że mecze reprezentacji są tutaj tańsze niż spotkania ligowe, bo (jak twierdzi Osman) drużyna narodowa potrzebuje wsparcia i już.

Robben - niesłychanie zabawnie obserwować jego ciągłe machanie rączkami!
Podróż powrotna do akademika była smutna i długa, ale na szczęście towarzyszył mi Ali (z którym na początku nie mogliśmy się znaleźć ponad pół godziny). Podziwiam Holendrów, którzy zdecydowali się wracać tym samym środkiem transportu co rozżaleni Turcy. Oczywiście nic poważnego się nie stało, ale okrzyki typu F#ck Amsterdam! chyba nie należą do najuprzejmiejszych... Strach pomyśleć co byłoby, gdyby w krajach muzułmańskich alkohol nie był obłożony zakazem religijnym. Swoją drogą - brak alkoholu rozwiązuje sporo problemów społecznych: alkoholizm, pijani kierowcy, nieuzasadniona agresja czy przemoc w rodzinie. Śmiem nawet twierdzić, że przyjazd do Turcji i upijanie się co wieczór może całkowicie pozbawić nas szansy na zrozumienie tutejszej kultury i mentalności.

Legalna muzyka!?
Ostatnie chwile hajlajfu przed panicznym sprawdzaniem stanu konta... :C
No i na koniec muszę wspomnieć, że nie zawsze jest różowo. Istnieje ciemna strona mojego pobytu w Istanbule. Chciałbym jednak podkreślić, że w dziewięćdziesięciu dziewięciu procentach sytuacji, ludzie traktują mnie miło i uprzejmie. Zawsze istnieje jednak ten jeden procent... Gorzej nastawieni obywatele (patrioci-nacjonaliści lub zwykli chuligani?) słysząc, że rozmawiam z kimś po angielsku zaczynają nieprzychylnie mamrotać coś pod nosem (raz usłyszałem nawet ciche Shut up!, ale gdy odwróciłem wzrok, żeby przyjrzeć się nadawcy tego komunikatu wszyscy szukali czegoś interesującego na podłodze tramwaju). Innym razem siedząc przy stoliku w pobliżu bistro i zajadając tosta gdzieś w małej uliczce przylegającej do Taksim Square, ktoś jak gdyby nigdy nic wziął w połowie pełną szklankę mojego napoju i ją wypił. Bardzo, bardzo nie lubię takich sytuacji. Kiedy zorientowałem się co jest grane, a do mojego mózgu dotarła odrobinka adrenaliny i zacząłem zwijać (nie zaciskać - to bardzo ważne!) pięści, dwóch kelnerów odciągnęło delikwenta, tłumacząc że go znają i to jakiś lokalny ćpunek. Zaczęli mnie przepraszać i przynieśli dodatkową szklaneczkę Coli w ramach rekompensaty. Ok, dobrze że tak się to skończyło. Prawdę mówiąc większość Turków (i Turczynek! <3) patrzy mi prosto oczy dłużej niż nakazuje uliczna etykieta. Nie wiem czy to zwykła ciekawość (rzadkie, niebieskie oczy), czy wyzwanie do walki. Najlepiej się wtedy uśmiechnąć i zdezorientowany przechodzień odwraca wzrok. Zbyt wczesne oderwanie oczu od potencjalnego oponenta mogłoby zostać odebrane jako oznaka strachu, a tego bym nie chciał. Mam zbyt dużo lir i ważnych dokumentów w portfelu, żeby zostało miejsce na strach! Niezbyt atrakcyjne jest również poruszanie się nad ranem po dzielnicach oddalonych od centrum (takich jak moja). Bezdomne psy łączące się w małe stada nie wzbudziły we mnie większego zaufania, kiedy wracałem z Kapadocji. Uuups! Wygadałem się! Drugą część jedenastodniowych wakacji spędziłem poza miastem. Postaram się napisać o tym coś ciekawego następnym razem!

PS: Już myślałem, że będę musiał stwierdzić jak Bisz w kawałku Głupiomądry: Tu mam swoje emocje - pierdolić Kapadocję!, gdyż do ostatniego dnia nie było pewne czy znajdzie się dla mnie bilet i hotel. Na szczęście - udało się!