Pokazywanie postów oznaczonych etykietą #20. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą #20. Pokaż wszystkie posty

środa, 12 sierpnia 2015

OPINIA #20: Co kupić przyjaciółce?

Na fali wznoszącej mojego tekstu o Wiedźminie (bardzo dużo wyświetleń jak na standardy Kultura & Fetysze, ćwierć tysiąca odsłon z małą górką) biorę się za kolejny nośny temacik. Tym razem coś dla dziewcząt, które chcą zostać syrenkami! <3

Czy Twoja serdeczna psiapsiółka ma urodzinki? Imieninki kota? Miesięcznicę świnek morskich? Pierwsze krwawienie? A może chcesz jej po prostu pokazać jak bardzo ją lofciasz, nie wydając przy tym kupy szmalcu? W grę nie wchodzą jednak banalne podarki, to musi być coś lepszego niż kwaśne żelki! Ona jest przecież taaaaka wyjątkooooowa. Prawie jak Ty! Oto kilka moich propozycji.

Po pierwsze – dlaczego zakładasz, że Twoim prezentem musi być coś do jedzenia? Jest tyle pięknych prezencików, które są słodkie, lecz nie zawierają ani grama cukru. Na przykład Łakocie dla duszy czy małe książeczki pełne kasztaniastych cytatów i rwanych pseudomądrości.


Łakocie dla duszy od firmy SEVEN zawierają 100 niekiedy inspirujących sentencji sławnych ludzi, głównie filozofów i artystów. Estetycznie produkt prezentuje się najlepiej ze wszystkich: ładnie wykrojone karteczki i fikuśne blaszane pudełeczko sprawią, że być może mamusia Twojej psiapsióły nie wyrzuci od razu tego pojemniczka do śmieci. Zamiast cukru od firmy SEMEN jest już stosem badziewia wymyślonego przez zespół gimnazjalistek. Niby mamy jakieś 50 kart podzielonych na różne kategorii (np.: Droga do szczęścia czy Zdrowie i uroda), ale każda z nich zawiera czczy bełkot, który tak naprawdę w stresogennych sytuacjach może jedynie człowieka niepotrzebnie wku***ć. Raczej nie polecam, but still better than 50 shades of Grey. Mały skarbczyk porad życiowych to opcja zdecydowanie najbardziej ekonomiczna. Za około 10 złotych mamy książeczkę wypełnioną wypocinami H. Jacksona Browna Juniora, na zmianę z jakimiś cytatami i rysuneczkami starych pryków. Całość zachowuje pewną logiczną ciągłość, aczkolwiek niemiłosiernie nudzi. Nie zmienia to jednak faktu, że psiapsiółce się spodoba! MUSI!

Ponoć wyraża więcej niż tysiąc słów, co?
Pamiętaj: Raffaello, kwiatek i lateks to wyłącznie zestaw walentynkowy!
Od chłopca dla dziewczyny! Rzekłem.

Po drugie, jeśli Twoja kumpela ubiera się w sklepach dla puszystych, a w czasie Waszych spotkań w KFC boisz się, że wyliże Twoje dłonie z tłuszczu i resztek panierki z kurczaczka, to już niech będzie – kup jej coś do żarcia. Nie wybieraj niczego klasycznego. Może skusisz się na coś ekstrawaganckiego, zaskakującego i owianego tajemnicą? Poniżej znajdziesz trzy pomysły godne rozważenia.

Może jakieś słodko-kwaśny dżemik, albo powidła z żurawinką?
Szukaj w Piotrze i Pawle!
Albo zestaw suszonych fig, moreli i daktylów? Prawda, że niecodzienne?
Szukaj w Biedrze!
A może by tak kupić składniki i przygotować domową tortillę?
Szukaj w Biedrze lub warzywniaku!

Po trzecie, pamiętaj o dopasowaniu prezentu do adresatki. Czy poniższy podarek byłby odpowiedni dla samotnej, smutnej i brzydkiej koleżanki z równoległej klasy u schyłku gimnazjum? Nie, tutaj bardziej pasowałyby jakieś… wibrujące jajeczka? A jeśli Twoja psiapsióła zagrywa się wieczorami w The Sims: Szare Blokowiska, czy dwie poniższe gry byłyby odpowiednie na jej Xbox One? Mogłoby być ciężko, chyba że dokonamy upgrade’u – poszperaj na tym kanale, aby poznać szczegóły.

Dziękuję ojcu wielodzietnej rodziny za wypożyczenie eksponatu
w celu wykonania zdjęcia! Ojciec ów prosił o anonimowość...

W tak duże upały w dobrym tonie wydaje się unikanie słodyczy, które zawierają w sobie dużo czekolady. Jeśli już wybierasz słodycze jako uzupełnienie swojego prezenciku, niech to będzie Haribo, ewentualnie kruche ciasteczka typu markizy lub Pieguski. Analogicznie sprawa ma się w drugą stronę – zdecydowanie odradzam zimne napoje i lody, chyba że spożyjecie je w cieniu, bezpośrednio po zakupie lub w domowym zaciszu waszej Poduszkowej Twierdzy. Nie dziękuj, wiem, że muszę Ci o wszystkim przypominać, bo jesteś słodziutką idiotką! Pozdrawiam i nie zapomnij zostawić mi mobilizującego hejta w komentarzu! Do następnego razu, kiedy zrecenzujemy papier toaletowy!

Narzędzia z czekolady np. od firmy Fragola to nie jest taki głupi pomysł...
Ale na pewno nie w środku lata! Czy chciałabyś, aby wszystko
rozpuściło się w misternie pociętej imitacji słomy i trocin?

Heszke w meszke him…
Keszke w meszke him…
Ryszki szyszki szyszki, to król Albanii-ii-i!
Szere mere hoczosz tesz tosz sztara sztasz,
Rochnisz nisz nisz, ochnisz nisz nisz kur*a szwa!
                              ~Popek, Albański raj

sobota, 1 lutego 2014

ERASMUS LIFE #20

Rodzina Aliego. Od lewej: siostry Leyla i Ayşe, mama Sabiha, szwagierka Rabia,
siostrzenica Meryem, brat Zeki, dolny rząd: Yahya (mąż Rabii) i głowa rodziny
Mehmet, nazywany królem lub sułtanem tego domostwa!
Pierwsza kolacja - Lahmacun (placek z mięsem i warzywami) z zieleniną
obficie skrapianą cytryną, zagryzany czerwoną cebulą. Plus dzbaneczek
Ayranu. Każdy posiłek jest serwowany na podłodze, na specjalnej
chuście, którą nazywamy Sofra
Tarsus. Tyle rzeczy do opisania, tyle zaobserwowanych zachowań i różnic kulturowych w domu mojego przyjaciela, że nie wiem na czym powinienem skupić uwagę. Inny świat, jak u Gombrowicza. Począwszy od stylu życia, przez umeblowania domu, smak i sposób przyrządzania potraw, na zachowaniach intymnych i zabawie z dziećmi kończąc. Spędziłem tam zaledwie siedem dni, ale mogę śmiało powiedzieć, że poznałem to niespełna 300 tysięczne miasto zdecydowanie lepiej niż Istanbul. Kto by się spodziewał, że stolica dawnej Cylicji stanie się miejscem, które będę wspominał najcieplej. Wszystko dzięki mojemu przewodnikowi (Aliemu) i jego szlachetnej rodzinie o silnych korzeniach arabskich.

Ulu Camii obok którego znajduje się historyczny
Kırkkaşık Pazar. Pięknie wyszło z tą różą!
Dobrze zachowany fragment rzymskiej drogi
- jedna z największych atrakcji Tarsus
Kościół św. Pawła
...i wewnątrz. Na uwagę zasługuje fresk z Chrystusem w
centrum i czterema ewangelistami w rogach.
Studia z której czerpał św. Paweł, zaraz przy ruinach jego
domostwa. Obok znajduje się kilka ponad stuletnich domów
Ruiny rzymskiej łaźni
Statek-bohater, który brał udział w morskiej bitwie pod Çanakkale.
Dzięki jego morskim minom Alianci nie zdołali rozerwać tureckiej linii obrony.
Atatürk z oficerami
Bum!
Wpis ten będzie składał się głównie ze zdjęć. Masy przeróżnych zdjęć. Nie chcę się zbytnio rozwodzić nad każdym szczegółem, poza tym o wiele łatwiej opisywać pewne interesujące detale za pomocą metody bardziej tradycyjnej, mianowicie konwersacji. Dochodzi też aspekt nienaruszania miru rodzinnego, na co jestem szczególnie uwrażliwiony. Pewne rzeczy winny zostać w familii, nie chcę wyjść na szpiega-plotkarza. Ostatnia składowa formy dzisiejszej notki to czas. Nie mam zamiaru odkładać wrzucania postów na później, bo nigdy tego nie zrobię. Nie lubię odgrzewać starych kotletów, tracić energii na mozolne przypominanie sobie nazw i emocji, które towarzyszyły mi w danych sytuacjach. Dlatego siedzę teraz po nocy i stukam w klawiaturę, mimo uciążliwego bólu głowy, który towarzyszy mi od samego rana. Sytuacji nie poprawił katar (tur. nezle, pamiętam bo musiałem wiele razy usprawiedliwiać przerwy w posiłkach, żeby uciec w ustronne miejsce i porządnie wysmarkać nos) i zmiana ciśnień na pokładzie samolotu. Myślałem, że moja głowa eksploduje... Oby tylko nie było to nic poważnego. Rożne rzeczy się piło (ponoć woda z publicznej fontanny jest krystalicznie czysta...) i jadło. Może to Bąbliwica albo zapalenie opon mózgowych? Pieprzony biol-chem. Nie, nie, po prostu panikuję.

Miseczka z karmelowym czymś to tahin helva - słodki przysmak do chleba,
chałwa w płynie; turecka Nutella
Lokal Oscar. dzięki Mevlütowi (przyjaciel Aliego) posiłki
spożywaliśmy tam za darmo
Popiersie matki Atatürka.
Nie ma kobiety jak matka, nie ma kraju jak Ojczyzna
Eski Hamam. Zabawne, że moja przepaska jest schludniej zawiązana niż ta
rodowitego Turka. Podczas pobytu miałem przyjemność doświadczyć
Keselemek - masażu rękawicą w celu ujędrnienia skóry i usunięcia zbędnego
naskórka
Şehmeran - Królowa Węży. Poszperajcie, ciekawa legenda
Pociąg, którym podróżował... kto? Atatürk!
Czasami kult jego osoby zakrawa o lekką przesadę
Humus- potrawka z ciecierzycy, pasty sezamowej i mięsa zagryzana
korniszonami. Danie to pochodzi ponoć z Libanu.
Stadionik lokalnej drużyny. Nigdy nie przypuszczałem ile drzwi może
otworzyć bycie Europejczykiem!
Nielegalna wspinaczka po skałkach przy wodospadzie na rzece Cydnus.
Mina uśmiechnięta, ale nigdy więcej po śliskich kamieniach na gładkiej
podeszwie, w asyście wywierającego presję psa.
Zabawne wspomnienie. Pierwszego dnia, kiedy jeszcze nie znałem za bardzo sąsiedztwa wsiedliśmy na skuter i pojechaliśmy kupić chleb. Na szerokiej drodze pełno krzykliwych dzieci, niskie domy, szopy z blaszanymi dachami, gdzieniegdzie jakieś ruiny, opony czy biegające kury. Niczym w telewizyjnych relacjach z Iraku. Nic tylko wypatrywać Amerykanów i nasłuchiwać odgłosów wystrzału z karabinów. Ale droga powrotna to jeszcze ciekawsze przeżycia. Nie ma nic bardziej inspirującego niż trzymać dwa parzące bochenki pieczywa owinięte w cienki, biały papier i pędzić przez ten abstrakcyjny świat z wiatrem we włosach.

Na skuterze przez 'Irak'
Widok z balkonu moich gospodarzy
Siedem minut i na naszych oczach rośnie świeżutki, kruchy chlebek.
Wszystko za pół liry - niemożliwe w Istanbule...
Zawsze chętnie pozująca dzieciarnia. Młodzieńcy zmierzali do kafejki
internetowej, w której jest zawsze tłoczno. Tak, tak - kafejki internetowe,
wypożyczalnie płyt, pucybuci - to wszystko całkiem nieźle prosperuje
Jaskinia Siedmiu Śpiących
Nie mogę narzekać na gościnność i umiejętności kulinarne moich gospodarzy.
Tutaj mamy tavuk (po prostu kurczak...), sałatkę, ostrą zupo-przystawkę i coś
specjalnego: cieniutki chleb, który z powodzeniem zastępuje sztućce
Chyba czasami będzie mi brakować bycia obcokrajowcem. W Tarsus każdy traktował mnie jak najbardziej interesującą osobę, z którą miał okazję porozmawiać. Wpadliśmy do liceum Aliego, pograliśmy z chłopakami w kosza (o Boże...) i siatkówkę (o tak!). Po kilku minutach cały plac wiedział, że jest tu ktoś z Polonya. Masa idiotycznych pytań i tureckiego bełkotu, którego nie rozumiałem, ale spora część uczniów okazała się bardziej dojrzała. Szczególnie miło wspominam Seyita i Aslı, z którymi spędziliśmy cały dzień. Nie powiem, przyjemnie pozuje się do zdjęć ze zgrabnymi licealistkami o anielsko pachnących włosach. Nie zdziwicie się, gdy znajdziecie mnie na Instagramach, Twitterach czy innych takich. Zdjęcia były pstrykane wszędzie - u fryzjera, na ulicy, przy zabytkach. Sporadycznie wpadały darmowe posiłki i zimne napoje od sklepikarzy. Sława Lewandowskiego wyprzedza wszystkich Polaków. Ja ponoć przypominam Marco Reusa...

Zdarzały się godziny na krótki rękawek. Sorry, taki mamy klimat! ;]
Muzeum Archeologiczne. Z SeitemAslı
Brama Kleopatry. Przechodził pod nią min.: Cyceron, Marek Antoniusz...
Atom - specjał z Tarsus. Sok wieloowocowy podawany wraz
z owocami polanymi czekoladą i posypanymi wiórkami kokosa :O
Ja zamiast Şalgam (napój z rzepy) zdecydowanie wolę Lemoniadę.
Po prawej profanacja - miotła w barwach Fenerbahҫe!!!
Z Yusufem (kolejnym znajomkiem Aliego). Jedno z większych życiowych
wyzwań językowych podczas naszej długiej rozmowy po turecku...
PS: Dostałem komplet ocenek! Sześć razy AA! Hell yeah! Szczerze mówiąc to było stosunkowo łatwe, Fatih University to całkiem dobre miejsce do erasmusowania! Nic tylko zwiedzać Paulina ;>

PS2: Więcej arcyciekawych zdjęć i ciekawostek tylko w real priv... Ostatecznie strasznie okroiłem materiał. Zdecydowałem się nie pokazywać zbyt wielu posiłków i byłem zmuszony pominąć kilka istotnych miejsc (np.: malowniczą oczyszczalnie ścieków czy Osmański Park). Nie dajcie sobie wmówić, że Tarsus to nudna mieścina!!!

Centrum dowodzenia AK Party. Zbliżają się lokalne wybory,
Tarsus był zaklejony plakatami liderów wszystkich opcji.
Künefe - słodki placek nadziewany gorącym serem,
posypany orzechami pistacji. Wyśmienity z lodami!
Tureckie wesele w sąsiedztwie. Monotonne grupowe tańce,
bazujące na uginaniu kolan i potrząsaniu ramionami. Wszystko
odbywa się przed domem, niezależnie od pogody.
Cezerye - miód, orzechy, kokos - najlepsze połączenie
EVER! Tego wieczoru oszalały... cukrografy?

niedziela, 5 stycznia 2014

RECENZJA #20: Szmaragdowa Szczerość - Ad.M.a


Trzecia recenzja muzyczna i... czas powitać pierwszą Damę! Kto mi teraz zarzuci lekceważenie -używając terminologii Gonix- dziewczyńskiego rapu, no kto!? Ad.M.a, kotka z Chełma, w grudniu ubiegłego roku wpuściła do sieci krótkogrający materiał pt. Szmaragdowa Szczerość (na marginesie, tytuł EPki lepszy niż ksywka, ale przecież nie ksywkę będziemy oceniać, prawda?). Nazwa od razu skojarzył mi się z Tablicą Szmaragdową - średniowieczną inspiracją wszelkiej maści alchemików, ezoteryków i szarlatanów. Strzał to prawdopodobnie chybiony, choć słysząc niektóre linijki, może nie do końca? Kto wie co może siedzieć w głowach rapujących, rudych dziewcząt...

Nie byłbym sobą, gdybym nie wprowadził małej dygresji fabularnej przed tzw. recenzją właściwą [jeśli Twój czas jest zbyt cenny opuść poniższy fragment fabularny].

                Wigilia! W tym roku bardzo świecka. Siedzę sobie w pokoju Koreańczyków i Litwina. Pracuję nad swoim komentarzem do ostatnich trzech akapitów Traktatu o miłości Awicenny (praca zaliczeniowa na Historię Myśli Tureckiej). Piękny, filozoficzny tekst o doskonałości i miłości Allaha...
                Jako że czas to szczególny, kończę pracę szybciej niż zwykle i podejmuję z Dongiem świąteczną interakcję (warto nadmienić, że Dong jest katolikiem, co Koreańczykom nie zdarza się zbyt często). W tym roku odpowiada mi taki klimat (a właściwie jego brak). Jedynym elementem przypominającym polskie święta są mandarynki. Żadnych dekoracji, specjalnych potraw, głupiej zabawy w patchworkową tradycję.
               Oczywiście gadka z Dongiem (lubię nazywać go Ding Dong, ale strasznie go to wnerwia) zaczęła się jakoś konwencjonalnie: Bożonarodzeniowe zwyczaje, później życie ogólnie, jego relacje z dziewczyną (które ostatnio, ujmując rzecz metaforycznie, zyskały kilka nowych rys i zadrapań, EDIT: związek posypał się tuż przed nowym rokiem), następnie przeszliśmy gładko do (jakżeby inaczej) relacji z moją (byłą) dziewczyną (które, ujmując rzecz mniej metaforycznie, spie#doliły się po całości i obróciły się w kupkę wspomnień), aż tu nagle, nie wiem jak, schodzimy na temat rapu. Ciekawostka: w Korei rapujące dziewczyny to zjawisko dość powszechne. Jest ich ponoć bardzo dużo, ale głównie w sezonowych, młodzieżowych bandach (jednym z wyjątków jest Tasha - klik i klik). No to lecimy po linkach z kobiecym rapem z teledyskami. Polska reprezentacja to: Wdowa, Guova, Gonix, Ad.M.a (nie więcej, żeby nie zanudzać). Szkoda że zapomniałem o Cleo, ale tam głównie się patrzy, nie słucha. Dong, rozumieć wiele nie rozumie, ale przy klipie do Czarownicy, jego małe, skośne oczka zaczynają się wyraźnie rozszerzać, a usta powtarzają: she is sexy, she is so sexy. Ja odpowiadam: No, no! Guova is hotter than her! I will show u! [spuśćmy zasłonę milczenia na dalszy ciąg tej dyskusji]
                Ostatecznie spór nie został rozwiązany, każdy obstawał przy swojej faworytce. Wiem, wiem, trochę to seksistowskie oceniać rap w ten sposób, ale... kto pierwszy rzuci kamieniem? W końcu facjata i stylówa to rzeczy ważne, szczególnie gdy jednemu z rozmówców ciężko docenić warstwę liryczną prezentowanych utworów. A teraz, wypada mi podziękować za okruch międzynarodowego fejmu! :)

Dobra, koniec śmieszków. Zasady są proste - oceniam po kolei każdy kawałek, uwagę ogniskując na tekstach (można powiedzieć, że na tym znam się najlepiej). Bez zbędnej wazeliny, choć nie roszczę sobie prawa do obiektywności. Jestem bardzo nieobiektywny i wiecie co? Dobrze mi z tym.

1. Szmaragdowa Szczerość (prod. ZeroJeden)
Zabójczo dobry podkład z samplem od Waldka Koconia, już na wstępie zgarnia pełną pulę. Pierwsze wrażenie po usłyszeniu Adrianny - kobieca wersja Kajmana (na szczęście modulacja okazała się tylko chwilowa). Słuchając premierowo zakrztusiłem się oranżadą, gdzieś przy linijce Melpomene, słodki stan, którą zrozumiałem niewyraźnie, coś a la sutki mam. Nie podoba mi się maniera modulacji końcówek większości zwrotek. Według mnie czasem to pasuje, czasem nie (np. w pierwszej zwrotce owszem, w drugiej już niekoniecznie). Tytułowy numer to solidna introdukcja, utrzymana w konwencji braggadaccio, z kilkukrotną zmianą rytmiki, kombinowaniem z flow, autobiograficznymi smaczkami i wyważonym feministycznym pazurem. Poczułem się odrobinę zaciekawiony i zmotywowany do pójścia krok dalej!

2. Lumina (feat. Danny Boy, prod. M'M)
Staram się uchwycić esencję numeru i nie jest to sprawa prosta. Ten pierwszoosobowy storytelling opowiada o przelotnej znajomości i kolekcjonowaniu wrażeń. Może ma nas zachęcić do uprawiania tego typu przygód? A może Ad.M.a chciała po prostu stworzyć ciekawy, klimatyczny utwór obrazujący relacje wytatuowanego Hustlera w kurtce No future (wizja własna) z delikatnie uległą, ale silną psychicznie kobietą szukającą wrażeń? Ciężko stwierdzić. W każdym razie, drażni trochę piskliwa zmiana tonacji. Przyśpieszona szesnastka jest niezła technicznie, nie ma większych problemów z jej zrozumieniem. Kilka bystrzejszych linijek (na raz.., na dwa..., na trzy...) i super skrecze. Ale czyj w końcu był ten Chevrolet, który odjechał? Prawdziwy twardziel nie daje kierować panience!

3. Marzyciel (prod. Jimmy Kiss)
Ojojoj! Historia o dupku-emigrancie z rodziny monoparentalnej. Coś mi jednak nie pasuje w tej postaci. Doświadczony przez los, odrobinę samotny, a szuka lekarstwa w hajsie i jest szkolną gwiazdą? W szkole nie bywał za często, ale dostał się na studia i rzucił je dla kasyn? Grim boy czy duży chłopiec z marzeniami? Optymista, co walczy o swoje racje, ale co jest tą racją? Bilon? Słuchając tego numeru czuję się naprawdę confused... Nie wiem, może tylko dla mnie to wszystko jest takie skomplikowane, a może zwrotki są o dwóch różnych facetach (co i tak nie wyjaśnia wszystkiego)? Przypinam temu numerowi łatkę niezrozumienia. Starałem się, słuchałem ponad 10 razy żeby właściwie odmalować portret psychologiczny i nic. Poza tym czyje ścieżki nie są rozdzielone między byciem dobrym synem, a wódą i ziołem? Większość złotej polskiej młodzieży dorasta właśnie w ten sposób... Zadzwonię kiedy dorosnę (i zrozumiem)! Możesz dać mi swój numer ;)

4. Głuska (prod. ZeroJeden)
Co za sztos! Ale skup się, to jest o poważnych rzeczach numer! Postać kruchej dziewczyny z pierwszego wejścia jest cudownie naszkicowana (przez chwilę poczułem się jak w Obłędzie Krzysztonia, ale to bardzo subiektywne skojarzenie). W tym utworze Adrianna pokazuje nam empatyczną stronę szmaragdu (Traktuj ludzi jak braci i to zwróci się/Nie używaj epitetów, argumentem nie jest śmiech). Ale co to za czasownik oglądnij? Może jakiś lubelski regionalizm, nie czepiam się! W każdym razie nawet tytuł tracku dobrze przemyślany. Polatałem po linkach jak pająk i teraz wiem co nieco o Lublińskim szpitalu psychiatrycznym. Plus za osadzenie rapu w polskich realiach - uwielbiam to. Coś mi się zdaje, że raperka ma coś wspólnego z psychologią... Jakieś praktyki, wolontariat... coś, gdzieś?

5. Zniknie świat (ft. Smooth Poet, prod. NoTime)
Po długim instrumentalnym wstępie mamy bardzo enigmatyczne, miejscami mocno zalotne i oddziałujące na wyobraźnię rymy kobiety, która proponuje nam wspólną ucieczkę od prozy życia. Słuchacz nie wie czy Ad.M.a mówi o terapeutycznych walorach swojej muzyki, czy raczej kusi perspektywą intymnej relacji (koniec końców tworzenie muzyki ma w sobie coś z obu tych sfer). Smooth Poet dał naprawdę niezłą zwroteczkę. Pozwolę sobie nadmienić o dwóch fragmentach, które nie chcą wymazać się z mojej pamięci: Powiedz tylko czego słuchasz i czym chcesz się dzisiaj upić!, a także część zwieńczona okrzykiem Który tego nie czuje? Tylko co to za zawodzenie po follow-upie do Jeden taki dzień? Nie dziękuję, tego nie zamawiałem! To jak to leciało, mózg nie będzie mi potrzebny...? Wchodzę w to!

6. Plankt (prod. M'M)
Bez wątpienia najbardziej osobisty kawałek na Szmaragdowej Szczerości, legitymizujący niejako drugi człon tytułu. W pewnym stopniu mogę się identyfikować, choć nie do końca - każda historia jest inna. Piękna wizualizacja, nie wiem czy ja zdecydowałbym się użyć tego typu prywatnych video. Gdy zawodzi nauka nie pomoże Zbawiciel. Może i nie, ale doda nadziei, placebo. Pamiętam, że Guowa też nagrała utwór poświęcony tacie. W związku z tym, mam pewną roboczą hipotezę: dziewczyny wychowane bez ojców częściej chwytają za mikrofon, bo są twardsze (cokolwiek to znaczy, przyjmijmy że chodzi mi o to, że nigdy nie były oczkami w głowie najlojalniejszego z mężczyzn). Kolejny świetny tytuł na utwór, kilka bardzo dobrych wielokrotnych, kilka trochę słabszych. Tutaj nie ma to jednak większego znaczenia - treść jest ważniejsza od formy. Bo jeśli Boga nie ma, nie spotkamy się tato - kluska w gardle.

7. Niestabilna sytuacja (prod. Jimmy Kiss)
Wygląda to na szczerą historię, znana najpewniej z autopsji. Z pewnością zapamiętam refren, w którym trzyliterowe słowo "nie" pojawia się, bagatela, 36 razy. Jednakowoż hula to całkiem rytmicznie, więc nie narzekam. Mamy stukot szpilek na wejście, kilkukrotne kombinowanie z flow, mamy i kilka bystrych linijek. Zamrażamy uczucia, konserwujemy serca. Fajne jest to, że podmiot liryczny zdaje sobie sprawę z tego, że sam wybrał takie psie życie, dostrzega również swoje wady i słabości. Aż się ucieszyłem, że nie miałem (nie)przyjemności doświadczyć tego typu niestabilnej sytuacji. Odległość jest niebezpieczna, ale ta emocjonalna przecież też. Tjaa...

8. Czarownica (prod. Jimmy Kiss)
Pokazać ci słabość w świecie bez sumień, to tak jak strzelić sobie w łeb - niezmiennie łykam takie wersy jak młody pelikan! Swoją drogą, to musiałoby być bardzo zabawne, mieć taką oświeconą żonkę ze sporym temperamentem! Ad.m.a ma niezwykły dar w kreowaniu swojego dualnego wizerunku. Z jednej strony subtelna kobieta (która potrafi nawet przyznać się do łez), a z drugiej zadziorna kusicielka, która (prawdopodobnie) jest zdolna ustawić sobie faceta. Ten kawałek określiłbym mianem... clever braggadacio (kiedyś myślałem naiwnie, że to ja stworzyłem ten termin, ale nihil novi sub sole). Nieczęsto spotykamy w rapie słowa typu: emancypacja, poltergeist czy chociażby nawiązania do ubogich dzielnic Rio de Janeiro (ok, mamy Rovera, ale on jest poza skalą). Ah, bym zapomniał: Jimmy Kiss dał świetny podkład i choć teledysk odrobinę przesiedziany, to ma kilka ciekawych ujęć (fajny patent z marszczeniem nosa, żeby unieść okulary; tak wiem, jestem chorym maniakiem szczegółów). Jesteś lepsza niż on, szczególnie w robieniu refrenów!

9. Ready for Fame (ft. Wizu, prod. Foux)
Pierwsza zwrotka zrobiła mi sieczkę z mózgu, zwłaszcza inicjująca czwórka o tematyce podniebnej (Wyrywam ci pióro, zabijam cię twoją bronią, już nie będziesz ponad mną #Szeregowiec Dolot). Trzeba mieć tupet żeby wziąć kogoś na featuring i łaskawie dać mu do zarejestrowania jedno podbicie (które swoją drogą siedzi wyśmienicie i dodaje całości nowej przestrzeni). Pozytywnie w ucho rzuciła mi się też czwóreczka na szalonym, przeciąganym i nieco podśpiewanym flow (To nie wyścig, wiem...)! Z miłą chęcią usłyszałbym cały numer w tej stylistyce. Numer niczego sobie, można powiedzieć, że wyjście z pie#dolnięciem! Za pomocą moich rąk też nie tworzy się minimalizm, dlatego zacząłem pisać najlepsze recenzjo-komentarze w kraju. Kurczę, chyba za bardzo poniósł mnie refren... ;] Musz-kie-ter!

I teraz zagwozdka. Jak ocenić EPkę Adrianny. Z jednej strony ujęła mnie za serce przyśpieszeniami bez gubienia dykcji, z drugiej zasmuciła zbyt częstymi, modulowanymi fragmentami zabijającymi płynność. Na wielki plus zasługuje uniwersalność - raperka porusza cholernie poważny temat, po czym świetnie odnajduje się na bujającym łepetyną beacie. Tytułowa szczerość to rodzaj spinającej wszystko klamry - w każdym z utworów mamy przynajmniej jeden wątek biograficzny (nawet w ostatnim znalazła się zabawna reinscenizacja z przedszkola). Poza tym miło słucha się kogoś, kto wplata w treść szesnastek coś więcej niż tylko łacinę podwórkową (żeby daleko nie szukać, mamy tu motyw vanitas, femme fatale, okrzyk liberté). Można naprawdę pokminić, co autor miał na myśli. Dlaczego lokalną scenę dopada elementaryzm, czyżby chodziło o kwadratowe rymy? Chyba naprawdę będę śledził czym jeszcze uraczy nas raperka z Chełma, bo cenię sobie jej tok myślenia. Świetnie dobrane bity od uznanych producentów, dobre występy gościnne (Wizu dał występ życia, hehe). Chciałem skarcić za intonacyjne eskapady, ale w pełni zrekompensowała mi to inteligencja w linijkach. Poza tym te modulacje to jakaś tam cecha charakterystyczna i pomysł, żeby się wyróżnić. Wyszło 4/5.
Choinka, stawiam zbyt wysokie noty! Chciałbym kiedyś zmieszać kogoś z błotem. Możecie podrzucić mi jakiś słabych raperów. Im większe drewno tym lepiej - bardziej się wyżyję. Tutaj mamy jednak dobrą, szmaragdową markę. I to nie żaden syntetyk, tylko w pełni naturalny krzemian.

To moja trzecia recenzja muzyczna. Zostaw mi jakiś konstruktywny komentarz! Tym razem poniosła mnie trochę estetyka albumu, więc użyłem odrobinę przeintelektualizowanego języka. Sorry... 5!