Pokazywanie postów oznaczonych etykietą recenzja. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą recenzja. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 24 stycznia 2016

RECENZJA #125: DANONE Fantasia Mousse


Pełna nazwa: Fantasia mus jogurtowy z sosem czekoladowo-migdałowym, ale darowałem sobie taki nagłówek. I tak, wiem, wiem, że znowu żarcie, ale rzeczywiście – kolokwia i zaliczenia potrafią trochę przygnieść. Ale spokojnie, nie będę o tym robił oddzielnych postów, szanujmy się! Poza tym przygniotły mnie raczej nie w sposób o jejku, tyle pracy, nie mam w co włożyć rąk, a bardziej dobra, napisałem to gó^no, pora sobie pograć. Uspokajam jednak – w lutym będzie kilka fajnych recenzji książek, może gier!

Ale do rzeczy. Byłem w sklepie, mój detektor blogera wykrył krzykliwy napis NOWOŚĆ na opakowaniu na półce z jogurtami, więc wrzuciłem do koszyczka. To chyba jednak farbowana nowość, bo jadłem identyczną rzecz jakoś w poprzednim sezonie. Fantasia Mousse to więc raczej edycja sezonowa, niż nowość absolutna. Jak jednak smakuje, Paniczu?

Całkiem poprawnie. Musik jest serowaty i kwaśnawy. Czekoladowy sos (29% produktu) zaś delikatny, powiedziałbym nawet wykwintny, z głębokim, orzechowym posmakiem. Rozczaruję wszystkich tych, którzy jedzą osobno jogurt, osobno wkład – tutaj trzeba zmieszać. Razem to śmiga, osobno nie bardzo. Dygresyjka: naprawdę przyjemnie rozcierać drobinki migdałów między trzonowcami!

Jak naprawdę wygląda Fantasia / Fantazja. SZOK! :O

I to tyle. 92 gramy to dla mnie dużo za mało, z chęcią jadłbym sobie zawsze ze 3 takie jogurciki DANONE, ale cena nie jest jakoś nieziemsko ekonomiczna. No sami powiedzcie, 2 złote za taki malutki kibelek? Niestety.

Mus spulchniony azotem… o.O No i od groma skrobi modyfikowanej!

Składniki: mleko, sos czekoladowo–migdałowy [woda, syrop glukozowo-fruktozowy, cukier, czekolada 2,9% (cukier, miazga kakaowa, tłuszcz kakaowy, laktoza (z mleka), emulgator: lecytyny sojowe, aromat: wanilia), migdały 1,46%, kakao 1,0%, skrobia modyfikowana, regulator kwasowości: kwas mlekowy; substancja zagęszczająca: karagen], śmietanka, cukier, mleko w proszku odtłuszczone, serwatka w proszku (z mleka), skrobia modyfikowana, żelatyna, emulgatory: mono- i diglicerydy kwasów tłuszczowych estryfikowane kwasem cytrynowym, estry sacharozy i kwasów tłuszczowych, aromat, żywe kultury bakterii jogurtowych. Może zawierać gluten, orzechy. Wartość odżywcza w 100 gramach produktu: wartość energetyczna 193 kcal/818 kJ; tłuszcz 7,5 gram, w tym kwasy tłuszczowe nasycone 4,4 grama; węglowodany 27,6 grama, w tym cukry 23,7 gram; błonnik 0,73 grama; białko 3,5 grama; sól 0,16 grama. UUF, to jest chore chcieć przepisywać ten bełkot!

Tu nie ma miłości, nie wiem gdzie ma schron.
Wszystkie dupy jakie znam są bardziej wciągające niż gra o tron!
~Białas, Street Credit

sobota, 28 listopada 2015

RECENZJA #115: Transporter: Nowa moc


Dziewucha będzie zła – znów obejrzałem sobie coś bardzo późno w nocy, samemu. Padło na Transporter: Nowa moc. Film, który wszedł do kin na początku września, po cichu i nikt już właściwie o nim nie pamięta. I nie wiem czy to dobrze, czy źle. Obraz niewiele ma bowiem wspólnego z poprzednimi trzema częściami, w których tytułowym dostawcą był Jason Statham. [*]

Nowy Frank Martin (Ed Skrein) jest bardziej ludzki. Zabrakło mi tego chłodnego profesjonalizmu i sztywniactwa charakterystycznego dla kreacji Stathama. Zresztą, nie mogło być inaczej, skoro większość czasu towarzyszy nam również jego dowcipkujący ojciec, emerytowany szpieg, Frank Senior. Te ciągłe gadki do syna, że nie powinien się spóźniać, brzmią jak strofowanie dzieciaka, i przypominają wygłaszane przez Grażynkę "dzieci umyjcie rączki" w Klanie. I ten drażniący kontrast między dwoma głównymi bohaterami płci męskiej – starszy niestroniący od rozrywek, żartujący niemal o każdej porze dnia i młodszy, z chodzącą żuchwą, maślanym spojrzeniem wrażliwca i kijem w dupie. Tak to widzę, choć ciut przerysowałem.

Co się w filmie nie zmieniło? Nadal mamy bardzo efektowne pościgi. Co prawda wszystkie ze służbami porządkowymi, ale i tak dają radę. Jest też pogoń za samolotem – wszystko się zgadza. No może oprócz tego, że kierowca ma w obwodzie kilka samochodów, co wcześniej było nie do pomyślenia. Równie dobrze wyglądają też walki na małej przestrzeni. Ed wije się jak piskorz i tak jak kiedyś, używa wszelkiego rodzaju rurek, taśm, kabli i kół ratunkowych. Co więcej, otwierająca scena Czwórki to bijatyka na parkingu – nawiązanie wprost do jednej z poprzednich części.

I mimo, że można narzekać na średnie przedstawienie przestępczej szajki, na brak intymności przez zbyt częste przenoszenie akcji poza samochód, na inną budowę ciała Skreina i Stathama – jego chudszą szyjkę i wątłe nóżki, w barach jest już całkiem okej – to nie można powiedzieć, że Nowa moc jest złym filmem. Może po prostu rozczarować rozkochanych we wcześniejszych produkcjach. Bo teraz przypomina to zwyczajny film akcji, jakich wiele. Pewną unikalność konstytuują już tylko charakterystyczne, dynamiczne zbliżenia na elementy otoczenia w czasie planowania tricków za kółkiem, humorystyczne walki i to, że kierowca nigdy nie korzysta z broni palnej. Plus product placement AUDI, doszedł także iPhone.

[SPOILERY] Wyłapałem kilka niedorzeczności, a konkretnie trzy. Jedna z czwórki prostytutek, bodajże Gina z Tallina została postrzelona w trakcie obrabowywania Yuriego w samolocie. Straciła masę krwi, zrobiono jej prymitywną operację bez narzędzi, w ranę wpychając pajęczynę, po czym następnego dnia, po trójkąciku z Frankiem Seniorem, jak gdyby nigdy nic, stoi w swojej hiperseksualnej pozie, z cwaniackim uśmieszkiem, gotowa do wysiłku i akcji. Powinna się przecież skręcać z bólu w męczarniach! Ostatnie dwie wpadki są zdecydowanie mniejszego kalibru. W finałowej scenie walki dwóch zaciekłych wrogów, byłych kolegów ze służb specjalnych, Frank Junior raz ma podarty spodzień, a kilka sekund później jest już wszystko dobrze, pantalony prezentują się pięknie i układają w kancik. Zaiste, ciekawe jest również to, że Karasov spada z klifu jak kukła, chociaż stał od niego ładnych parę metrów. No i te przelewy bankowe. Wiecie, że starczy zaledwie kilka chwil, aby przerzucać setki milionów z konta na konto? Mi każą potwierdzać smsami każdą głupią opłatę… [KONIEC SPOILERÓW]

PS: Bardzo ładna Riwiera Francuska i nawiązania do Trzech Muszkieterów/Aniołków Charliego, ale mało scen z półnagimi kobitkami. Tak tylko piszę, żebyś wiedział, że nie zmarszczysz! ;)

środa, 15 kwietnia 2015

RECENZJA #70: Dragon Age: Inkwizycja (PS4)


Ciągle gram na konsoli jak szaleniec, a żeby jakoś usprawiedliwiać moje szczeniackie hobby z przerywaniem życia w tle, na bieżąco staram się wrzucać recenzje. I tak mam już sporo obsuw. Omawianą produkcję skończyłem jakoś... pod koniec lutego? Dragon Age: Inkwizycja - piękna i wciągająca rozgrywka z gatunku drużynowych role play'ów. Nagrałem się ponad osiemdziesiąt godzin, przemierzyłem wszystkie możliwe mapy, wykonałem wszelkie napotkane questy poboczne i wiecie co? Było warto, ale powtórne przejście tytułu potwornie by mnie znudziło.
Niby można by dla swojego protagonisty wybrać inną profesję (grałem wojem z bronią jednoręczną i tarczą, dostępni także czarodzieje i rzezimieszki) i rozwinąć go zupełnie w innym kierunku, tylko po co? W dowolnym momencie prócz bazy wypadowej możemy grać jednym z czterech członków drużyny. Ba! Umiem sobie wyobrazić sytuację, w której przełączamy się na naszego Wybawiciela tylko od święta, żeby pozamykać zielone szczeliny, portale Otchłańców. Ma to swoje plusy i minusy. Największy plus: kiedy znudzi nam się jeden heros, aktywnie wojujemy innym. Minus: cierpi na tym immersja. Szczególnie wtedy, gdy w naszej drużynie mamy kilkunastu różnych ludzi i żonglujemy składem. Ciężko również sprawować kontrolę nad ekwipunkiem i umiejętnościami mrowia walczaków, szczególnie przy dość niewygodnym interfejsie, który nazbyt subtelnie podkreśla, których elementów aktualnie używają postacie.

Fabuła jest oparta na prostym jak cep schemacie walki odwiecznego zła z garstką szlachetnych i prawych. Co najważniejsze, mamy jednak kilka zwrotów akcji, a z czasem okazuje się, że zło, które wcześniej poczytywaliśmy za przepotężne i zabójcze, jest tylko wierzchołkiem góry lodowej i ma bardziej... intencjonalną przyczynę. Mam tylko żal, że wszystko idzie jak po maśle - całkiem prędko z wymoczka stajemy się naprawdę liczącym się graczem na arenie politycznej Thedas. Nie ma takiego, jakby to nazwać... mozolnego wspinania się po szczebelkach kariery, atmosfery niedoboru wszystkiego i dramatycznych braków kadrowych. [SPOILER] I gdyby nie podstępny atak Koryfeusza na Azyl, czułbym się zupełnie nietykalny przez całą grę. Swoją drogą filmik z przygnębiającą wędrówką do Podniebnej Twierdzy, trwający kilkanaście minut i opatrzony wzniosłą pieśnią, nadał fragmentowi naprawdę epickiego klimatu [KONIEC SPOILERA].

Zarzuty można mieć do zadań pobocznych, które nie są najwyższych lotów, ale zdarzają się bardzo przyjemne kwiatki. Ciepło wspominam przeszukiwanie zalanych okolic Crestwood gdzie kilkadziesiąt lat wcześniej miała miejsce plaga pomiotów, a tamtejszy burmistrz okazał się niezłym ziółkiem. Ważne, że dużo akcji można kontynuować z poziomu stołu narad (mapa taktyczna), gdzie na przykład należy wznieść most, żeby dostać się na niedostępne obszary lub oczyścić doły z trujących oparów. Wspaniałe są momenty, kiedy wcielamy się w najwyższego sędziego, a nasi poddani dostarczają przestępców i zbiegłych niemilców prosto pod nasz tron. To z kolei bardzo dobrze wpływa na ciągłość narracji. Niestety, większość zadań to jednak likwidacja grupy przeciwników, odnalezienie cennego przedmiotu czy przekazanie wiadomości. Szkoda, tym bardziej, że aktywnych zadań w dzienniku mamy czasem po kilkadziesiąt.

Żeby nie było za słodko - schludna i atrakcyjna grafika jest pełna smutnych niedoróbek i glitchów. Bo jak inaczej nazwać fakt, że podbródki naszych postaci przenikają się z ich kołnierzami podczas przerywników filmowych? Psuje to sekwencje dialogowe, ale da się przeżyć. Jak wytłumaczyć to, że niektóre postacie w siebie wnikają, że łupy lądują kilka metrów od trucheł, a zbierając surowce nachylamy się zazwyczaj pół metra od zioła lub skały  Ogólnie jednak świat mamy piękny i nienużący, bo co rusz przenosimy się w inną strefę klimatyczna (od umiarkowanego Zaziemia, do skandynawskich fiordów, pustynnych krain, dżunglowych lasów, aż po skute lodem krainy północy). Duperela, a wbrew pozorom bardzo urozmaicała rozgrywkę, choć długie spacery po pustawych Syczących Pustkowiach to raczej traumatyczne wspomnienie.

Kolejnym drażniącym szczegółem są elementy zręcznościowe. Bywa, że aby zdobyć specjalne odłamki rozsiane po mapie (potrzebne do otwarcia świątynnych drzwi) musimy skakać jak idioci po nieprzystosowanych do tego półkach. Za to logiczne minigierki z łączeniem gwiazd w konstelacje - CUDO! Grałbym w to jak w osobny, pełnoprawny tytuł!

Słów kilka o zdobywaniu nowych skillów: rozwój postaci w zaawansowanym stadium zabawy wymaga inwestowana cennych punktów w niepotrzebne umiejętności, bo drzewka rozwoju w formie rombów nigdy się nie sprawdzają. Szkoda, czasem nabywamy nowe, zbędne ataki (i tak nie ma już wolnych klawiszy, żeby je przypisać), tylko dla interesującej nas zdolności pasywnej. I znowu, jakby dla równowagi - crafting na szóchę. Tylko ciężko znaleźć lub kupić mocarne schematy. Nierówny poziom, oj nierówny...
Sam system walki jest odrobinę chaotyczny i szarpany, ale może sprawić wiele frajdy wyrafinowanym taktykom (znana z drużynowych erpegów aktywna pauza pozwala wydawać polecenia wszystkim członkom drużyny). Ja korzystałem z tego tylko przy walkach z najgrubszymi rybami, tymi z tytułu gry. Zazwyczaj grałem prymitywnie, masakrowałem wszystkie klawisze i triggery niczym Pan Janusz Lewaków, a można było przyciągać przeciwników łańcuchami, zastawiać wnyki, miny, kamuflować się i obrzucać wroga szerokim wachlarzem toników i mikstur. Co ciekawe, wkradł się zabawny błąd - jedno z trofeów zdobywamy po pokonaniu 10 smoków. Gra nie liczy jednak jaszczura ujarzmionego w czasie głównego wątku fabularnego. Oznacza to, że jednego bydlaka musimy pokłóć dwukrotnie. Ja użerałem się z najtrudniejszym - Wyżynnym Pustoszycielem z lokacji zwanej Emprise du Lion.

Podsumowując: mimo kilku delikatnie uciążliwych elementów przygoda była wyśmienita i ciężko się do czegoś mocno przyczepić. BioWare umie dostarczać sztampowe historię na srebrnych tacach. Dragon Age: Inkwizycja to taki Mass Effect w realiach Fantasy, z nieco mniejszą liczbą ważkich wyborów do podjęcia. Nie ma przeciwwskazań, żeby pyknąć sobie jeszcze przed premierą Dzikiego Gonu (ot, żeby mieć porównanie, przyzwyczaić się do machania mieczem i eksploatacji świata). Ode mnie... 8/10! Nieprzypadkowo w wielu rankingach DA:I zostało wybrane na Grę Roku 2014! Oczywiście w tym wypadku warto kupić wersję na PC, żeby niepotrzebnie nie przepłacać.

Plusy:
+ Duże możliwości w zakresie kreacji głównej postaci (od wyglądu po klasę, specjalizację, unikatowe przedmioty i styl gry)
+ Śliczne, różnorodne lokacje, które zazwyczaj są odpowiednio "zabudowane" atrakcjami
+ Narracja i fabuła są prowadzone sprawnie i czasami zaskakują
+ Gra nie boi się, że czegoś nie zobaczymy - to Ty decydujesz czy eksploatujesz dogłębnie, czy wykonujesz plan minimum i ślizgasz się po powierzchni
+ Zmyślne drobnostki urozmaicające grę (łamigłówki astralne, crafting, misje przy stole narad, flirtowanie z dupeczkami)

Minusy:
- Zawiłości świata bez znajomości niuansów kulturowych i społeczno-gospodarczych z poprzedniej części mogą nieco przytłaczać (ponadto czytając każdą notkę, książkę i pieśń parłbyś do przodu jak żółw, nawet ja tym razem wymiękłem!)
- Rozczarowująco nieliczne, puste i małe miasta, które przyjdzie nam odwiedzić
- Liczba questow sprawia, że często przyjmujemy wszystko jak leci. Zrobi się. Samo. Po drodze.
- Nie można walczyć z grzbietu wierzchowca. Wierzchowce często się blokują. Nie są zbyt szybkie.
- Interfejs ekwipunku i rozwój postaci mogłyby być ciut lepiej rozwiązane. Bardziej pod casuala!
- Do cholery, dlaczego w szklarni (która jest sześcioma donicami) w mojej twierdzy mogę sadzić tak mało ziół?


Nie mogę zasnąć, brak snu stał się rutyną,
Obecną w moim życiu jak ból i sztuczna miłość...
                                               ~W.E.N.A., Lato w mieście

Materiały pochodzą z: http://www.playstation.com/pl-pl/games/dragon-age-inquisition-ps4/

sobota, 7 marca 2015

RECENZJA #65: OlliOlli2: Welcome in Olliwood (PS4)


Zakochałem się w OlliOlli2: Welcome to Olliwood. Nie obiecywałem sobie zbyt dużo po marcowej ofercie PlayStation Plus, a tu proszę - niewielka gierka od niezależnego londyńskiego studyjka roll7 sprawiła mi niesłychanie dużo frajdy. I choć wiem, że nigdy nie zaliczę nawet połowy gry, to chce mi się wykonać kolejnego perfekcyjnego grinda na poręczy. Oj chce!

Minimalistyczne, dwuwymiarowe gry zręcznościowa typu crossfader przeżywają ostatnio istny renesans! Po ciepło przyjętym The Swapper i ambitnym Apotheon mamy kolejny indykowy tytuł w ramach płatnego abonamentu. No dobra, prawdopodobnie popyt jest sztucznie kreowany, bo na PS4 nie ma jeszcze zbyt dużo gier, które można by opłacalnie opchnąć. Trochę zazdrość zżera, kiedy przyjrzymy się co w tym samym czasie dostają posiadacze konsol starej generacji, bo nie oszukujmy się - OlliOlli bardziej nadaję się pod PS Vita... Oby sytuacja w przyszłości się polepszyła!

Co mnie jednak urzekło w OlliOlli2 i sprawiło, że nie chcę przesadnie psioczyć na marcowy set? Słodka, cukierkowa grafika. Dwa tryby rozgrywki (plus treningowy skatepark) wypełnione dodatkowymi celami. Wysoki poziom trudności i szatańska pomysłowość autorów, żeby dostarczać graczowi niewiarygodnie wymagające plansze, które na końcowych poziomach nie wybaczają żadnego błędu. Świetna, nieinwazyjna muzyka w tle (nieliczne motywy odblokowujemy po przejściu pełnego cyklu plansz w danej stylistyce; basowy dubstep wywołuje ciary na plecach). Kilkadziesiąt tricków, które możemy wyczesać przy pomocy zaledwie kilku akcji (zazwyczaj wystarczy odpowiednio wychylić lewą gałkę analogową). Przejrzystość menu, design liczników. Możliwość rywalizowania z graczami w codziennym konkursie.

Co warto by zmienić? Przydałby się jakiś multiplayer w trybie gorących krzeseł (sam tryb wieloosobowy ma dojść wkrótce). No i może ciut więcej plansz, bo amatorzy, którzy sami sobie nie odblokują mapek Pro mogą się dość szybko zniechęcić. Checkpointy na życzenie gracza? Chociaż nie, może to byłoby zbytnie uproszczenie. Doceńmy uczucie, kiedy po kilkudziesięciu próbach zaliczamy kolejną, wydawałoby się niemożliwie trudną planszę, po czym wracamy do poprzednich i śmiejemy się w głos na widok żałośnie prostych wyzwań. No to chociaż więcej treningowych zadań, bo 13 lekcji to ciut za mało, żeby wykręcać kilkumilionowe combosy na planszach! Tak czy inaczej jestem szczęśliwym graczem i naprawdę dawno nie miałem tak mokrych i zmęczonych dłoni. W czasie gry na konsoli rzecz jasna, If you know what I mean... ;>
OlliOlli2: Welcome to Olliwood zadowoli zarówno casuala, jak i konsolowego wyjadacza. Jeśli miałbym formułować ocenę w dziesięciostopniowej skali, byłaby w okolicach mocnej siódemki.


Nagle  Eureka - przecież da się wejść balkonem,
po piorunochronie, jak w "Jestem Hardkorem"!
                ~Kubi, Mądry Polak po szkodzie, głupi po głodzie
 
Materiały pochodzą z bloga: http://www.roll7.co.uk/#!olliolli2/ccko

czwartek, 15 stycznia 2015

RECENZJA #59: Zarobić milion, idąc pod prąd - Jakub B. Bączek


Książkę Jakuba B. Bączka czytałem już jakiś czas temu, na fali Mistrzostwa Świata w siatkówce, zdobytego pod wodzą francuskiego szkoleniowca, laureata nagrody Trener Roku 2014 na zeszłotygodniowej gali Przeglądu Sportowego. Dlaczego o tym mówię? Bo oprócz Stéphana Antigi, jego asystentów i sztabu fizjoterapeutów, na turnieju w polskich halach, tuż przy kadrowiczach, obecny był również człowiek odpowiedzialny za przygotowanie mentalne naszych Orłów (pardon za okruch banalnego nacjonalizmu), autor prezentowanego tutaj, dwustustronicowego podręcznika motywacyjnego.

Właściwie, czy można powiedzieć, że to klasyczny pogadanka o rozwoju osobistym? Oczywiście mamy pewne spostrzeżenia odnośnie życiowej równowagi, inspiracji buddyzmem, działalności charytatywnej czy sinusoidy doświadczeń, ale wszystko napisane niestety raczej prymitywnie i efekciarsko, bez pogłębionej refleksji. To absolutne podstawy dla przyszłych, szemranych przedsiębiorców. Mydliny oczu!

Z okładki atakuje nas slogan, że w książce mamy do czynienia z niezwykłą bezpośredniością autora i odniesieniem do polskich realiów. Cóż, w pewnym sensie oba punkty są prawdziwe, pozycję czyta się jak bloga, a i mamy kilkadziesiąt odniesień do lokalnego kontekstu instytucjonalnego, głównie narzekanie na polską papierologię. Wszystko sprowadza się jednak do czczych rad typu: dąż do bycia rentierem, generuj pasywne dochody, zacznij od garażu lub podnajmu części mieszkania, reklamuj produkt, zanim zaczniesz go produkować.

Oczywiście nie oczekiwałem od książki żadnych przełomów w życiu, zresztą sam autor zaznacza, że jeśli czytelnik wyniesie choćby 10% z lektury i pogimnastykuje ciut swoje szare komórki, to już będzie sukces. Cóż, starałem się wykonywać wszystkie ćwiczenia z książki, przynajmniej w myślach (choć przyznaję, że pod koniec olałem sprawę) i część z nich rzeczywiście może przydać się bardzo nieogarniętym życiowo płotkom biznesu. Absolwenci uczelni wyższych, a pewnikiem i spore grono pozostałych odbiorców, nie łyknie tej paplaniny. Będzie to dla nich życzliwa, luźna gawęda, acz pusta i pozbawiona większych wartości poznawczych.

Niewątpliwie ciekawym zabiegiem jest umieszczenie w książce także tzw. achivementów, czyli specjalnych zadań, których rozwiązania możemy przesłać na podane adresy mailowe, ażeby otrzymać automatyczną wiadomość zwrotną, która rzekomo poszerzy niektóre wątki. Nie sprawdzałem, jeśli to zrobię, to na pewno zaktualizuję niniejszą recenzję i podzielę się z Wami swoimi spostrzeżeniami. Nagrodą za zrealizowanie wszystkich 12 wyzwań jest mail bezpośrednio do Bączka. Przy odrobinie determinacji możesz mu zatem przedstawić jakiś pomysł na milion prawie osobiście, chyba że to ściema (z tego co pamiętam autor dosadnie informował, że nie lubi marnować życia i często używa folderu kosz).

Niestety, w książce naliczyłem kilkanaście literówek i błędów w odmianie. Wydawnictwo STAGEMENT najwyraźniej niezbyt poważnie podeszło do sprawy. Podobnie jest z oprawą graficzną, nie ma tu mowy o jakichkolwiek skojarzeniach z profesjonalizmem (rozmazane, źle oświetlone zdjęcia, sztucznie wklejone tło itd.). Nie przeszkodziło to jednak Jakubowi B. Bączkowi zagościć na liście bestsellerów Empiku. Przyjęty model biznesowi sprawdził się zatem znakomicie. I chyba taką mniej więcej filozofię wyznaje autor: nie narobić się, próbując jednocześnie zrobić maksymalnie dużo rzeczy samodzielnie, bez kosztownego wsparcia innych. Ale czy każdemu się to podoba i może się udać? Szczerze wątpię, choć Bączek trzeźwo podkreśla - każdy ma swoje definicje sukcesu i unikalną charakterystykę.

Były wieczory, kiedy Zarobić milion idąc pod prąd. Wolność finansowa w czterech krokach czytało mi się szybko, lekko i przyjemnie, w towarzystwie wybornego Portera Bałtyckiego marki Grand. Znacznie częściej drażniła mnie jednak prostota języka i zbytnia zdroworozsądkowość wywodów. Jeśli myślisz, że poradniki mogą odmienić Twoje życie, to... myśl dalej, przemysł wydawniczy zaciera chciwe rączki! Ani nie polecam, ani polecam, przeczytałem jako ciekawostkę. Zdecydowanie nie trzeba, a jeśli już, to dla wątków biograficznych i uroczej, uzasadnionej pewności siebie niedzielnego pisarza, a nie jego wyświechtanych rad.

Ale sama wolność finansowa przed czterdziestką? Kto by nie chciał!

Dane techniczne:
Autor: Jakub B. Bączek
Oprawa: miękka, nabłyszczana
Liczba stron: 200
ISBN: 978-83-937164-3-2
Cena detaliczna: 29 złotych

Wita wolne pokolenie skażone masą uzależnień,
Ciasne kajdanki nie dają żyć niezależnie!
                                               ~Ganz Egal, Ponad to


EDIT: Oto nowa okładka Zarobić milion, idąc pod prąd. Zostałem poproszony o jej aktualizację przez Jakuba B. Bączka! Nie można przejść obojętnie koło tak uprzejmej prośby i (w sumie) nobilitacji, a więc czynię jej zadość. Oto nowy, dużo lepszy front i back!

sobota, 27 grudnia 2014

RECENZJA #55: Taka zabawna historia - Kowalewski i Ćwieluch


Czasem czysty przypadek sprawia, że coś wpada nam w ręce... Tak było z książką Taka zabawna historia, wywiadem rzeką z Krzysztofem Kowalewskim. Dyskutantem znanego aktora był Juliusz Ćwieluch, filmoznawca, który nigdy nie napisał żadnej recenzji, samorodny dziennikarz tygodnika Polityka. Pamiętam jak wraz z koleżkami oglądaliśmy program Kuby Wojewódzkiego, promujący nowe wydawnictwo. Kowalewski wypadł na tyle dobrze, że kiedy zobaczyłem pozycję na maminej półce, zdecydowałem się po nią sięgnąć. Czy było warto?

I tak, i nie. Z jeden strony ledwo kojarzę faceta z kilku filmowych ról (Wyjście awaryjne, Daleko od noszy, Ogniem i Mieczem), więc jakoś szczególnie nie zajmowały mnie perypetie zmiany teatrów i utarczki z innymi Wielkimi Tamtych Czasów (to zapewne doceni dojrzalszy czytelnik żyjący w momencie największego rozkwitu kariery aktora), z drugiej jednak są fragmenty o wojnie, komentarze poprzednich związków i miejscami świetne puenty życiowych rozważań. Urywków naprawdę śmiesznych jest jak na lekarstwo, a nie ukrywam, że właśnie jowialnych anegdot szukałem najbardziej.

Ćwieluch przez całą konwersację pozostaje w cieniu, zaledwie kilkukrotnie się wynurzając. Z tekstu da się jednak wywnioskować, że jest świetnie przygotowany do rozmowy, odrobił zadanie domowe związane z rozmowami z bliskimi głównego bohatera, poszperał w archiwach i Internecie. Panuje nad konwersacją, odpowiednio drążąc interesujące kwestie, mając na oku dynamikę, emocje i dobry smak rozmowy. Poza tym coś, co w większości przypadków stoi na najwyższym poziomie, to tytuły rozdziałów. Wierzcie mi, pierwsze na co patrzę w nieznanych mi książkach to właśnie wytłuszczone nagłówki, które mogą (ale nie muszą) być wskazówkami odnośnie wyjątkowości dziełka.

Prócz tekstu mamy cztery wkładki z kolorowymi zdjęciami pochodzącymi zarówno z prywatnych archiwów, jak i źródeł teatralnych, prasowych i kronik telewizji. Cholera, widać że świat zmienia się naprawdę szybko. Niedługo my będziemy dobijać do wczesnej starości...

Czego się dowiedziałem z Takiej zabawnej historii? Że aktorzy chleją na umór, a także częściej niż reszta społeczeństwa zmieniają życiowe partnerki. Że bycie Żydem w czasie wojny jest piekielnie stresujące, ale mały dzieciak nie do końca zdaje sobie sprawę ze wszystkich otaczających go okrucieństw. Że nawet będąc na drugim planie, da się wygrać życie. Czyli w sumie nic, czego bym wcześniej nie wiedział, ale czytało się całkiem-całkiem. Takie refleksyjne podsumowanie kariery i życia bardzo spokojnego, mającego do siebie dystans, inteligentnego, pogodzonego z losem człowieka. Fajnie od czasu do czasu poczytać coś quasi-biograficznego.

Czasem czysty przypadek sprawia, że KTOŚ wpada nam w ręce...

All inclusive, materac, jacuzzi,
im to nie służy jak Spartakus Pretorom!
                                               ~Quebonafide, Trip

środa, 12 listopada 2014

RECENZJA #45: inFAMOUS: First Light (PS4)


Kiedy widzisz coś na PS4 za jedyne 80 złotych, to żal nie kupić. Tym bardziej, jeśli to samodzielny dodatek do gry, którą bardzo miło wspominasz (inFAMOUS: Second Son było moją bazową grą w konsolowym zestawie). Czy było warto? Zdecydowanie nie...

Nudna, ale na szczęście krótka kampania ograniczająca się do likwidowania dziesiątek Rekinów z dachów budynków i furgonetek, okrojone miasto i jedna moc z której możemy korzystać (przynajmniej w kampanii) znacznie prymitywizuje i obrzydza rozgrywkę. Rozwój postaci został kompletnie przeorganizowany, nie zbieramy już odłamków, ale punkty z logiem Sucker Punch (co to za tandetna reklama?), na dodatek zmieniono elementy sterowania z podstawki (nie mamy już np. mapy pod wygodnym touchpadem). Największym plusem, jaki udało mi się znaleźć w produkcji jest naświetlenie historii drugoplanowych przewodników (czy bioterrorystów jak chce D.U.P.). Narracja jest prowadzona sprawnie i nieźle łączy przeszłość z teraźniejszością. Finał przenoszący nas w nieurbanistyczną scenerię jest nawet znośny, ale całkowicie pozbawiony wieńczącego trud, epickiego wyzwania (co się stało z grami, to jakaś plaga jałowych zakończeń? - patrz recenzja Cień Mordoru).

Oczywiście nie mamy trybu multi, możemy jedynie rywalizować z innymi graczami na arenie w Curdun Cay, śrubując rekordy punktowe, co jest straszliwie nużące (nijakie plansze, kolejne plagi przeciwników i wieżyczki do zneutralizowania...). Tutaj możemy jednak wejść w skórę Delsina Rowe'a i pobawić się innymi mocami. Szczerze mówiąc nie miałem jednak motywacji do brania udziału w próbach przetrwania czy misjach ratowania zakładników, nawet osiągnięcia mnie do tego szczególnie nie zachęciły, co w moim przypadku jest alarmujące. Wieje nudą, choć trzeba przyznać, że w Second Son zabrakło właśnie czegoś takiego: treningowej sali i turniejowej rzeźni.

Pewnym novum są szalone wyścigi po mieście, za które zdobywamy luminy potrzebne do wykupywania nowych umiejętności (ostatecznie przybierają postać wspomnianych wyżej punktów Sucker Punch) i kamery zamontowane na dronach (żeby zlokalizować latające ustrojstwa, hakujemy ich system i oglądamy rejestrowane przez nich obrazy). Szczerze mówiąc, nowe zadania poboczne niespecjalnie przypadły mi do gustu, wymagają od nas chaotycznej bieganiny. Nawet neonowe graffiti jest jakoś mniej zjadliwe od puszek z farbą!

Zawiodłem się. Piękne Seattle nadal wydaje się odrobinę sztuczne i puste (odrealnieni NPC trzymający swoje kubeczki z kawą lub gapiący się w ekrany smartphonów nie interesują się otoczeniem, podobnie jak niereagujący na nic kierowcy; boli mnie również brak ludzi puszystych, choć muszę docenić, że po rozwaleniu bankomatu w powietrzu wirują banknoty), a odebranie nam możliwości absorpcji innych mocy brutalnie pozbawia nas urozmaiconej zabawy, choć rozumiem, że First Light to tylko samodzielny dodatek. Nie mogę jednak wystawić innej oceny niż naciągane 3/10. Rezygnuję nawet z listy minusów pod artykułem, bo nie kopie się leżącego Jeśli nie masz w co grać, a nie posiadasz dziwnj ambicji kolekcjonowania exclusive games for PS... lepiej zainwestuj w konto PlayStation Plus - tam znajdziesz lepsze tytuły do pobrania. Przykro mi, ale mówię stanowcze NIE dla przygód panny Abigail Walker...


Za parawanem imprez i neonów tylko smutek,
W katalogu bodźców miłość stała się białym krukiem!
                                                               ~Te-Tris, Trzeba żyć

środa, 29 października 2014

Ulubieńcy października!

Wielu (b/v)loggerów uskutecznia coś na kształt katalogu rzeczy, które danego miesiąca najbardziej przypadły im do gustu. Trochę mnie już znacie i wiecie, że bardzo lubię eksperymentować z formą (treścią zresztą też), zobaczmy więc jak odnajdę się w takiej stylistyce.

#JEDZONKO
Absolutnym smakowym odkryciem miesiąca jest metka bawarska - surowa kiełbasa z mięsa wieprzowego. Zazwyczaj jest dobrze przyprawiana, z wyczuwalnym aromatem dymu. Ta, którą ja regularnie spożywam jest jednak bardzo łagodna i łatwa w rozprowadzeniu na świeżym pieczywie. Zostawia charakterystyczny i bardzo przyjemny posmak w ustach, podobny do frankfurterek. Na pohybel wegetarianom!


#FILM
Zdaje się, że nie oglądałem ostatnimi czasy żadnego pełnometrażowego filmu, który mógłbym Wam z czystym sumieniem polecić. Mogę za to zarekomendować satyryczny magazyn publikowany na portalu YouTube pt. 8 Liga Mistrzów. Jeśli nie znacie - w wolnej chwili nadróbcie zaległości, kanał kartofliskapl robi świetną robotę! Oprócz tego odgrzewany kotlet, który każdorazowo powoduje lawiny śmiechu na wykładach Płeć i sport - występ Érica Moussambaniego na Olimpiadzie w Sidney. Styl węgorza sprawia, że naprawdę trudno się nie uśmiechnąć.

#MUZYKA
Nic się nie zmienia, nadal siedzimy głęboko w rapie. Mimo, że radomski kocur KęKę nie wydał ostatnio żadnego nowego krążka, jego solo, luźne numery i gościnne zwrotki wciąż latają na głośnikach. Posłuchajcie Desantu, Wierszu o nas i chłopcach, Od dziecka czy chociażby jego #hot16challenge! Wszystko podlinkowane, wystarczy poklikać, a jeśli będzie mało - wpadnijcie na oficjalny kanał artysty, gdzie znajdziecie numery sprzed epoki PROSTO label. Oprócz tego wyszedł mixtape Kartky'ego pt. Preseason Highlights (który mam nadzieję lada chwila trafi w moje ręce w ekskluzywnym wydaniu, spodziewajcie się recenzji) i epka Pyskatego pt. PitStop. Obydwa wspomniane dziełka są na razie słuchane wyrywkowo, ale siadają!


#GRA
Prawie dwa tygodnie pocinałem w Śródziemie: Cień Mordoru. I powiem Wam, że bawiłem się wyśmienicie, mimo iż porządne przejście tytułu zajmuje niecałe 35 godzin, a rozgrywka to kompilacja patentów z kilku innych produkcji. Szczegóły wkrótce, bo nie odmówię sobie poświęcenia na grę osobnego wpisu. Tylko czekam na wolny wieczór, żeby na spokojnie siąść i skonstruować w miarę rzetelną opinię. Stay tuned!


#KOMIKS
Kolega ze studiów po dłuższym czasie oddał mi moje komiksy. Nie piszę tego jednak z pretensją, zawsze długo przetrzymujemy swoje rzeczy, co ma swoje dobre strony - na nowo odkryłem magię komiksu pt. Logikomiks. W poszukiwaniu prawdy. Boże, to najlepsza powieść graficzna jaką kiedykolwiek czytałem. Żadnych superbohaterów, sami logicy balansujący na krawędzi geniuszu i szaleństwa. Historia jest świetnie prowadzona, rozgrywa się na trzech poziomach, jest samoreferencyjna i nieszablonowo spuentowana. Gdyby nie to, że ma już swoje lata i permanentnie brak mi czasu, pokusiłbym się o recenzję. Zresztą, najlepszą zachętą do przeczytania pozycji zdaje się być jej publikacja w kilkudziesięciu krajach. Serio, widziałem nawet egzemplarz w języku tureckim.


Z wszystkich powyższych najbardziej polecam Wam komiks, później całą resztę. Logikomiks to coś bezprecedensowego. Storyboard Doxiadisa i Papadimitriou w połączeniu z rysunkami Papadatosa tworzą wyborną kombinacje, kimkolwiek są ci ludzie. Sztuka przez duże es!

Chciałbym Was również spytać co sądzicie o takiej formie wpisów? Podoba Wam się? Chcielibyście czytać podobny raport co miesiąc? Wysilcie się w komentarzach, to daje najwięcej motywacji!

Chcesz być na bieżąco z nowymi wpisami? Obserwuj najnowsze posty na Kultura & Fetysze!

wtorek, 14 października 2014

RECENZJA #42: Watch_Dogs (PS4)

Do Watch_Dogs podszedłem odrobinę sceptycznie, gdyż spotkałem się z wieloma opiniami, że gra (delikatnie mówiąc) nie do końca spełniła oczekiwania fanów elektronicznej rozrywki. Spory dyskomfort odczuwałem również przy płaceniu za produkt - posiadacz konsoli nowej generacji pod żadnym pozorem nie powinien porównywać cen z innymi platformami. Jako użytkownicy PlayStation niby dostaliśmy cztery dodatkowe misje (CTRL, ALT, DELETE, ZAMKNIĘCIE), a także unikatowy biały strój, ale to raczej kiepskie pocieszenie. Nawiasem mówiąc, przetłumaczenie nazwy trzeciej misji na polskie USUŃ było bardzo, bardzo kretyńskim pomysłem.


Do rzeczy: główny wątek fabularny zasadniczo jest bardzo interesujący i odpowiednio rozbudowany. Na początku trochę gubiłem się kto jest z Blume, kto z DecSec, czym właściwie jest system ctOS 2.0, kogo i dlaczego mamy dorwać, ale z czasem ułożyłem wszystko w głowie (pomocne były nagrania porozrzucane po całym mieście). Wyszła całkiem niezła antyutopia, w której można inwigilować każdego. Zasadniczo jednak, ciągle robimy to samo, zarówno w kampanii, jak i misjach pobocznych, co jest odrobinę nużące. Dogoń, zhakuj i/lub zabij. Zdobądź informacje, ucieknij lub oczyść teren. Pocieszające jest to, że zazwyczaj mamy dość dużą swobodę przy wyborze środków, szczególnie w misjach konwojowych (to my decydujemy, gdzie zastawić pułapkę). Bardzo irytujące jest za to jedynie 50 poziomów rozwoju bohatera, które możemy osiągnąć bez większego trudu, a później gra nawet nie nalicza nam zdobytych punktów doświadczenia. To okropnie demotywuje.


Klimat miejscami jest wyśmienity. Chicago żyje i jest ładnie zaprojektowane, a prowincjonalne Pawnee pełne tanich hoteli i obozów campingowych wymiata. Z wielką przyjemnością meldowałem się w Hotspotach, poznając przy tym wiele ciekawostek i faktów o miejskiej infrastrukturze. Moja pierwsza ucieczka przed policją odbyła się przy One Mic Nasa, co wysadziło mnie z kapci, prawie tak mocno jak zimowe misje w Mafii 2! Zapędzając się w biedniejsze dzielnice możemy wbić się w hip-hopowy cypher, poobserwować jak małolaty odbijają piłkę o drzwi od garażu, a zakochani miętolą się za węgłem. Szkoda tylko, że nie zobaczymy żadnego zwierzęcia, ani motocyklisty (mimo, że sami motor możemy dosiąść).


Poziom trudności nie jest szczególnie wysoki (grałem jak zwykle na normalnym), zdarza się jednak powtarzać niektóre etapy. Zazwyczaj odradzamy się niezbyt daleko, przy poprzednim etapie misji, szkoda tylko, że nie możemy przerywać scen i dialogów, co jest trochę nużące. Jedynie kilka razy miałem nieprzyjemność powtarzać dłuższe fragmenty. Szlag mnie trafiał, jak przypadkowo detonowałem jakieś ładunki lub zabijałem delikwenta, którego miałem jedynie obezwładnić. Swoją drogą przydałaby się jakaś pukawka z końską dawką usypiającej substancji, wielu przeciwników musimy jedynie sklepać i nauczyć pokory... Poza tym wybór broni i pojazdów jest satysfakcjonujący.


Miłośnicy GTA spytają zapewne: a czołg jest? Otóż nie ma, ale w ramach cyfrowych odlotów możemy sterować mechanicznym pająkiem lub porozjeżdżać ludzi pancernym samochodem w iście psychodelicznej wizji... Mało? Poskaczcie po kwiatach i wyzwalajcie dzielnice miast spod kontroli mroku i mechanicznych strażników! Minigry to coś, co zdecydowanie urozmaica rozgrywkę. Mówię tu również o hakowaniu, piciu, pokerze, jednorękim bandycie i moich ukochanych szachach, w których mamy dostęp do wielu łamigłówek, nie tylko zwyczajnej gry.

Oczywiście można narzekać na dziwne postawy niektórych mieszkańców miasta w sytuacjach kryzysowych, irracjonalne zachowanie policji i łatwość zmylenia ich w czasie pościgu lub z góry narzucone komplety strojów Aidena Pearce'a (i jego dość drewniany sposób poruszania się), ubogi asortyment kiosków i punktów gastronomicznych, ale to wszystko drobiazgi. Nie rozumiem za to zrzędzenia na model jazdy, mnie tam fury prowadziło się zadziwiająco dobrze, a różnice miedzy brykami sportowymi, a ciężarowymi były mocno odczuwalne.


Jeśli chodzi o multiplayer, a tym razem miałem możliwość korzystania z darmowego, próbnego konta PlayStation Plus, nie spodobały mi się chaotyczne strzelaniny, ale wyścigi, ukrywanie się przed chcącym nas dopaść graczem, czy wspólne odkodowywanie zaszyfrowanych danych sprawiają sporo frajdy. Z dumą oświadczam, że skończyłem wszystkie wyzwania związane z grą wieloosobową. W ogóle, pasek postępu w grze zatrzymał się na ok. 97%, więc można powiedzieć, że poobcowałem z produkcją dość długo i intensywnie.

Podsumowując: świetny tytuł, kilkadziesiąt naprawdę niezapomnianych godzin. Interakcja z otoczeniem sprawia, że myśli się zupełnie inaczej niż w innych tego typu grach. A ile ma się radochy, spuszczając kontener na Egzekutora (dobrze opancerzony bydlak z potężną bronią), zatrzymując pociąg lub uruchomiając blokady tuż przed nosem policyjnego radiowozu. Do tej pory, obok Assassin's Creed, najlepszy tytuł w jaki miałem przyjemność tego roku pyknąć. Stawiam... mocne 8,5/10, czyli jak do tej pory najwyższa ocena dla gry na tym blogu. Szampan i truskawki!

Spacer po mieście, asysta kamer
Chroni rzetelnie przed terrorysty planem!
                                               ~Włodi, Wzorowy

wtorek, 30 września 2014

RECENZJA #39: LEGO Marvel Super Heroes (PS4)


Mam trochę zaległości z recenzowaniem tytułów, w które grałem na PlayStation 4, więc pora na ich sukcesywne nadrabianie. Dziś przedstawię Wam pokrótce moje wrażenia z LEGO Marvel Super Heroes. Będzie to iście telegraficzny skrót!

Sporo nowych postaci, których nie znajdziecie w LEGO Batman: The Videogame i LEGO Batman 2: DC Super Heroes, ale które de facto nie różnią się zbytnio umiejętnościami. Mamy bomby wysadzające srebrne elementy, lasery roztapiające złote klocki, supersiłę, superinteligencję etc. Jak zawsze mamy masę znajdziek: skarby poukrywane na każdym poziomie (nawiasem mówiąc są coraz głupiej porozmieszczane i nie ma porównania chociażby do LEGO Indiana Jones: The Original Adventures), postacie do odblokowania, Stana Lee do uratowania, fioletowe monety, złote i czerwone klocki. Nigdy nie rozumiałem dlaczego autorzy uparcie każą nam zapłacić za odblokowanie postaci, której znacznik zdobyliśmy, co zmusza nas do nużącej walki o każdy mały pieniążek. O wiele przyjemniej byłoby, gdyby nowa postać była od razu grywalna, a forsa przydawałaby się do czegoś innego... Jak zdobyć te miliony monet potrzebne do radości z pełnej palety postaci? Chyba tylko bezlitośnie wykorzystując respawnujące się stada przeciwników i kilkadziesiąt minut zbierać monety na dziesięciokrotnym przeliczniku.


Cały czas latanie jest do chrzanu, a właściwie kamera, która wyczynia wtedy prawdziwe cuda. Nie zdobyłem chyba żadnego złotego klocka w konkurencjach lotniczych (zdecydowanie to przerasta moje siły, a przecież dawno już mieszczę się w PEGI 7). Oczywiście przechodzenie poziomów za pierwszym razem nadal jest ciekawe, zdarza się, że musimy się solidnie pogłowić nad rozwiązaniem zagadki, ale powtórne rozegranie planszy jest już delikatnie nużące. Trzeba ciągle zmieniać postacie i nieustannie zastanawiać się gdzie też twórcy mogli ukryć skarby (czasami znalezienie pełnego zestawu jest banalnie poste, ale gdzieniegdzie się poddawałem). Aha, dwa razy moja postać utkwiła między niewinnymi obiektami na mapie, których niestety nie dało się zniszczyć. Nie pomagała zmiana bohatera, ani uśmiercenie klockowej kreaturki, musiałem zrestartować misję.


Pochwalić należy poziomy specjalne, poukrywane w Nowym Jorku i odblokowywane dopiero po uzbieraniu odpowiedniej liczby złotych klocków. Są małe, nieźle zbudowane i pozwalają na zdobycie interesujących postaci. W ogóle to mamy do dyspozycji praktycznie cały Marvel (a nawet smaczki typu Strażnicy Galaktyki) i kilku z uniwersum DC, wszyscy dysponują małym (ale zawsze) wachlarzem unikatowych ruchów i ciosów. Dziwi tylko zrezygnowanie z mniejszych postaci; w szczeliny wcisnąć się może jedynie Człowiek Mrówka. Z kompletnych szczegółów, denerwujące jest używanie postaci, które mogą się przekształcać (np.: Hulk, Spider-Man, Venom), gdyż zmiana postaci i wybór innej są pod tym samym przyciskiem, liczy się długość wduszania guzika. Mam również wrażenie, że nie wykorzystano w pełni możliwości stworzenia bardziej złożonych łamigłówek logicznych, które wymagają łączenia umiejętności różnych bohaterów.


Coraz bardziej irytuje poziom żartów, choć w przeszłości bywało znacznie gorzej (patrz sponiewierany intelektualnie Robin z dwóch części LEGO Batman; tutaj najgorzej oberwało się chyba Nickowi Fury). Niektóre przerywniki przyprawiły mnie o mały uśmieszek (np. wspólne spędzanie czasu wolnego przez złoczyńców i obrońców na pokładzie Helicarriera).

Podsumowując: kolejny raz dostaliśmy odgrzewanego kotleta. Nie twierdzę, że jest niesmaczny, jeśli nigdy wcześniej nie grałeś w gry z tej serii, to zasmakuje Ci wyśmienicie. Ja już jednak dziękuję. Muszę odpocząć, zmienić menu. Dla weterana takiego jak ja to niestety zbyt mało nowości od czasów pierwszych LEGO Star Wars. 5/10.

PS: I czemu do cholery w wozach policyjnych jeżdżą cywile? Żeby nie uczyć dzieci rozwalania stróżów prawa? ;)

Pozostaje tylko moment, chwila zanim ściągniesz to,
Świecisz jak miliony monet, spłoniesz nim odpalę lont!
                                               ~Mrozu, Miliony monet

Obrazki pochodzą z: http://pl.playstation.com/ps4/games/detail/item641895/LEGO%C2%AE-Marvel-Super-Heroes%E2%84%A2/

wtorek, 23 września 2014

RECENZJA #37: Miasto 44


Miasto 44 to jeszcze świeżyka, ja byłem akurat w kinie, więc z dziennikarskiego obowiązku słów kilka do Was o filmie naskrobię. Najbardziej bałem się zbyt dużego nacisku położonego na moralizatorstwo historii i wyidealizowane portrety powstańców, a było rzeczywiście tak jak zapowiadano: w centrum uwagi umieszczono irracjonalne zachowania powodowane miłością, strachem i ludzką namiętnością. Jan Komasa na propsie!

Z filmu zapamiętam najbardziej momenty. Świetne i odważne ujęcia, jak na przykład dupstepowa muzyka Skrillexa w trakcie jednej z ryzykownych zasadzek, przeplatana sceną miłości z upadającymi płatkami kwiatów w tle. Sęk w tym, że nie wszystko do siebie pasuje, wyszedł nam swoisty miszmasz, co na początku mnie oburzało, ale z drugiej strony... niech szukają nowych rozwiązań. Momentami czułem się jednak jak w muzycznym teledysku, jakby puzzle nie do końca do siebie pasowały.

Kule otaczające całującą się parę głównych bohaterów? Pociski rozświetlające mrok niczym lasery ze Star Wars? Atak na dwójkę Niemców z wyskoku, do złudzenia przypominający scenę z 300? Psychodele niczym z horrorów przy przechodzeniu przez kanały? Umieszczenie kamery na celowniku karabinu maszynowego? Topiąca się laska, która kąpiąc się sama, niczym syrena kładzie sobie palec na usta (jakby chciała uciszyć widza) i wynurza się kompletnie bez tlenu? Deszcze krwi i ludzkich organów? Strzelanie do jednej osoby z kilku metrów z czołgu, przy czym wyżej nadmieniona nie jest rozszarpana na strzępy, choć cała umorusana prochem i pyłem? Wszystko w obrazku znajdziecie, realizm i logika schodzą na dalszy plan.

Bardzo podobała mi się estetyka i nasycenie kolorów, przypominające nieco produkcje Tarantino, a także nieźle zbudowana dramatyczność. Krótkimi momentami mniej podobały mi się: gra aktorska, prowadzone dialogi i ich udźwiękowienie, choć może to wina kinowej sali. Ogólnie jednak całość na plus, myślę że nie trzeba się będzie wstydzić przy pokazywaniu tego dzieła na szeroko pojętym Zachodzie. Wspomniałbym o kilku innych fragmentach, które pozostaną mi w pamięci przynajmniej kilka dni, ale byłoby już zbyt dużo spoilerów. Solidna czwórka, na razie nie ma nic lepszego w kinach, warto więc na poważnie rozważyć tę opcję!

PS: Z aktorów wyróżniłbym Karolinę Staniec, drugoplanową wykonawczynię roli Beaty, za świetne ślinowe bąble w dramatycznej scenie z Kobrą.

poniedziałek, 1 września 2014

RECENZJA #36: Numery Niczym Nieskrępowane - Kosa


Kosa, Kosińska, Katarzyna, ewentualnie Bonson w wersji damskiej. Kolejny talent z Chełma, miasta które prawdopodobnie ma wyjątkowo sprzyjający mikroklimat dla rozwoju bezczelnych, błyskotliwych i interesujących raperek, niebędących jednocześnie kolejnymi kopiami Wdowy! Dziś przyjrzymy się ostatniemu dziełku Kosy, Numerom Niczym Nieskrępowanym, które ciężko nazwać EPką, są to bowiem cztery luźne numery, nagrane na mniej lub bardziej (dla koneserów i znawców raczej bardziej) znanych instrumentalach. Całość jest jednak dość spójna, a sama raperka udowadnia, że ma świetną rękę do wyboru podkładów, na których uprawia swój emocjonalny ekshibicjonizm. Jak radzi sobie lirycznie? CZAS NA KREATYWNĄ ANALIZĘ!

Snu! (instrumental: Flako - Crying on the in)
Jedno wiem na pewno - numer średnio sprawdziłby się jako poranny budzik. Pierwsza zwrotka mocno rozleniwiająca, niezbyt optymistycznie nastraja do dziarskiego witania nowego dnia... Jedynie krótki, acz konkretny, pokaz techniki mógłby wyrwać nas z objęć Morfeusza. Niezła, niezła zmiana tempa, tylko dykcja do wyszlifowania, ale czyja jest idealna niech pierwszy rzuci poduszką! Czy są tu jakieś napomknięcia o samotności i szczęściu, którego tak naprawdę nie ma? Ciężko powiedzieć, tekst jest otwarty na interpretacje. Zwrotka druga to narzekanie na bezsenność i inspiracje przychodzące zawsze późno w nocy, podobnie jak niechciane, zamykane na pięć spustów, myśli i wspomnienia. Zajebiście leżą mi wszelkie nawiązania do ekonomii - cheekpoint hajsu, produkt krajowy brutto w Holismie, słupki idące w górę etc. Kosa, weź idź na jakiś kurs giełdowego maklera, żeby połapać nowe pomysły na punche z niezaspokojonymi potrzebami w tle! Potrzebami materialnymi rzecz jasna! Ogólnie rzecz biorąc numer, że komar nie siada, sampelek dodaje całości wyjątkowego sznytu. Znakomite rozpoczęcie paczki!

Holism (instrumental: Emancipator - Merlion)
Nawiązanie do greckiego ideału piękna, będącego połączeniem przymiotów ciała i dobroci ducha plus zachęta do indywidualizmu, ale nie tego, polegającego na szukaniu koszulek z oryginalnym nadrukiem, lecz pewnej umysłowej niepodległości, choć częściowej niepodatności na obce wpływy - tak to widzę! Mamy też kilka wersów o powolnej utracie wiary w drugiego człowieka i niemożliwości pobudzenia jego emocjonalnych strun. Ogólnie jest niewesoło, wielowątkowo, ale autorka uciekła od grafomanii, co nie jest zadaniem prostym przy tak abstrakcyjnej, holistycznie ugryzionej, tematyce! Bardzo cenię sobie autobiograficzne odniesienia Kosy, z którymi bardzo łatwo się utożsamiać. Drobne zastrzeżenie do niezagospodarowania dalszej części podkładu i czterokrotnego powtórzenia refrenu. Oczywiście słucha się przyjemnie, słychać efekt narastających emocji; autor ma pełne prawo mieć taki zamysł, ale musi liczyć się z pytaniami słuchacza w stylu: może nie było pomysłu na ciąg dalszy tekstu? Chociaż zwrotka jest w rozmiarze XXL, lepiej zostawić czyste, kozackie pętle niż niepotrzebnie je brudzić... Utwór mógłby lecieć gdzieś w tle napisów filmu Dawca Pamięci, no i obowiązkowy props za użycie słowa fetysz, które jest bardzo na tym blogu lubiane!

Z otwartymi drzwiami (instrumental: Atmosphere - The Last To Say)
Sentymentalny numer dla ziomeczków, którzy nie opuszczają w potrzebie i nie zapominają o nas kiedy oddalamy się o kilka kilometrów lub tracimy zasięg w tunelach i życiowych zakrętach. Domorośli marzyciele z okruszkami na koszulce! Jeśli wszystkie studentki AWF we Wrocławiu (?) są tak dojrzałe i ogarnięte, to chyba lecę robić tam magistra z socjologii! Znowu na drugim planie majaczy nam pieniądz, który tworzy pewien naturalistyczny, urbanistyczny klimat szczurzej antyutopii. Braci się nie traci, ale uciec czasem niestety trzeba. Nawet jeśli kontakt kiepski, to namierzę cię i zachlam - to wyjątkowo cwaniacki i brawurowy wers! Refren złoto! Moim skromniutkim zdaniem to najlepszy numer z tej krótkiej kompilacji!

Proszę mi klaskać ft. Dj Simple (instrumental: Chrome Sparks - Marijuana)
Dobrze, że ten składnik wpadł do sałatki, bo dodaje lekkości, informując jednocześnie, że Artystka Katarzyna nie ma ciągle spiętych pośladków i umie zaprezentować się od strony, że tak powiem, kabaretowo-ironicznej. Powstało już naprawdę sporo tego typu numerów, ale ten nie okazał się w żaden sposób wtórny. Przypomina mi się kawałek nagrany przez niejakiego Micha na albumie Dożywocie Za Słowa, ale za nic w świecie nie mogę przypomnieć sobie jego nazwy, a YouTube nie chce mi pomóc... Ostatnie cztery wersy o dwóch końcach kabla są bardzo miłe, ale również słuchacze powinni doceniać istnienie dystrybutorów muzyki. Takie jednoznaczne podziękowania mogą popsuć charakter odbiorcy, stworzyć w nim złudne wrażenie, że wszystko mu się należy. Należy się dużo, ale bez przesady, pamiętaj o tym! Detale obok których nie da się przejść obojętnie to: przyjemne dla ucha scratche i świetnie wymodulowany ostatni wers z (prawie) zmysłowym szeptem.

Podsumowując: minimixtape zdecydowanie na plus! 4/5, żeby Kosa nie osiadła na laurach! Moja intuicja podpowiada mi, że artystka jest w takim momencie kariery, w którym finansowe niedogodności są dla niej twórczo stymulujące. Dobrze byłoby, gdyby Kosa wypłynęła na odrobinę szersze wody właśnie teraz, żeby zrobić krok naprzód, zmienić delikatnie punkt widzenia i rozszerzyć tematykę (Ciągle słyszymy o ojcu, niedoborach siana, alkoholu, locie na studia etc. Ok, ale zostawmy to już w spokoju!). Jeśli Kosa zostanie tak samo gorzka i refleksyjna, ale nie wpadnie w monotonię, to jestem o Nią całkowicie spokojny! Pozwólmy zdobyć jej kilkadziesiąt/kilkaset nowych lajków (bez pokazywania cycków), choć z drugiej strony mały fanbase jest cenny. Świadomy i zaangażowany. W ostatecznym rozrachunku dobrze jednak próbować połączyć jakość z ilością.

I Ty możesz poczuć się jakbyś razem z Onest Promo wyłowił perłę ukrytą w podziemiu podziemia! Ja właśnie dzielę się NNN ze znajomymi i nielicznymi czytelnikami tego bloga. Bo wbrew pozorom dużo osób otwiera pliki tekstowe dołączone do muzyki. Każdy bowiem szuka odrobiny emocji, a Kosa jest w stanie ich nam dostarczyć! Bezsprzecznie. Fajnie, że Gori, Cution i Dj Simple udzielili wsparcia!

 
To moja czwarta recenzja muzyczna. Zostaw mi jakiś konstruktywny komentarz!


Niedorzeczna marzycielka wciąż bez gruntu pod nogami,
Grunt to pewność, że jak spieprzam, czekasz z otwartymi drzwiami - na mnie!
                                                               ~Kosa, Z otwartymi drzwiami

niedziela, 17 sierpnia 2014

RECENZJA #35: Lucy


Lucy to interesujący film akcji z bardzo mocnym akcentem położonym na rozważania natury filozoficznej. To tak jakby Jestem Bogiem (również o supernarkotyku) zmieszać z Atlasem Chmur (dużo pieprzenia o egzystencji). Wyszło całkiem nieźle, jedyne zastrzeżenie możemy mieć do tego, iż akcji w filmie akcji nie jest zbyt wiele, a oprócz sceny ucieczki z tajwańskiego więzienia, nie uświadczymy tutaj misternie przemyślanych rozwałek z kreatywnym wykorzystaniem otoczenia.

Właściwie substancja, która pozwala Lucy (Scarlett Johansson) władać nadludzkimi mocami to nie narkotyk, a syntetyczne wytworzone CPH4. To ciekawa i nieźle uzasadniona koncepcja. CPH4 to bowiem hormon śladowo wydzielany w ciele kobiety będącej w stanie błogosławionym, sukcesywnie zwiększający możliwości wykorzystywania mózgu, aż do osiągnięcia magicznego progu 100%, gdy stajemy się... no właśnie... Bogiem?

Refleksyjnemu odbiorcy film nasunie zapewne wiele pytań, na które ciężko znaleźć satysfakcjonujące odpowiedzi. Pewne jest jedno - Freeman wybornie nadaje się do ról charyzmatycznych, prawych obywateli i naukowców. Tym razem mamy okazję wysłuchać fragmentu jego bardzo inspirującego wykładu na temat metod przystosowawczych różnych gatunków do życia. Bez wątpienia robi to niemałe wrażenie. Podobnie jak gra aktorska przerażonej Johansson w pierwszych minutach po reklamach.

Świetnym pomysłem było użycie scen z życia zwierząt na początku obrazu, ale już pod koniec seansu pewne motywu były wielokrotnie przerabiane i nie zaskoczyły chyba żadnego widza na sali (np. fresk Stworzenie Adama z Kaplicy Sykstyńskiej). Intrygujący okazał się wątek z Pierre Del Rio, wykorzystanym paryskim gliniarzem, który odegrał minimalną rolę w dość szczęśliwym zakończeniu.

Podsumowując: półtorej godziny na pewno nie było stracone. Jak na poziom niektórych produkcji, które ostatnio ukazują się na srebrnym ekranie, Lucy wypada bardzo dobrze. To lekki, przyjemny i przemyślany twór. Poza tym dawno nie widziałem hollywoodzkiego filmu bez (ludzkiej) sceny seksu, jedynie z subtelnym pocałunkiem i dwoma próbami gwałtu. Szacunek, nota przynajmniej w okolicach solidnej czwórki plus! Obsada palce lizać!

PS: Taką spontaniczność uwielbiam: brzydka pogoda, atrakcyjna Duperka sponsoruje nam kino i posiłek w galerii. Nie ma problemu, świetnie sprawdzam się w roli utrzymanka, przepraszam, gejszy!

PS2: No dobra, apropos scen seksu, przypomniało mi się, że był krótki urywek z parą kochanków, poza tym współlokatorka Lucy opowiadała o upojnej nocy z jakimś przystojniakiem, ale to i tak niewiele jak na wyuzdane standardy XXI wieku. Moja kinowa towarzyszka była co najmniej rozczarowana! ;]

PS3: Publikując tę recenzję wróciłem z wieczornych, osiedlowych piwek. Trochę idiotycznych rozmów o życiu i duperkach, ale przyszła mi do głowy ważna refleksja: pora docenić to co mam, moje relationship jest teraz proste jak drut. Dzięki! #Romeo

[SPOILER] Jak wiedza z superkomputera zmieściła się na gwiezdnym pendrive'ie? Jaki komputer jest w stanie uciągnąć taki sprzęt? I co to za dołujący cytat na końcu - Miliardy lat temu dostaliśmy życie, teraz wiecie co z nim zrobić... Ja nadal nie wiem! [KONIEC SPOILERA]

Niebo zaczyna się zlewać z ziemią w jeden kształt,
serotonina zapędza mnie bezwiednie w szał...
                                               ~Kasia Grzesiek, Euforia

sobota, 9 sierpnia 2014

RECENZJA #34: Knack (PS4)

Miałem ambitny plan recenzowania wszystkich gier, w które zagram na konsoli, ale jakoś wszystko mi się rozmywa, a największą przyjemność czerpię z przelewania na pulpit życiowych refleksji. Nie daję jednak za wygraną i przystępuję do krótkiej recenzji Knacka, mojej pierwszej gry na PS4 i (według moich najlepszych informacji) pierwszej gry na nową generację konsol w ogóle! Zapraszam!


Jeśli ktoś nie grywał wcześniej w nic na padach, to ta produkcja jest strzałem w dziesiątkę. Miła dla oka, odrobinę cukierkowa grafika (sporadycznie nasuwająca skojarzenia z DreamWorks Animation), nieuciążliwa rozgrywka i odpowiedni poziom trudności (mamy do wyboru trzy: łatwy, średni i trudny, każdy do ogarnięcia) są atutami produkcji. Drażni jedynie liniowość (ścieżka, ścieżka - możesz iść tylko jedną, zaplanowaną przez autorów drogą, pomarzyć można o przechodzeniu np. pod skrzydłem samolotu, mimo iż pewnikiem byśmy się tam zmieścili) i sporadycznie źle rozplanowane checkpointy, wymagające powtarzania kilkuminutowego fragmentu zabawy przez głupi błąd na końcowym etapie wyzwania. Może to jednak i dobrze? Bez tego rozgrywka mogłaby być zupełnie pozbawiona wyzwań, a tak okazjonalnie pojawia się uśmieszek satysfakcji.


Przeciwnicy są urozmaiceni, ale prawdą jest, że ciężko wymyśleć kilka rodzajów goblinów czy czołgów. Mamy więc do czynienia głównie z wielkimi i wolnymi twardogłowymi trollami (ewentualnie maszynami/mechami) lub małymi, szybkimi zielonoskórymi, często mogącymi ciskać w nas różnymi przedmiotami. Same modele są jednak ciekawe i zrobione z dbałością o detal, więc się nie czepiam. W moim odczuciu największym rozczarowaniem jest oskryptowanie rozgrywki. Główny bohater, niejaki Knack, może bowiem zmieniać swój rozmiar w zależności od liczby wchłoniętych Reliktów. Nie ma jednak mowy, żeby nasze gabaryty zależały od bezbłędnego sterowania postacią. Są więc etapy kiedy rozwalamy obóz przeciwnika w pył i etapy kiedy musimy zmienać się w malutkiego stworka, aby przecisnąć się przez wąskie korytarze. Jasne, że to urozmaica zabawę, ale ile frajdy byłoby, gdyby rozmiar zależał od naszych poczynań (bez skojarzeń). Zaprojektowanie poziomów mogłoby okazać się wtedy nie lada wyzwaniem, ale  mam nadzieję, że przyznacie mi rację - to byłoby coś absolutnie świeżego!


Fabuła stara się wprowadzać kilka zwrotów akcji, w toku przygody poznajemy lepiej portrety psychologiczne ekipy Knacka, ale jak to zwykle w baśniowych światach bywa - już podczas pierwszej misji wiadomo, kto w naszym teamie jest Judaszem. Misji mamy niedużo, bo jedynie 13, ale przejście każdej z nich zajmuje przynajmniej kilkadziesiąt minut. Po ukończeniu wszystkiego zyskujemy dostęp do trybu walki na arenie i wyścigu na znanych nam fragmentach poziomów lub w całkiem nowych lokacjach. Takie dodatki są zawsze miłe.


Grałem przez chwilę w trybie kooperacji, z moim serdecznym kolegą, który również nie ma zbyt dużego doświadczenia z konsolami, ale tytuł bardzo przypadł mu do gustu. Cytując: zadziwiająco wciągające jak na tak prostą grę, tylko ta kamera kiepsko chodzi... Faktycznie, to niby platformówka z elementami prostej bijatyki (chociaż nie uświadczymy tutaj combosów w ścisłym tego słowa znaczeniu, lecz efektowne slow-motion już tak), ale gra się naprawdę miło. Przypomniały mi się czasy Kangurka Kao. Zastrzeżenia mam jedynie do tego, że przechodząc grę jednokrotnie nie jesteśmy w stanie skompletować artefaktów, które poza tym są mało kreatywnie poukrywane na poziomach (to zawsze jakaś ściana, przez którą trzeba przebić się do małej skrzyneczki). Jeśli zaś chodzi o Słoneczne Kryształy potrzebne do superataków - grę da się przejść bez ich pomocy. Zdarza się jednak, że mamy ich w brud kiedy nie jest to do niczego potrzebne, a przy odcinku naszpikowanym wrogami nie znajdujemy nawet Słonecznego Okrucha. To jednak nie obniża znacząco oceny gry, której wystawiam... solidną 6,5/10. Prochu nikt tutaj nie wymyślił, ale zagrać warto. Szczególnie teraz, kiedy to bodaj najtańsza gra na PS4 do kupienia na rynku. Około półtorej stówy, bierz Pan póki jest!