piątek, 10 stycznia 2014

ERASMUS LIFE #17

Przerwa w egzaminach.  Ruszam więc z przewodnikiem w jednej i aparatem w drugiej ręce. Przypasowałaby tutaj odpowiednia metafora. Nie samotny wilk, bo ten ze swej natury jest raczej niebezpieczny. Szakal ani hiena też nie, bo stworzenia te wydają się (mimo wszystko) zbyt plugawe. Słonie żyją przeważnie w grupach i są inteligentne (presupozycja?). Antylopy nazbyt rącze jak na mój gapciowaty charakter. Poddaję się, dajmy spokój z wysublimowanym środkom stylistycznym. Po prostu Maciej pospolity. Cieszmy się z naszych przeciwstawnych kciuków i że możemy pisać (wy w sumie w większości tylko czytacie, ale to i tak spoko) takie idiotyczne wstępy do postów.

Istanbul - miasto gołębi. Gru, gru!
Bufet Niebieski Kąt, adekwatna nazwa + niezbyt smaczne mięso.
No co? Spacer pobudza apetyt!
W środę odwiedziłem chyba pół tuzina meczetów. Wreszcie zajrzałem do wnętrza cudownego Aksaray Valide Sultan Camii, jednego z ostatnich meczetów wybudowanych w czasach Imperium Osmańskiego. Eksplorując Fatih i Sarayburnu (Cypel Pałacowy) starałem się zaglądać wszędzie gdzie tylko mogłem, również do grobowców sułtanów Mustafy III i Selima III, a także Mahmuda II. Wreszcie zawitałem na Kapalı Çarşı (Wielki Bazar), ale tak jak podejrzewałem - miejsce to jest strasznie skomercjalizowane, zatłoczone i asortymentem bardzo zbliżone do dobrze mi znanego Mısır Çarşısı (Bazaru Korzennego tudzież Egipskiego). Ah, no i oczywiście dużo droższe.

Sultan III. Mustafa Han ve Sultan III. Selim Han Türbesi
Sultan II. Mahmud Türbe z zewnątrz
Kolumna Konstantyna/Palona Kolumna
Przereklamowany Kryty Bazar
Chcieć zrobić zdjęcie sklepu = wypić herbatę z rodziną sklepikarza, poznać
szczegółową ofertę (najtańszy okaz ze zniżką dla studentów - 120 euro...),
podzielić się planami na przyszłość, spędzić tam 15 minut.
Miło.., ale tylko za pierwszym razem ;]
Tradycyjne tureckie jedzenie...
Próbowałem (kontrolowanego) gubienia się w wąskich uliczkach Istanbulu, opędzania się od żebrzących kobiecin w asyście ciekawskich dzieciaczków i możliwości zrobienia ciekawych zdjęć. Chciałem też wreszcie zaliczyć harem Topkapı, ale spóźniłem się nieznacznie (wejścia do godziny 16). Nie spocznę jednak póki nie zobaczę Dziedzińcu Czarnych Eunuchów! Dodatkowo odkryłem interesujące muzeum w Parku Gülhane, które też niestety było już zamknięte (Muzeum Nauki i Techniki w Islamie, prawda że brzmi intrygująco?). Trzeba zatem znaleźć odrobinę czasu na powrót w te rejony. Nie wiem jak, nie wiem kiedy, ale trzeba.

Brama Sułtańska.Na pewno domyślacie się, jaki efekt
chciałem uzyskać, ale się nie udało :C
Fontanna Ahmeda III (XVIII w)
Hagia Eirene (zwana również Małą Hagia Sophią). VI wieczny
bizantyjski kościół, NIGDY niezmieniony w meczet!
O ile się nie mylę - Fontanna Kata, miejsce gdzie ponurzy panowie
obmywali dłonie po publicznych egzekucjach.
Park Gülhane, spacer zakochanej, atrakcyjnej (?) parki
Soğukçeşme Sokağı - uliczka ręcznie malowanych, drewnianych domków
Chyba lepiej nie przekraczać tego znaku i grzecznie
zmienić obszar dociekań
Po całym dniu  wędrówki i łapania inspiracji zawitałem do Hamamu. Chyba zdrowo mnie pochrzaniło, ale zapłaciłem tą kosmiczną stawkę za wejście w pakiecie podstawowym (bez masażu, szamponów, szmerów, bajerów). Był to całkiem odprężający wieczór spędzony w towarzystwie otyłych mężczyzn i masażystów (szkoda, że nie udało mi się znaleźć żadnego towarzysza do tego wypadu, bo samemu szybko zaczyna się nudzić). Jeden dobry człowieczyna z personelu zafundował mi gratisowy, krótki masażyk, po klasycznej, angielsko-tureckiej gadce-szmatce. Bardzo ciekawie wpływa na człowieka takie naprzemienne drzemanie w saunie i obmycia gorącą wodą przy pomocy miedzianej miseczki. Na marginesie, Łaźnia turecka różni się od rzymskiej tym, że zazwyczaj nie ma basenu z chłodną wodą, co (w mojej opinii) jest sporym minusem, gdyż utrudnia powrót do trzeźwej normalności. Chciałem poprosić recepcjonistów o jakąś pamiątkową fotkę w tradycyjnej przepasce, ale obsługa poza pomieszczeniami kąpielowymi była jakaś taka mrukliwa i niezbyt sympatyczna. Pstryknąłem więc kilka zdjątkek z rąsi, ale nie wstawiam. Nie obniżajmy i tak niskiego poziomu artystycznego zdjęć na tym blogu! ;)

Legendarna, ostatnia stacja Orient Expressu (Paryż-Stambuł)
O! Przepraszam, że niepokoję...
Dobre chuligany!
Łaźnia Cağaloğlu (czynna od 1741)
... i w środku!
Tak, dowód że byłem ;)
Wszystko jednak siada przy wydarzeniu wczorajszym. Powiem tylko tyle - Euroliga: Fenerbahçe Ülker VS FC Barcelona. Prawdę mówiąc, nie jestem żadnym wczutym fanem koszykówki, widziałem raptem kilka meczów polskiej reprezentacji i okazyjnie rzucam okiem na NBA, ale może z czasem się to zmieni? Magia Željko Obradovića zadziałała. Coach chodzi przy linii bocznej lepiej niż Wenta, nie raz wbijał na parkiet, jakby chciał pomóc swoim graczom w kontratakach. Jesteście w stanie wyobrazić sobie to, że gość ma więcej wygranych trofeów niż Galatasaray meczów w Eurobaskecie? Jak mówi jedna z nowszych, klubowych przyśpiewek: jesteśmy żołnierzami Obradovića!

Ha! Ha! Ha!
Cafe Crown przy arenie okazało się nie na naszą kieszeń. Ale, że
byliśmy dość głodni, zjedliśmy po zupie dnia i małym kawałku ciasta.
Bardzo małym i cholernie drogim...
Ülker Sports Arena! Słabo przypozowane i jeszcze ten szalik krzywo... 
Ale jaranko w opór więc trzeba wrzucić!
32 pkt. jeśli mnie pamięć nie myli...
Pojedynek par na rzuty za 3 i wykończenia akcji, po czym oświadczyny w przerwie!
Delightfully! <3
Ostatecznie ulegliśmy, ale jeszcze 10 sekund przed końcem była szansa..!
73:76, nie ma wstydu. Maciej Lampe nie zabłysnął, choć miał przyzwoity bilans:
0 minut/0 punktów, asyst i zbiórek!
Przepraszam za drętwą formułę dzisiejszego wpisu, ale żyje się szybko, umiera młodo - ostatnie 10 dni w Istanbule... Blog wkracza w fazę lakonicznego dziennika z fotograficzną łapanką w tle, bez autokorekty przed publikacją. Postaram się poprawić, kiedy tylko znajdę odrobinę czasu, bo wiem, że niektórzy czekają na przydatniejsze opinio-porado-informacje. Dzisiaj nie ma już na to czasu. Wrzucam coś na ruszt i idziemy z Osmanem na kolejny mecz Euroligi. Tym razem Anadolu Efes VS Unicaja Málaga. OSZALAŁEM, ale takie okazje mogą się nie powtórzyć!!! YOLO, czy jakoś tak..!

No dobra, za tym za bardzo nie przepadam...
PS: Bilety zabukowane, trochę jeszcze w Turcji pobędę. Najpierw Tars, Adana, później Izmir i mam nadzieję, że wuchta mniejszych miasteczek. I na koniec znowu Istanbul, bo nie ma bezpośrednich lotów do Warszawy. Polską ziemię ucałuję szóstego lutego we wczesnych godzinach wieczornych. Oczęta me ujrzą Dworzec Główny pewnie gdzieś około północy...

Nie, nie obchodzi mnie Legia, Leśnodorski i Jodłowce.
Po udanym występie w Lidze Europejskiej,  fejm się zgadza!
Stołeczne orły rozchwytywane! ;]

niedziela, 5 stycznia 2014

RECENZJA #20: Szmaragdowa Szczerość - Ad.M.a


Trzecia recenzja muzyczna i... czas powitać pierwszą Damę! Kto mi teraz zarzuci lekceważenie -używając terminologii Gonix- dziewczyńskiego rapu, no kto!? Ad.M.a, kotka z Chełma, w grudniu ubiegłego roku wpuściła do sieci krótkogrający materiał pt. Szmaragdowa Szczerość (na marginesie, tytuł EPki lepszy niż ksywka, ale przecież nie ksywkę będziemy oceniać, prawda?). Nazwa od razu skojarzył mi się z Tablicą Szmaragdową - średniowieczną inspiracją wszelkiej maści alchemików, ezoteryków i szarlatanów. Strzał to prawdopodobnie chybiony, choć słysząc niektóre linijki, może nie do końca? Kto wie co może siedzieć w głowach rapujących, rudych dziewcząt...

Nie byłbym sobą, gdybym nie wprowadził małej dygresji fabularnej przed tzw. recenzją właściwą [jeśli Twój czas jest zbyt cenny opuść poniższy fragment fabularny].

                Wigilia! W tym roku bardzo świecka. Siedzę sobie w pokoju Koreańczyków i Litwina. Pracuję nad swoim komentarzem do ostatnich trzech akapitów Traktatu o miłości Awicenny (praca zaliczeniowa na Historię Myśli Tureckiej). Piękny, filozoficzny tekst o doskonałości i miłości Allaha...
                Jako że czas to szczególny, kończę pracę szybciej niż zwykle i podejmuję z Dongiem świąteczną interakcję (warto nadmienić, że Dong jest katolikiem, co Koreańczykom nie zdarza się zbyt często). W tym roku odpowiada mi taki klimat (a właściwie jego brak). Jedynym elementem przypominającym polskie święta są mandarynki. Żadnych dekoracji, specjalnych potraw, głupiej zabawy w patchworkową tradycję.
               Oczywiście gadka z Dongiem (lubię nazywać go Ding Dong, ale strasznie go to wnerwia) zaczęła się jakoś konwencjonalnie: Bożonarodzeniowe zwyczaje, później życie ogólnie, jego relacje z dziewczyną (które ostatnio, ujmując rzecz metaforycznie, zyskały kilka nowych rys i zadrapań, EDIT: związek posypał się tuż przed nowym rokiem), następnie przeszliśmy gładko do (jakżeby inaczej) relacji z moją (byłą) dziewczyną (które, ujmując rzecz mniej metaforycznie, spie#doliły się po całości i obróciły się w kupkę wspomnień), aż tu nagle, nie wiem jak, schodzimy na temat rapu. Ciekawostka: w Korei rapujące dziewczyny to zjawisko dość powszechne. Jest ich ponoć bardzo dużo, ale głównie w sezonowych, młodzieżowych bandach (jednym z wyjątków jest Tasha - klik i klik). No to lecimy po linkach z kobiecym rapem z teledyskami. Polska reprezentacja to: Wdowa, Guova, Gonix, Ad.M.a (nie więcej, żeby nie zanudzać). Szkoda że zapomniałem o Cleo, ale tam głównie się patrzy, nie słucha. Dong, rozumieć wiele nie rozumie, ale przy klipie do Czarownicy, jego małe, skośne oczka zaczynają się wyraźnie rozszerzać, a usta powtarzają: she is sexy, she is so sexy. Ja odpowiadam: No, no! Guova is hotter than her! I will show u! [spuśćmy zasłonę milczenia na dalszy ciąg tej dyskusji]
                Ostatecznie spór nie został rozwiązany, każdy obstawał przy swojej faworytce. Wiem, wiem, trochę to seksistowskie oceniać rap w ten sposób, ale... kto pierwszy rzuci kamieniem? W końcu facjata i stylówa to rzeczy ważne, szczególnie gdy jednemu z rozmówców ciężko docenić warstwę liryczną prezentowanych utworów. A teraz, wypada mi podziękować za okruch międzynarodowego fejmu! :)

Dobra, koniec śmieszków. Zasady są proste - oceniam po kolei każdy kawałek, uwagę ogniskując na tekstach (można powiedzieć, że na tym znam się najlepiej). Bez zbędnej wazeliny, choć nie roszczę sobie prawa do obiektywności. Jestem bardzo nieobiektywny i wiecie co? Dobrze mi z tym.

1. Szmaragdowa Szczerość (prod. ZeroJeden)
Zabójczo dobry podkład z samplem od Waldka Koconia, już na wstępie zgarnia pełną pulę. Pierwsze wrażenie po usłyszeniu Adrianny - kobieca wersja Kajmana (na szczęście modulacja okazała się tylko chwilowa). Słuchając premierowo zakrztusiłem się oranżadą, gdzieś przy linijce Melpomene, słodki stan, którą zrozumiałem niewyraźnie, coś a la sutki mam. Nie podoba mi się maniera modulacji końcówek większości zwrotek. Według mnie czasem to pasuje, czasem nie (np. w pierwszej zwrotce owszem, w drugiej już niekoniecznie). Tytułowy numer to solidna introdukcja, utrzymana w konwencji braggadaccio, z kilkukrotną zmianą rytmiki, kombinowaniem z flow, autobiograficznymi smaczkami i wyważonym feministycznym pazurem. Poczułem się odrobinę zaciekawiony i zmotywowany do pójścia krok dalej!

2. Lumina (feat. Danny Boy, prod. M'M)
Staram się uchwycić esencję numeru i nie jest to sprawa prosta. Ten pierwszoosobowy storytelling opowiada o przelotnej znajomości i kolekcjonowaniu wrażeń. Może ma nas zachęcić do uprawiania tego typu przygód? A może Ad.M.a chciała po prostu stworzyć ciekawy, klimatyczny utwór obrazujący relacje wytatuowanego Hustlera w kurtce No future (wizja własna) z delikatnie uległą, ale silną psychicznie kobietą szukającą wrażeń? Ciężko stwierdzić. W każdym razie, drażni trochę piskliwa zmiana tonacji. Przyśpieszona szesnastka jest niezła technicznie, nie ma większych problemów z jej zrozumieniem. Kilka bystrzejszych linijek (na raz.., na dwa..., na trzy...) i super skrecze. Ale czyj w końcu był ten Chevrolet, który odjechał? Prawdziwy twardziel nie daje kierować panience!

3. Marzyciel (prod. Jimmy Kiss)
Ojojoj! Historia o dupku-emigrancie z rodziny monoparentalnej. Coś mi jednak nie pasuje w tej postaci. Doświadczony przez los, odrobinę samotny, a szuka lekarstwa w hajsie i jest szkolną gwiazdą? W szkole nie bywał za często, ale dostał się na studia i rzucił je dla kasyn? Grim boy czy duży chłopiec z marzeniami? Optymista, co walczy o swoje racje, ale co jest tą racją? Bilon? Słuchając tego numeru czuję się naprawdę confused... Nie wiem, może tylko dla mnie to wszystko jest takie skomplikowane, a może zwrotki są o dwóch różnych facetach (co i tak nie wyjaśnia wszystkiego)? Przypinam temu numerowi łatkę niezrozumienia. Starałem się, słuchałem ponad 10 razy żeby właściwie odmalować portret psychologiczny i nic. Poza tym czyje ścieżki nie są rozdzielone między byciem dobrym synem, a wódą i ziołem? Większość złotej polskiej młodzieży dorasta właśnie w ten sposób... Zadzwonię kiedy dorosnę (i zrozumiem)! Możesz dać mi swój numer ;)

4. Głuska (prod. ZeroJeden)
Co za sztos! Ale skup się, to jest o poważnych rzeczach numer! Postać kruchej dziewczyny z pierwszego wejścia jest cudownie naszkicowana (przez chwilę poczułem się jak w Obłędzie Krzysztonia, ale to bardzo subiektywne skojarzenie). W tym utworze Adrianna pokazuje nam empatyczną stronę szmaragdu (Traktuj ludzi jak braci i to zwróci się/Nie używaj epitetów, argumentem nie jest śmiech). Ale co to za czasownik oglądnij? Może jakiś lubelski regionalizm, nie czepiam się! W każdym razie nawet tytuł tracku dobrze przemyślany. Polatałem po linkach jak pająk i teraz wiem co nieco o Lublińskim szpitalu psychiatrycznym. Plus za osadzenie rapu w polskich realiach - uwielbiam to. Coś mi się zdaje, że raperka ma coś wspólnego z psychologią... Jakieś praktyki, wolontariat... coś, gdzieś?

5. Zniknie świat (ft. Smooth Poet, prod. NoTime)
Po długim instrumentalnym wstępie mamy bardzo enigmatyczne, miejscami mocno zalotne i oddziałujące na wyobraźnię rymy kobiety, która proponuje nam wspólną ucieczkę od prozy życia. Słuchacz nie wie czy Ad.M.a mówi o terapeutycznych walorach swojej muzyki, czy raczej kusi perspektywą intymnej relacji (koniec końców tworzenie muzyki ma w sobie coś z obu tych sfer). Smooth Poet dał naprawdę niezłą zwroteczkę. Pozwolę sobie nadmienić o dwóch fragmentach, które nie chcą wymazać się z mojej pamięci: Powiedz tylko czego słuchasz i czym chcesz się dzisiaj upić!, a także część zwieńczona okrzykiem Który tego nie czuje? Tylko co to za zawodzenie po follow-upie do Jeden taki dzień? Nie dziękuję, tego nie zamawiałem! To jak to leciało, mózg nie będzie mi potrzebny...? Wchodzę w to!

6. Plankt (prod. M'M)
Bez wątpienia najbardziej osobisty kawałek na Szmaragdowej Szczerości, legitymizujący niejako drugi człon tytułu. W pewnym stopniu mogę się identyfikować, choć nie do końca - każda historia jest inna. Piękna wizualizacja, nie wiem czy ja zdecydowałbym się użyć tego typu prywatnych video. Gdy zawodzi nauka nie pomoże Zbawiciel. Może i nie, ale doda nadziei, placebo. Pamiętam, że Guowa też nagrała utwór poświęcony tacie. W związku z tym, mam pewną roboczą hipotezę: dziewczyny wychowane bez ojców częściej chwytają za mikrofon, bo są twardsze (cokolwiek to znaczy, przyjmijmy że chodzi mi o to, że nigdy nie były oczkami w głowie najlojalniejszego z mężczyzn). Kolejny świetny tytuł na utwór, kilka bardzo dobrych wielokrotnych, kilka trochę słabszych. Tutaj nie ma to jednak większego znaczenia - treść jest ważniejsza od formy. Bo jeśli Boga nie ma, nie spotkamy się tato - kluska w gardle.

7. Niestabilna sytuacja (prod. Jimmy Kiss)
Wygląda to na szczerą historię, znana najpewniej z autopsji. Z pewnością zapamiętam refren, w którym trzyliterowe słowo "nie" pojawia się, bagatela, 36 razy. Jednakowoż hula to całkiem rytmicznie, więc nie narzekam. Mamy stukot szpilek na wejście, kilkukrotne kombinowanie z flow, mamy i kilka bystrych linijek. Zamrażamy uczucia, konserwujemy serca. Fajne jest to, że podmiot liryczny zdaje sobie sprawę z tego, że sam wybrał takie psie życie, dostrzega również swoje wady i słabości. Aż się ucieszyłem, że nie miałem (nie)przyjemności doświadczyć tego typu niestabilnej sytuacji. Odległość jest niebezpieczna, ale ta emocjonalna przecież też. Tjaa...

8. Czarownica (prod. Jimmy Kiss)
Pokazać ci słabość w świecie bez sumień, to tak jak strzelić sobie w łeb - niezmiennie łykam takie wersy jak młody pelikan! Swoją drogą, to musiałoby być bardzo zabawne, mieć taką oświeconą żonkę ze sporym temperamentem! Ad.m.a ma niezwykły dar w kreowaniu swojego dualnego wizerunku. Z jednej strony subtelna kobieta (która potrafi nawet przyznać się do łez), a z drugiej zadziorna kusicielka, która (prawdopodobnie) jest zdolna ustawić sobie faceta. Ten kawałek określiłbym mianem... clever braggadacio (kiedyś myślałem naiwnie, że to ja stworzyłem ten termin, ale nihil novi sub sole). Nieczęsto spotykamy w rapie słowa typu: emancypacja, poltergeist czy chociażby nawiązania do ubogich dzielnic Rio de Janeiro (ok, mamy Rovera, ale on jest poza skalą). Ah, bym zapomniał: Jimmy Kiss dał świetny podkład i choć teledysk odrobinę przesiedziany, to ma kilka ciekawych ujęć (fajny patent z marszczeniem nosa, żeby unieść okulary; tak wiem, jestem chorym maniakiem szczegółów). Jesteś lepsza niż on, szczególnie w robieniu refrenów!

9. Ready for Fame (ft. Wizu, prod. Foux)
Pierwsza zwrotka zrobiła mi sieczkę z mózgu, zwłaszcza inicjująca czwórka o tematyce podniebnej (Wyrywam ci pióro, zabijam cię twoją bronią, już nie będziesz ponad mną #Szeregowiec Dolot). Trzeba mieć tupet żeby wziąć kogoś na featuring i łaskawie dać mu do zarejestrowania jedno podbicie (które swoją drogą siedzi wyśmienicie i dodaje całości nowej przestrzeni). Pozytywnie w ucho rzuciła mi się też czwóreczka na szalonym, przeciąganym i nieco podśpiewanym flow (To nie wyścig, wiem...)! Z miłą chęcią usłyszałbym cały numer w tej stylistyce. Numer niczego sobie, można powiedzieć, że wyjście z pie#dolnięciem! Za pomocą moich rąk też nie tworzy się minimalizm, dlatego zacząłem pisać najlepsze recenzjo-komentarze w kraju. Kurczę, chyba za bardzo poniósł mnie refren... ;] Musz-kie-ter!

I teraz zagwozdka. Jak ocenić EPkę Adrianny. Z jednej strony ujęła mnie za serce przyśpieszeniami bez gubienia dykcji, z drugiej zasmuciła zbyt częstymi, modulowanymi fragmentami zabijającymi płynność. Na wielki plus zasługuje uniwersalność - raperka porusza cholernie poważny temat, po czym świetnie odnajduje się na bujającym łepetyną beacie. Tytułowa szczerość to rodzaj spinającej wszystko klamry - w każdym z utworów mamy przynajmniej jeden wątek biograficzny (nawet w ostatnim znalazła się zabawna reinscenizacja z przedszkola). Poza tym miło słucha się kogoś, kto wplata w treść szesnastek coś więcej niż tylko łacinę podwórkową (żeby daleko nie szukać, mamy tu motyw vanitas, femme fatale, okrzyk liberté). Można naprawdę pokminić, co autor miał na myśli. Dlaczego lokalną scenę dopada elementaryzm, czyżby chodziło o kwadratowe rymy? Chyba naprawdę będę śledził czym jeszcze uraczy nas raperka z Chełma, bo cenię sobie jej tok myślenia. Świetnie dobrane bity od uznanych producentów, dobre występy gościnne (Wizu dał występ życia, hehe). Chciałem skarcić za intonacyjne eskapady, ale w pełni zrekompensowała mi to inteligencja w linijkach. Poza tym te modulacje to jakaś tam cecha charakterystyczna i pomysł, żeby się wyróżnić. Wyszło 4/5.
Choinka, stawiam zbyt wysokie noty! Chciałbym kiedyś zmieszać kogoś z błotem. Możecie podrzucić mi jakiś słabych raperów. Im większe drewno tym lepiej - bardziej się wyżyję. Tutaj mamy jednak dobrą, szmaragdową markę. I to nie żaden syntetyk, tylko w pełni naturalny krzemian.

To moja trzecia recenzja muzyczna. Zostaw mi jakiś konstruktywny komentarz! Tym razem poniosła mnie trochę estetyka albumu, więc użyłem odrobinę przeintelektualizowanego języka. Sorry... 5!

czwartek, 2 stycznia 2014

ERASMUS LIFE #16

Widoki gdzieś w pobliżu stacji tramwajowej Kabataş
Balıkçılar - rybacy
Sokak satıcısı - uliczny sprzedawca
No i skończył się 2013! Mieszane uczucia. Z jednej strony odniosłem kilka sukcesów "edukacyjnych" (dwie konferencje, odważna decyzja dotycząca studiowania w Turcji), znalazłem nowe hobby (blogowanie) i nie zaniedbałem żadnego ze starych. Zacieśniłem też relacje z najbliższymi przyjaciółmi. Zdaje się również, że zaszło kilka pozytywnych zmian w mojej osobowości i podejściu do życia. Z drugiej jednak strony dwutysięczny trzynasty zostawił mi jedną trwałą bliznę. Chrzanić!

Ale zanim o Sylwestrze, słów kilka o niedzielnej wyprawie z Osmanem. Wycieczki z Nim są zawsze niesłychanie pouczające. Ile rzeczy mogłoby mnie ominąć gdybym nie poznał go na lotnisku - strach pomyśleć! Tym razem zaatakowaliśmy dwie sąsiadujące ze sobą dzielnice: Fener i Balat. W tej pierwszej odwiedziliśmy Aya Yorgi - prawosławną katedrę Św. Jerzego, jedną z najważniejszych świątyń Patriarchatu Konstantynopolskiego. Bardzo ciche i dostojne miejsce. Fener to klimatyczny dystrykt przytulony do Złotego Rogu, pełen nieodrestaurowanych domostw i fragmentów starych, porośniętych krzewami i mchem, murów. Po umiarkowanie długim spacerze dotarliśmy do Sveti Stefan Kilisesi - Kościołu Bułgarskiego, zwanego również Żelaznym. Niestety, nie po raz pierwszy okazało się, że zwiedzanie Turcji podczas miesięcy zimowych jest bardzo rozczarowujące - przez renowację nie zobaczyliśmy właściwie nic... Wisienką na torcie było odwiedzenie Uluslararası hediye furarı - Międzynarodowego Targu Pamiątek. W to miejsce zjechali wystawcy z całego kraju i kilku sąsiednich. Próbowaliśmy z Osmanem prawie wszystkiego - kawy, serów, tryliardów rodzajów słodyczy... Moimi faworytami były: świeżutki chleb z Trabzonu, wszelkiego rodzaju naturalne marmolady i kosmicznie drogi miód z kasztanów. Nie sposób także nie wspomnieć o urfie - placko-krokiecie z mięsem i pietruszką a także leciutkim pişmaniye - rodzaju słodyczy z İzmitu wyglądającym niczym wełna. Kupiłem kilka pamiątek dla rodzinki, między innymi obrus z Tokat, słoiczek tajemniczego lekarstwa z Manisy (według starej legendy, około pięćset lat temu postawiło ono na nogi samego sułtana, a przygotowywane jest z 41 różnego rodzaju ziół i składników) i różane mydło z Isparty. Dorwałem też okazyjnie bardzo tanią (ale stylową) biżuterię z Kütahya. Po spędzeniu całego popołudnia na targu, planowaliśmy obejrzeć wspólnie ostatni mecz sezonu naszego ukochanego Fenerbahҫe, ale niestety - czekały na mnie ostatnie poprawki do jednej z (na szczęście ostatnich) prac... Tak sobie myślę - szkoda, że nie zostaję tutaj całego roku. W panice przeglądam przewodnik turystyczny i widzę jak wiele rzeczy jeszcze nie widziałem. I nie wiem czy zdążę...

Kadir Has University, ongiś fabryka tabaki
Klimatyczne uliczki Fener
Ujujuj, kiedyś się doigram za takie zdjęcia...
Kadir Has Caddesi
Katedra św. Jerzego
Maciej sam w Istanbule
Za zdrowie bliskich
Bogato zdobione wnętrze katedry
Miejsce głównego celebransa
Kościół Bułgarski
Kruche tureckie sery.
Na targach był zbyt duży tłok żeby wykonać więcej zdjęć + ręce miałem
zajęte smakołykami
Urfa
Targ był zorganizowany w dawnej fabryce
czerwonych czapeczek!
Impreza noworoczna. Niezbyt lubię tego typu wyjścia, no ale przynajmniej raz do roku trzeba się gdzieś ruszyć. Wybraliśmy się w piątkę na wydarzenie organizowane przez Istanbul Student Life. Miała to być ekskluzywna impreza w willi, ale miejsce przypominało raczej klub - trzypiętrowy, odrobinę podstarzały budynek z wąskimi schodkami. Nie było nawet gdzie spokojnie usiąść, no cóż. Największym plusem wyjścia okazało się bliższe poznanie dwóch rosłych Finlandczyków, których widywałem na kursie tureckiego, ale nie miałem specjalnej okazji pogadać. Przed impreza wybraliśmy się do ich cudownego mieszkanka na małego beforka (nie ma to jak wódka pita z tureckich szklaneczek do herbaty). Kiedy okazało się, że za wynajem tego przybytku płacą jedynie 1000 lir zrobiło nam się bardzo smutno. Lossers from dorm... Po rozgrzewce skorzystaliśmy z metrobusu i złotówy. Dotarliśmy idealnie na czas, ale nigdy więcej w pięciu chłopa do małej taksówce (chociaż droga powrotna była sto razy gorsza z uwagi na... stan niektórych członków ekipy). Sama impreza nie powaliła na kolana. Ot, nielimitowany alkohol i ciasnota na małym pakiecie. Najprzytulniejsze okazało się ostatnie piętro, na którym można było odetchnąć świeżym powietrzem i obserwować pokaz sztucznych ogni. Gdzieś w środku imprezy wywinąłem tam potężnego orła i nie do końca wiem, czy byłem aż tak nabzdryngolony, czy płytki zroszone deszczem, niedopitymi drinkami (i strach pomyśleć czym jeszcze) okazały się tak zdradliwe śliskie. Na szczęście obtarłem sobie tylko zewnętrzną część  lewej dłoni. Miałem farta, na twardych kamiennych parapetach stało kilka doniczek. Na przykładzie Michaela Schumachera widać wyraźnie, że można jeździć na nartach w kasku i odnieść poważne obrażenia głowy. Zapewne troszkę wyluzowany byłem. Nie widziałem, na przykład, nic dziwnego w tym, że dziewczyna z którą rozmawiam jest z Persji. Brak istnienia tego państwa na mapie nie przeszkadzało mi w zadawaniu pytań o jego populację, zwyczaje itd. Śmiechowo... Za to bardzo wyraźnie pamiętam wybicie północy. Jakaś świeżo upieczona, pijana parka chichotała gdzieś z boku całując (pożerając?) się w bardzo wyuzdany sposób, a mi przelatywały przed oczyma obrazki z mijającego właśnie roku. Refleksyjny pokaz slajdów przepijany Whisky z Colą i szczyptą goryczy. Czasem lubię takie chwile samotności w rozentuzjazmowanym tłumie, który nie zwraca na nic uwagi. Snuję sobie wtedy w duchu własne rozmyślenia, powtarzając sobie: jesteś ponad tym.
Czterech przystojnych facetów i ja. Od lewej Olli, Nerijus, Jaakko
i Tadas (w środku)
Widok z dachu - najlepsze zdjęcie jakie wykonały moje pijane,
roztrzęsione rączki
I chociaż jedno zdjęcie z polskimi dziewczynami, znalezione w odmętach fb.
Co ciekawe (z tego co pamiętam) wiedziały o istnieniu mojego bloga, choć
wcześniej się nie znaliśmy <3 Blogowy celebryta...
Od lewej Gosia, Lidia, Aga i podejrzanie wesoły brzydal
Ostatnie co widziałem przed snem i pierwsze co zobaczyłem
po przebudzeniu. Breee...
Z imprezy wyszliśmy dosyć wcześnie, jakoś po drugiej (Litwini nie zdawali się być zbytnio świeży). Tym razem taryfa zawiozła nas prosto do mieszkanka Skandynawów, co wiązało się ze sporymi kosztami, ale co zrobić. Ci co mogli (a ja o dziwo jeszcze mogłem) trzasnęli kilka kielichów na zakończenie tego, raczej udanego, wieczoru. Pamiętam, że Jaakko przyrządził jajecznicę. Taką zwykłą - z cebulą, ketchupem i jakimś ostrym sosem. Boże jaka delicja! Mógłbym przysiąc, że w życiu nie jadłem niczego lepszego! W ogóle spoko ziomeczki z tych Finlandczyków. Szkoda, że nie poznaliśmy się wcześniej. Z Nerijusem wróciliśmy do akademiku gdzieś po dwunastej. Przyznać trzeba, że nie byłem w najlepszej kondycji. Nie wiem co się ze mną stało, ale pamiętam, że w liceum potrafiłem wymieszać wszystkie rodzaje alkoholi, nawet przyłoić połówę połówy w dziesięć minut przed klubem bez popity (hehe, pamiętasz Skroba?), a na drugi dzień mieć interesującą prezentację z biologii i czuć się przy tym jak młody bóg. Ostatnimi czasy każdy poranek po nadmiernym spożyciu kończy się strasznymi dolegliwościami żołądkowymi i (prędzej czy później) trzeba się pochylić nad muszlą. Śmieją się kumple, że wrócę z tej Turcji jako abstynent. Nie ma się z czego śmiać, bo wrócę jako abstynent. Ewentualnie kolega na jedno Somerby.

Taki śliczny domek napotkaliśmy w drodze powrotnej
Postanowienia na przyszły rok! Najpierw te związane z blogiem.
1. Udoskonalić  całość - zadbać o szatę graficzną, dodać kategorie postów itd.
2. Zwiększyć grono odbiorców i zachęcić ich do większej aktywności w komentarzach
3. Dalej starać się być autorem kreatywnym, szczerym i bezkompromisowym (chociaż powoli zaczynam zauważać pewne ograniczenia wynikające z publicznej formy blogu. Czasem muszę ugryźć się w język, a właściwie zdzielić się po palcach, żeby kogoś nie urazić lub nie sformułować opinii zbyt dosadnie).

Z blogiem powinno być dobrze nawet po moim powrocie. Mam lekkie pióro i cholernie dużo samozaparcia! Cel na przyszły rok? Dobić do 10k wyświetleń!

Bardziej prywatne postanowienia na przyszły rok? Będzie odrobinę enigmatycznie...
1. Zacząć dbać o siebie. Przede wszystkim o SIEBIE!
2. Wreszcie się z Nią umówić!

Auu. Ale do wesela powinno się zagoić...
Najlepsze lekarstwo na wszystko!