sobota, 16 sierpnia 2014

REFLEKSJA #11: Na rozdrożu!

Kierowca_MPK: Ile Ty masz właściwie lat? Pewno przed osiemnastką jeszcze, co?
Ja: Nie no, studiuję przecież!
K_MPK: Pierwszy rok?
J: Nie, licencjat skończyłem. Teraz na magisterkę idę.
K_MPK: Popatrz no! A wyglądasz jak taki chłoposzek!
J: No... W sklepie mnie w sumie o dowód często pytają...

Ależ to przełomowy, ważny czas! Czuję jak dzieciństwo ściera się z dorosłością, brak zobowiązań z odpowiedzialnością i racjonalnym planem. Przeszłość jest wypierana przez teraźniejszość, wyznaczając mi przyszłą asymptotę dojrzałego emocjonalnie faceta! Marzenia mogą, ale nie muszą, stawać się celami. Młode serce pompuje szlachetną, czystą krew, pobudzając krążenie członków. Wszystko można opisać prostym akronimem SAD - Serotonina & Adrenalina & Dopamina!

Nie ma bardziej klimatycznego boicha na Grunwaldzie niż SP 74!
PS: Byłem z kolegami i pokopałem przez chwilę, przysięgam..! :C

Uwielbiam wprowadzać w postach taką atmosferę podniecenia, oczekiwania i patosu! Zresztą wszystko czego ostatnio się tykam zamienia się w mniej lub bardziej cenny kruszec! Zacząłem pisać nową rzecz! Nie powiem co to, ale zajawka kipi w żyłach. Za długo podkulałem skrzydła! <3

Szaleje potencjometr, Eldo mówił (cytując prawdopodobnie amerykańskich naukowców), że mózg jest najbardziej rozwinięty i efektywny między 25 a 28 rokiem życia. Boję się wtedy przepustowości moich styków, mogę tego nie wytrzymać! Eldo wspominał też, że białe jeansy leżą dobrze tylko na chudziutkich niuniach z Powiśla tudzież Ursynowa. Może i miał rację, są strasznie niepraktyczne - widać na nich każdy kurzyk, plamkę, odbarwienie i przetarcie. Siedemdziesiąt siedem razy bardziej niż na innych rodzajach spodni. Ale nie wszystko musi być zdroworozsądkowe i pragmatyczne, prawda?

Do napisania tych kilkudziesięciu linijek chaosu natchnęły mnie dwa przedmioty: znaleziony na półce Miś i katalog LEGO lipiec-grudzień 2014, który zdobyłem będąc jakiś tydzień temu z Werką w Galerii Malta.

Mój wierny towarzyszu! Braci się nie traci!

Ten mały żółty Skubaniec, nawiasem mówiąc zabawka z Happy Meal,  to prawdziwy  weteran. Spałem z nim naprawdę długo, chyba dobrych kilka lat. Co noc był kurczowo ściskany w mojej prawej ręce. Dopiero później odkryłem magiczny świat masturbacji i prawą dłoń zacząłem zaciskać na czymś dużo, dużo większym #żarty, żarty Delikatnie zakurzony Miś kilka lat przeleżał nieruszany na regale w salonie, gdzieś między książkami w twardej oprawie... A kiedyś, gdy coś mnie w ciemności przestraszyło, wierzyłem, że w razie czego niedźwiedź zwiększy gabaryty i odeprze nieprzewidziany atak potwora, włamywacza czy UFO. Eeeh, dzieci! Trza było się wtedy modlić do Anioła Stróża! ;)

Zapach świeżego katalogu LEGO to również miłe wspomnienie
z dzieciństwa! :'(

Bardzo chciałbym zwiedzić główną siedzibę projektantów LEGO, pobudować sobie z masy pachnących nowością klocuszków, być może zostać tam u nich praktykantem na kilka tygodni? W sklepie widziałem (pierwszy raz na żywo) zestaw numer 10224 - TOWN HALL. Koło ośmiu stów, ale to najpiękniejszy secik na świecie! No może PARISIAN RESTAURANT (10243) w pełni mu dorównuje. Kurczę, chciałbym zarabiać tyle, żeby móc w każde większe święto rozpakowywać obrzydliwie duży zestaw klocków duńskiej firmy wraz ze swoim synalkiem. Ale to byłoby wspaniałe uczucie! Tylko gdzie te stare zestawy typu kowbojskie forty, które z każdej strony wyglądały kozacko i były czymś więcej niż natłokiem dużych, przekminionych elementów?

Na świecie dzieją się niebezpieczne, bardzo podniosłe i istotne rzeczy. Ludzie o coś walczą, głodują, giną. Czy to jednak moja sprawa? Pora mocno docenić to co mam, gdzie i w jakich czasach przyszło mi żyć. Chcę sobie pobyć bezmyślnie, egoistycznie szczęśliwy, czuję że końcówka "wakacji" będzie świetna. Obym co tydzień mógł pisać podobnie poplątane, ale jednocześnie pozytywne notki. Oby moim jedynym zmartwieniem było to, czy zdążę wrócić do domu przed burzą. Mój kokon staje się przyjemny i przytulny, ot co.

Czy zaliczę ten dołek? Chybaaa taaaak! ;]

Rób to co kochasz, nie daj se wmówić,
że to co robisz tu nie jest nic warte.
W wysokich blokach życie da się lubić,
mimo że nie raz sprowadza na parter!
                                               ~Bezczel, Siła umysłu

sobota, 9 sierpnia 2014

RECENZJA #34: Knack (PS4)

Miałem ambitny plan recenzowania wszystkich gier, w które zagram na konsoli, ale jakoś wszystko mi się rozmywa, a największą przyjemność czerpię z przelewania na pulpit życiowych refleksji. Nie daję jednak za wygraną i przystępuję do krótkiej recenzji Knacka, mojej pierwszej gry na PS4 i (według moich najlepszych informacji) pierwszej gry na nową generację konsol w ogóle! Zapraszam!


Jeśli ktoś nie grywał wcześniej w nic na padach, to ta produkcja jest strzałem w dziesiątkę. Miła dla oka, odrobinę cukierkowa grafika (sporadycznie nasuwająca skojarzenia z DreamWorks Animation), nieuciążliwa rozgrywka i odpowiedni poziom trudności (mamy do wyboru trzy: łatwy, średni i trudny, każdy do ogarnięcia) są atutami produkcji. Drażni jedynie liniowość (ścieżka, ścieżka - możesz iść tylko jedną, zaplanowaną przez autorów drogą, pomarzyć można o przechodzeniu np. pod skrzydłem samolotu, mimo iż pewnikiem byśmy się tam zmieścili) i sporadycznie źle rozplanowane checkpointy, wymagające powtarzania kilkuminutowego fragmentu zabawy przez głupi błąd na końcowym etapie wyzwania. Może to jednak i dobrze? Bez tego rozgrywka mogłaby być zupełnie pozbawiona wyzwań, a tak okazjonalnie pojawia się uśmieszek satysfakcji.


Przeciwnicy są urozmaiceni, ale prawdą jest, że ciężko wymyśleć kilka rodzajów goblinów czy czołgów. Mamy więc do czynienia głównie z wielkimi i wolnymi twardogłowymi trollami (ewentualnie maszynami/mechami) lub małymi, szybkimi zielonoskórymi, często mogącymi ciskać w nas różnymi przedmiotami. Same modele są jednak ciekawe i zrobione z dbałością o detal, więc się nie czepiam. W moim odczuciu największym rozczarowaniem jest oskryptowanie rozgrywki. Główny bohater, niejaki Knack, może bowiem zmieniać swój rozmiar w zależności od liczby wchłoniętych Reliktów. Nie ma jednak mowy, żeby nasze gabaryty zależały od bezbłędnego sterowania postacią. Są więc etapy kiedy rozwalamy obóz przeciwnika w pył i etapy kiedy musimy zmienać się w malutkiego stworka, aby przecisnąć się przez wąskie korytarze. Jasne, że to urozmaica zabawę, ale ile frajdy byłoby, gdyby rozmiar zależał od naszych poczynań (bez skojarzeń). Zaprojektowanie poziomów mogłoby okazać się wtedy nie lada wyzwaniem, ale  mam nadzieję, że przyznacie mi rację - to byłoby coś absolutnie świeżego!


Fabuła stara się wprowadzać kilka zwrotów akcji, w toku przygody poznajemy lepiej portrety psychologiczne ekipy Knacka, ale jak to zwykle w baśniowych światach bywa - już podczas pierwszej misji wiadomo, kto w naszym teamie jest Judaszem. Misji mamy niedużo, bo jedynie 13, ale przejście każdej z nich zajmuje przynajmniej kilkadziesiąt minut. Po ukończeniu wszystkiego zyskujemy dostęp do trybu walki na arenie i wyścigu na znanych nam fragmentach poziomów lub w całkiem nowych lokacjach. Takie dodatki są zawsze miłe.


Grałem przez chwilę w trybie kooperacji, z moim serdecznym kolegą, który również nie ma zbyt dużego doświadczenia z konsolami, ale tytuł bardzo przypadł mu do gustu. Cytując: zadziwiająco wciągające jak na tak prostą grę, tylko ta kamera kiepsko chodzi... Faktycznie, to niby platformówka z elementami prostej bijatyki (chociaż nie uświadczymy tutaj combosów w ścisłym tego słowa znaczeniu, lecz efektowne slow-motion już tak), ale gra się naprawdę miło. Przypomniały mi się czasy Kangurka Kao. Zastrzeżenia mam jedynie do tego, że przechodząc grę jednokrotnie nie jesteśmy w stanie skompletować artefaktów, które poza tym są mało kreatywnie poukrywane na poziomach (to zawsze jakaś ściana, przez którą trzeba przebić się do małej skrzyneczki). Jeśli zaś chodzi o Słoneczne Kryształy potrzebne do superataków - grę da się przejść bez ich pomocy. Zdarza się jednak, że mamy ich w brud kiedy nie jest to do niczego potrzebne, a przy odcinku naszpikowanym wrogami nie znajdujemy nawet Słonecznego Okrucha. To jednak nie obniża znacząco oceny gry, której wystawiam... solidną 6,5/10. Prochu nikt tutaj nie wymyślił, ale zagrać warto. Szczególnie teraz, kiedy to bodaj najtańsza gra na PS4 do kupienia na rynku. Około półtorej stówy, bierz Pan póki jest!

niedziela, 3 sierpnia 2014

REFLEKSJA #10: Życie jest jak pudełko czekoladek!


Życie jest jak pudełko czekoladek w różnych smakach. Czasem długo nie możesz trafić na swój ulubiony. Czasem ulubiony smak szybko się nudzi lub przeciwnie - nie nudzi się wcale, ale czekoladki się kończą. Ktoś Cię ubiegł, przechytrzył, wyprzedził, odebrał to co Twoje. Życie, walka, konkurencja, darwinizm społeczny. Zdarza się wreszcie, że nie możesz zjeść tej, którą (zaznaczmy: jesteś święcie przekonany) lubisz i pragniesz najbardziej, bo nie jest dla Ciebie. Nadziewana alkoholem lub kawą, a Ty nie okazałeś się wystarczająco dojrzały żeby rozpocząć konsumpcję. Bywa i tak. Najprzyjemniej jednak odkryć swój ulubiony smak przypadkiem, tam gdzie się go najmniej spodziewamy.

Czy można mieć jeden [ulubiony smak - przyp. autora] przez całe życie? Czekoladka nie może przecież odmówić bycia skonsumowaną. Ale czy jedzenie ciągle tego samego smaku jest zaletą czy wadą? Wierność i lojalność czy przygoda i różnorodność? Jak to między wierszami szeptał Sorokin, są dwie drogi: ograniczać potrzeby i skupiać się na życiu wewnętrznym lub realizować wszystkie zachcianki ciała i liczyć, że kiedyś osiągnie się satysfakcję. Nie wiem w sumie po co przywołałem tu Sorokina, ale chyba chciałem podeprzeć się autorytetem. W każdym razie, nie ma żadnych reguł czy wytycznych, podejrzewam że nawet sam Sorokin nie poznał recepty na szczęcie. To Twój wybór, zjadasz wszystkie lub rozkoszujesz się jedną. Ludzie (wyczuliście wcześniej symbolikę i dwuznaczność? Jeśli nie to skończcie czytać tego bloga!) to jednak nie czekoladki i z czasem może wystąpić miedzy nimi pewna... sprzeczność intencji? Rozminięcie priorytetów? Zmęczenie materiału? Próba zmiany ulubionego smaku?

-Mam maliny na ogródku, więc chcę borówki!
Obserwacja antropolingwistyczna: człowiek zawsze najgoręcej pragnie
tego,czego w danej chwili nie posiada pod dostatkiem...

Zobaczyłem ostatnio genialnego mema, ponoć cytat niejakiego Cichego Boba (kimkolwiek jesteś Brachu, musisz cholernie dużo wiedzieć o egzystencji). Szło to mniej więcej tak: Świat jest pełen świetnych lasek, ale prędzej zaczną cię zdradzać niż przynosić lasagne do pracy. Magia, esencja życia, kamień milowy wiedzy o świecie i związkach. Chcę jeść lasagne w pracy i mieć świetną laskę. Jak wszyscy. Ale zbiory świetnych lasek i tych, które przynoszą lasagne do pracy nie są tożsame... Problem!

Jest przełom, Sturm und Drang. Czy znalazłem ulubioną czekoladkę? A jeśli mylę się w swoim osądzie? Nie mam ochoty na rozczarowanie po odpakowaniu z papierka. W końcu ulubiona czekoladka to coś więcej niż zwykła czekoladka! Dla ulubionej można poświęcić całą bombonierkę. Chu*owo mieć zbyt dużo ulubionych czekoladek. To tak jakby samemu być chu*jowym lub nie umieć odpowiednio wybrać. Przynajmniej według mnie.

Ulubiona czekoladka raczej nie doceni Twojego wyboru. A człowiek? #good_or_evil! #dead_or_alive!

Zapraszam do dyskusji, choć wiem, że jej tutaj (raczej) nie uświadczę! :)

Dałbym 10/10 jeśli byłyby Air Maxy, tak daję tylko 10/10...

PS: Dzisiaj dwa cytaty, bo nie mogłem się zdecydować!

I chcę dojść wyżej niż docierał głos Placido Domingo
tylko głupiec wypuściłby to z rąk...!
                                               ~HuczuHucz, Nikt

Po stokroć żegnam dziś słodką samotność,
z doliny niebezpieczeństw zlecę w kosmos!
                                               ~Rahim, Potrafię latać

Mhm...! Mógłbym być tą Mickey Mouse!

sobota, 26 lipca 2014

REFLEKSJA #9: Ja pracuję! Szok!

No to już mniej więcej wiecie gdzie mnie pognało. Przez pierwsze trzy
dni słoneczko mocno przypiekło, z czystym sumieniem mogę polecić:
Panthenol. Tylko on mnie uratował, tylko on...

Weekend! Wolne! Spare time! Nareszcie ku*wa! - wszystkie określenia pasują! :)

Mam za sobą bodaj pierwszy w życiu tydzień z czterdziestogodzinnym planem pracy. Od ósmej do siedemnastej (godzina przerwy w trakcie). Posmakowałem życia cyborga, smutnego pana nikt, który budzi się wcześnie rano, szama, zapieprza na stanowisko pracy, wszyscy mają do niego pretensje i skargi, wraca do domu, szama, doświadcza prymitywnej rozrywki, myje się i idzie spać. Słowem - żyje na odpierdol. Dławi się szajsem w pogoni za hajsem!

No dobra, może trochę dramatyzuję, to tylko wakacyjna fuszka. Wiem już jednak, że trzeba uciec od sektora usług. Właściwie od każdego sektora i zostać naukowcem lub wolnym twórcą. Człowiek nie jest stworzony do pracy, tylko nieliczni się w niej realizują. Nie miał Pan racji Panie Marks, chociaż z koncepcją alienacji wszystko się, na pierwszy rzut oka, zgadza. Niestety.

To jednak z tych notek, w których muszę ostrożnie dobierać słowa. Kto wie, czy nie zajrzy tu pracodawca. Kto wie, czy nie wpadnie tu jakiś dziennikarzyna w poszukiwaniu sensacji, przywabiony przez trafne hasztagi z nazwą instytucji (nie ma, jestem sprytny!). Bo pracuję przy przedsięwzięciu... wywierającym sporo emocji, mającym wiele odcieni szarości, przy którym stykam się z przeróżnymi, nierzadko sfrustrowanymi i agresywnymi, ludźmi. Trzeba być stonowanym, pisać z wyczuciem, ostrożnie stawiać akcenty. Na wszystkich możliwych frontach... W razie czego, co złego to nie ja, a wszystko to tylko fikcja literacka. Licentia poetica.

Pięknie jest wstawać z samego rana, przecierać zaspane oczęta, na wpół przytomnie siedzieć na kuchennym zydlu i nerwowo wcinać śniadanie. Czas jest bowiem wyliczony co do sekundy. Umyć zęby, ogolić się (czasem i to pie***lę), zrobić łóżko, zabrać potrzebny ekwipunek. Najbardziej boję się porannej kupy. Nieprzewidywalna jak kobieta, trudno określić ile czasu potrzeba na jej kontemplację.

Potem tramwaj. Ma tylko jedną minutę spóźnienia, czyli zdążę z przesiadką. Znam już z widzenia kilku pasażerów. Błądzą gdzieś tępym wzrokiem po brudnych podłogach pojazdu. Słuchają muzyki. Czasami czytają książki lub darmowe gazety, korzystając z ostatnich kilku minut wolności i beztroski. Bo za chwilę władza dyscyplinarna pracodawcy obejmie ich swoim zasięgiem #Michel_Foucault. Szczególną estyma darzę rodziców, którzy wiozą gdzieś dwie małe, ubierane na różowo dziewczynki. Robią to na zmianę. Oni nie mogą już zająć się czymkolwiek innym, kilkuletnie szkraby są bardzo absorbujące. Kurczę, tak strasznie nie jestem przygotowany do rodzicielstwa...

Jadąc Jedynką widzę całkiem efektowne graffiti na wiadukcie. Niezła robota. Odrobina kolorów w tym szarym i ponurym świecie zawsze na propsie. Rozstrzelać tych, którzy uważają to za wandalizm!

Czas w pracy mija strasznie ślamazarnie. Przerwa w pracy mija przeraźliwie szybko. Najważniejsze jednak, że poznałem kilka naprawdę fajnych mordeczek. Ucinamy sobie całkiem sympatyczne pogawędki, oczywiście tylko kiedy wszyscy klienci zostaną już obsłużeni. Bo nigdy nie wiadomo, czy ktoś nie jest podstawionym kontrolerem, czy szklane oko kamery nie odziera nas z prywatności, a może uprzejmy donosiciel pstryknie nam fotkę, jak - o zgrozo! - SIEDZIMY. Tak, siedzenie w ciągu ośmiogodzinnego dnia pracy jest bardzo niemile widziane, należy się pierwej schować (najlepiej w stercie butwiejących liści, nasmarowując twarz błotem, chowając wszystkie odbijające światło przedmioty) i zdjąć służbową koszulkę. Wracając do tematu, kogo tam ciekawego poznałem?

Jacek, młody kanar. Zgrywusek przy kości, poranny władca niebieskiego namiotu. Lubię słuchać jak rozmawia z klientami. Oszczędnie, prosto, na pozór niedbale, często rzucając uspokajające słowo "dokładnie", mówione z takim przekonaniem i dostojnością, że mógłbym oddać mu obie nerki. Dokładnie.

Mikołaj, młody kanar. Również spory zgrywusek. Można z nim pogadać o footballu, całkiem dużo o nim wie, jest obeznany szczególnie z polską ligą szmaciarzy. Lubi sobie podjeść, chodzi w sandałach, górna warga odsłania mu spory fragment dziąseł (kiedy zaczyna się śmiać/rechotać, wygląda to przesympatycznie). Jego poczucie humoru jest mocno ofensywne (Natalia spytała go kiedyś, czy jest jeszcze woda?, on odpowiedział: nie ma wody dla bydła!). Słodziak!

Mateusz, młody kanar w okularkach. Często gra na komórce i rzadziej podejmuje interakcje, ale w środę wywiązała się między nami dłuższa rozmowa na ławeczce. Niesamowicie ogarnięty chłopaczyna, studiował przez chwilę logistykę. Też ma świetne gadane z klientami. Nieoszlifowany diament, marnuje się w tej robocie. Tembr głosu, logiczna składnia pozbawiona zbędnych ozdobników, dobry kontakt wzrokowy. Genetyka giełdowego maklera lub doradcy podatkowego.

Natalia, studentka etnolingwistyki. Przemiła blondyneczka, na dodatek interesuje się rapem i sporo wie o rodzimej scenie. Z tego co pamiętam, jej faworyci to: Zeus, Bisz, Buka, ale kojarzy też wielu bardziej niszowych zawodników, także z podziemia. W pracy obowiązkowa, empatyczna. Dość wrażliwa, bardzo przejmowała się doniesioną na nas (niesprawiedliwie) skargą.

Weronika, absolwentka kosmetologii. Bardzo długo myliłem jej imię (eee... Wiktoria?), nawet do tej pory miewam małe zawieszki kiedy się do niej zwracam  (raz z przyzwyczajenia powiedziałem nawet Natalia...). Przeurocza, adorowana przez kierowców i motorniczych, szybko złapaliśmy dobry (chyba?) kontakt. Chciałbym z nią dłużej popracować, myślałem że po "utracie" Natalii czeka mnie jakaś sztywniara. A tutaj miłe zaskoczenie! Nie chcę już poznawać nowych dziewuszek, męczy mnie takie zapoznawanie, trzecia partnerka na bazie na pewno mi nie podpasuje - rachunek prawdopodobieństwa jest bezlitosny :C

Kilka odrobinę dojrzalszych wiekiem osób (kasjerki z okienek, koordynator, koledzy ze szkolenia, woziwoda) też są całkiem spoko. Tylko praca w grupie sprawia, że da się w tej robocie wytrzymać. Od poniedziałku część z nas będzie pokazywała jak działa nowy system w tramwajach i autobusach. Nie chce mi się jeździć, tyle buractwa i cebulactwa w środkach transportu publicznego... Poza tym będziemy jeździć po trzech, fajnie by było mieć przynajmniej jednego koleżkę na flance, spoceni pasażerowie bywają zezwierzęceni. Zobaczymy jak to będzie. Ja chcę Weronikę lub Natalię do pary i pracować na punkcie. I koniec.

Boże, cały tydzień czekałem na mamine śniadanko!
#żadna_jak_matka #loveUmum #kisses

Fantastyczny jest powrót po tyrce do domu. Zmęczenie, o niczym się nie myśli, niczego nie czuje. Odpala się zimne piwko przed telewizorem i ogląda mecz lub wpada do koleżki na Mortal Combat. Przydałoby się móc wyskoczyć wieczorem gdzieś z jakąś duperką, ale nie wiem czy będzie mi to w te wakacje dane. To byłoby takie dorosłe, chwycić swoją kobitę za tyłek po robocie. Na koniec (bo niespodziewanie się rozpisałem jak kretyn) kilka interesujących dialogów:

A: W Warszawie to jest lepiej, płacą za bilet o wiele mniej i nie ma takiego burdelu. Co, lepiej się tu wam żyje w Poznaniu niż w Warszawie? No lepiej? Banda złodziei, bandycki system!
B: Jak złodziejski? Jak bandycki? Proszę tak nie generalizować, co to są za przymiotniki w ogóle!
A: No złodzieje! Wrzuciłem 5 złotych do biletomatu i mi zżarło! Potem jeszcze pięć wrzuciłem i znowu!
B: Tak, na pewno biletomat z premedytacją Pana okradł...

[Potem się trochę uspokoił, powiedział że jest z pochodzenia Poznaniakiem, przyznał że może go trochę poniosło, ale to chyba przez gorączkę. Wręczyłem mu ulotkę, poopowiadałem że jak wyrobi już kartę, to będzie wszystko dobrze, chociaż już po pierwszym zdaniu powinienem powiedzieć: To niech Pan sobie wypie***la do swojej Warszawki, jakby to nie była stolica to dalej mielibyście tam zabitą dechami wiochę, a złodzieje to są na Wiejskiej, nigdy nie oddamy wam Międzynarodowych Targów i cisnęło się na usta dodanie na odchodnym coś w stylu: jedyne wygrane powstanie to Powstanie Wielkopolskie, ale to byłoby ciosem niemądrze wymierzonym i zwyczajnie głupim.]

A: Kraj głupkowaty, u Niemców to by tak na pewno nie było! Cholerne gnoje, Polska zasrany kraj!

[Taką wiązankę usłyszeliśmy od pewnej osiemdziesięcioletniej kobiety niezadowolonej ze zamiany biletów starych na nowe. Bezceremonialnie wepchnęła się do okienka, usprawiedliwiając się wiekiem. Źle jej z oczu patrzyło, dobrze że nie mam takiej babci. Cóż, smutno wysłuchiwać takich opinii z ust osoby sędziwej.]

A: Jak to nie ma jeszcze karty do odbioru! Przecież powiedziano mi, że po 14 dniach będzie gotowa!
B: Tak, ale po drodze przytrafiła się awaria serwera, poza tym dużo osób składa teraz wnioski, nie wyrabiamy ze wszystkim na czas, dlatego oczekiwanie zostało wydłużone do 20 dni.
A: A co mnie to obchodzi?
B: Mogła Pani wyrobić sobie kartę wcześniej... Od przynajmniej dwóch lat była taka możliwość.
A: Wcześniej nie potrzebowałam. Jeżdżę samochodem.

[Powinienem odpowiedzieć: A co mnie to obchodzi? Z jednej strony rozumiem rozgoryczenie, bo zakup papierowych biletów jest bardzo niekorzystny, ale żądam trochę więcej samokrytycyzmu. Nie warto ciągnąć takich dyskusji, odeszliśmy do obsługi kolejnych klientów. Znamienne jest to, że wiele osób nas żałuje i rozumie, że obrywamy niesłusznie, a nieliczni stają nawet w naszej obronie! Ech, naszą rolą jest bycie kozłem ofiarnym, wentylem bezpieczeństwa, psem którego można bezkarnie kopnąć by wyładować złość...]

I tym optymistycznym akcentem zakończmy ten przydługi wpis! Wiecie mniej więcej jak wygląda moja nowa praca, ale specjalnie unikałem szczegółów. Zostaw jakiś komentarz jeśli dotarłeś aż tutaj!

Porozstawiani jak flaszki po monopolach,
warci tyle ile na nogi wyrzyga nam bankomat.
(...) Wszystko zmieniło się tak nagle, Ziom!
Kiedyś gibon i piwo, teraz rachunki i dom.
Potrzeby wyrastają ze wszystkich stron
i sam Bóg raczy wiedzieć skąd mamy na wszystko wziąć...
                                                ~Miuosh, Puzzle

piątek, 25 lipca 2014

RECENZJA #33: Chipsy kokosowe Bakalland


Kokos to owoc drzewa kokosowego z rodziny palm. Dorasta do 30 metrów i potrafi owocować nawet przez 80 lat. Palma kokosowa znana jest pod nazwą "kalpa vriksha", co znaczy "drzewo dostarczające wszystkiego co potrzebne do życia".

Ale chipsy o smaku kokosowym na pewno nie są niczym czego ja do życia będę potrzebował. Tak jak zajarałem się wrzucając je do koszyka, tak srodze się rozczarowałem przy degustacji. Cienkie, pokruszone, smakujące jak stara podeszwa leżąca kiedyś, dosłownie przez moment, w pobliżu kartonu wypełnionego jednym kokosem. Naprawdę, to jest tak suche i niearomatyczne, że nie wiem czy dam radę dojeść 140 gramową paczuszkę do końca. Nie pamiętam nawet ile kosztowała, ale była i tak zdecydowanie za droga. Kraj pochodzenia? Sri Lanka. Nie, nie i jeszcze raz nie! Wystawiam pałę z wykrzyknikiem!

Plusy:
+ Zawiera błonnik pokarmowy
+ Może być zjadliwe po dorzuceniu do płatków owsianych lub musli i zalaniu mlekiem
+ Firma posiada emblemat Dobra i Polska Firma

Minusy:
- Nie da się tego jeść jako przekąskę (mimo iż taka informacja widnieje na froncie opakowania)
- Paskudne w smaku, odrażające w gryzieniu i potworne w przełykaniu
- Brzydkie, archaiczne opakowanie

Wystarczy tylko chwila, by sięgnąć po małe przyjemności. Wcześniej jednak długo i starannie wyszukujemy najdoskonalsze owoce i orzechy, wybierając je z najlepszych zbiorów na świecie. Dzięki temu Bakalland od lat słynie z jakości, a Ty możesz rozkoszować się bogactwem naturalnych smaków!

Jasne, każdy ma wszystko co najlepsze... To komu przypadają te najgorsze owoce z najgorszych zbiorów?

niedziela, 20 lipca 2014

RECENZJA #32: Oreo Ice Cream Sandwich


Zdaje mi się, że kiedyś miałem już do czynienia z tymi małymi, kakaowymi diabełkami w postaci lodowych przekąsek, ale jakoś zapomniałem o nich napomknąć. Kiedy w piątek popołudniu byłem w Biedronce, na tygodniowych, solidnych zakupach, nie omieszkałem wrzucić płaskiego, niepozornego pudełeczka smakołyku do koszyka.

Ależ to przepyszne! Jednocześnie chłodzi, syci i jest odpowiednio duże (opakowanie zawiera 4 okrągłe markizy o średnicy ok. 6 centymetrów z centymetrową warstwą lodów waniliowych między ciasteczkami). W Internecie widziałem również opakowania zawierające 6 porcji po 55 ml. Co prawda zgodnie z rysunkiem i opisem w waniliowej masie powinny być drobinki pokruszonego herbatnika, ale ja tam ani nic nie wyczułem, ani specjalnie nie widziałem. Nie zmienia to jednak faktu, że całość smakuje wybornie. Kakaowy herbatnik przypomina wersję z klasycznym ciasteczkiem do przekręcenia i zamoczenia w mleku, ale zapewne musi być odrobinę inaczej przygotowywany, bo mimo kilku dni w zamrażarce jest łatwy do pogryzienia, nawet dla mojej mamy, która ma chore zęby :C

W przeszłości nie lubiłem zbytnio ciastek typu markizy, ostatnio jednak się do nich przekonuję (np. do klasycznych Bahlsen Hitów). Wolę jednak obserwować jak pałaszują je atrakcyjne dziewczęta. Markizy mają w sobie coś... erotycznego?

Podsumowując: polecam gorąco, ale pamiętać należy, że nie są to typowe lody, które pochłaniamy kiedy chcemy się ochłodzić. Są dobre raczej jako dodatek do wieczornej lektury czy co tam sobie robicie w chwilach słodkiego relaksu. Cena (ok. 6, w Carrefour ponoć niecałe 5 złotych) nie jest specjalnie wygórowana, powiedziałbym że akuratna.

Plusy:
+ Bardzo smaczne, naprawdę przypominające ciasteczka Oreo
+ Niewielkie opakowanie, wygląda jak... kartonik paluszków rybnych?
+ Ładnie zapakowane pojedyncze porcje smakołyku (srebrne saszetki z niebieskim logo)

Minusy:
- Dużo emulatorów, substancji spulchniających, lecytyny, węglanów, stabilizatorów...
- Delikatnym herbatnikiem można się pobrudzić, ale ja akurat lubię tą charakterystyczną, ciemną barwę na palcach po za długim trzymaniu ciastka (nie pytajcie...)
- Zauważyłem, że chce mi się po nich mocno pić

PS: Niedługo meczyk z Piastem. Po porażce z Estończykami, trener Rumak odmienił nieco wyjściową jedenastkę. Keita, Kownacki, Formella i Ubiparip w pierwszym składzie? PODOBA MI SIĘ TO!

czwartek, 17 lipca 2014

RECENZJA #31: Assassin's Creed IV: Black Flag (PS4)

Tak naprawdę dopiero zaczynam swoją (mam nadzieję długą i pełną niezapomnianych wrażeń) przygodę z konsolą więc, z powodu braku kompetencji porównawczej, nie będę się zbytnio wymądrzał. Gra dostarczyła mi kilkudziesięciu godzin świetnej rozgrywki, kto wie czy nawet nie najlepszej w wirtualnym świecie EVER! Może mam szczęście i od razu trafiłem na dzieło ponadprzeciętne? Najpewniej tak! Przyjrzyjmy się zatem wybranym elementom gry, która tym razem przenosi nas w wiek XVII (złota epoka piractwa), w sam środek brutalnej walki między zakonem legendarnych zabójców chroniących światowego porządku i żądnymi władzy, chciwymi Templariuszami, szukającymi mitycznego Obserwatorium. Czy to miejsce w ogóle istnieje?


Czy piaskownica jest wygodna Sir?
Prawdą jest, że świat jest przeogromny, a rzeczy którymi możemy się zająć jest mnóstwo (przynajmniej na pierwszy rzut oka). Początkowe godziny rozgrywki, kiedy musimy okradać autochtonów lub na bieżąco sprzedawać każdy woreczek cukru, żeby uciułać trochę grosza na lepsze pistolety czy kilka dymnych bomb, są zdecydowanie najprzyjemniejsze. W zaawansowanym stadium gry dochodzimy do momentu, w którym nie ma już na co przeznaczać gotówki, co jest jednym z głównych mankamentów gry. A można było wymyśleć liczniejsze udoskonalenia kryjówki czy inne alternatywne gadgety pozwalające poczuć się jak prawdziwy bogacz (dzieł sztuki jest mało, są lipne i tanie). Szkoda! Misje poboczne również szybko się kończą, co sprawia że po wypełnieniu wszystkich zleceń i znalezieniu artefaktów możemy jedynie podziwiać widoczki Wysp Kanaryjskich. Obecnie jestem na etapie odnajdywania ostatnich skrzyń i kolekcjonowania szant, zajmie mi to pewnie trochę czasu i będzie ostatnim wyzwaniem. Kwestią czasu jest zanim zdobędę brakujące trofea, poczytam skompletowany dziennik i odstawię grę na zawsze, bo nie ma żadnego sensu przechodzić jej ponownie. Zasadniczo też, mimo mnogości lokacji, większość jest praktycznie tak samo wyglądającymi wioseczkami (jedynie miasta takie jak Hawana, Nassau czy Kingston wyróżniają się planem urbanistycznym i ciekawą architekturą). Trzeba jednak przyznać, że kilka unikatowych scenerii (jak np. wielkie ruiny świątyni Majów czy liczne wodospady) nieraz potrafią zapierać dech w piersiach.


Kogo dziś zabijemy Sir?
Fabuła jest znośna, odrobinę przewidywalna, ale nawet nieco zaskakująca pod koniec (spodziewałem się szybszego finału, a tu nie - poganiali jeszcze nieco po wyspach). Trochę irytuje absolutny brak wpływu na wybory Edwarda Kenwey'a. Jesteśmy zmuszeni wypełniać założony przez autorów scenariusz, co kłóci się z otwartością świata, pozwala za to historii trzymać równe, dobre tempo i unikać nieścisłości. Cóż, coś za coś. Sam system walki prezentuje się bardzo soczyście, zarówno na lądzie, jak i na morzu (na początku plątałem sterowanie, które mocno różni się w zależności od tego czy poruszamy się pieszo, czy statkiem, ale szybko da się przyzwyczaić). Dużą przyjemność dostarczają ciche, skrytobójcze misje, polegające na powolnym eliminowaniu przeciwników, choć zdarzają się irytujące fragmenty, które trzeba powtarzać kilkukrotnie. Zdecydowanie nie polubiłem misji pościgowych, które przy intuicyjnym sterowaniu mogą dostarczyć negatywnych emocji (no gdzie się ku*wa wspinasz po tych beczkach, prosto masz biec!). Zasadniczo jednak autorom udało się znaleźć złoty środek między liczbą misji różnego typu w głównym wątku fabularnym i możliwościami wykonania ich na własny sposób co należy uznać za duży plus! Jako że gra ma tylko polskie napisy, a dialogi toczą się często w czasie rzeczywistym (podczas samego wykonywania zadań), ciężko się odpowiednio skupić i ułożyć wszystko w głowie. A ja uwielbiam mieć poczucie, że nic mnie nie mija. Ten aspekt możemy więc uznać za mały minus - czasem wokół nas dzieje się zbyt wiele.

Czy flota radzi sobie dobrze Sir?
W grze mamy kilka minigierek, na różnych, że się tak wyrażę, płaszczyznach rzeczywistości. Z jednej strony możemy swobodnie przemieszczać się po budynku korporacji Abstergo Entertainment i hakować komputery współpracowników, po czym dowodzimy flotą statków handlujących z całym znanym ówcześnie światem z poziomu kajuty kapitańskiej. Ta druga poboczna aktywność podoba mi się szczególnie, stała się rozrywką samą w sobie, pokaźnie zasilając trzos. Oprócz tego mamy również proste gry w tawernach (które nie są jednak niczym innowacyjnym), polowania z harpunem czy podwodne eksploracje wraków. W wolnej chwili muszę dokładniej przyjrzeć się treści odnalezionym manuskryptom, które tworzą zgrabne, kilkunastostronicowe opowiadanie. Jest więc co robić!


Czy będziemy mieli dzisiaj gości Sir?
Jako rzetelny recenzent chciałem podzielić się również wrażeniami na temat rozgrywki wieloosobowej. Niestety, okazało się, że muszę być abonentem PlayStation®Plus. Trochę to rozczarowujące, nie powiem, w dłuższej perspektywie muszę przemyśleć zakup abonamentu, choć nie widzę siebie grającego zbyt długo w sieci. Jeśli miałbym bawić się z kimś, to zdecydowanie preferuje drugiego pada. Takiego trybu rozrywki seria Assasin Creed nigdy nam nie zapewniła i (prawdopodobnie) nie zapewni, co mi akurat specjalnie nie przeszkadza (chociaż Unity zapowiadane jest na produkt wybitnie nastawiony na interakcję z innymi graczami). Póki co Forever alone!

Mimo, że (wydawać by się mogło) mam wiele zastrzeżeń co do Assasin Creed IV: Blag Flag, to jednak sama rozgrywka jest mdląco słodka i przyjemna! Mam wrażenie, że autorzy świadomie nie rozdrabniali się z niektórymi interakcjami z otoczeniem (nie musimy np. spać, jeść - ba! - nie mamy nawet możliwości wchodzenia do większości budynków, a zdrowie szybciutko nam się odnawia) na rzecz zogniskowania naszej uwagi na mięsistej, krwawej rozwałce. I nie mam im tego za złe. Nie wspomniałem o oprawie dźwiękowej, szanty śpiewane przez załogę acapella są klimatyczne i zróżnicowane, a co ważniejsze, możemy sami nakazać kamratom nucenie ulubionego przez nas motywu (wiecie, coś na kształt przednowoczesnej zmieniarki cd). Z totalnych szczegółów, podoba mi się duży zakres intensywności wibracji, który niezawodnie ostrzega nas przed zbliżającą się mielizną czy skałami (w ogóle DualShock4 z płytką dotykową sprawdza się wyśmienicie). Dużo marudziłem, ale z czystym sumieniem wystawiam ocenę 8/10!