Pokazywanie postów oznaczonych etykietą jedzenie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą jedzenie. Pokaż wszystkie posty

piątek, 25 lipca 2014

RECENZJA #33: Chipsy kokosowe Bakalland


Kokos to owoc drzewa kokosowego z rodziny palm. Dorasta do 30 metrów i potrafi owocować nawet przez 80 lat. Palma kokosowa znana jest pod nazwą "kalpa vriksha", co znaczy "drzewo dostarczające wszystkiego co potrzebne do życia".

Ale chipsy o smaku kokosowym na pewno nie są niczym czego ja do życia będę potrzebował. Tak jak zajarałem się wrzucając je do koszyka, tak srodze się rozczarowałem przy degustacji. Cienkie, pokruszone, smakujące jak stara podeszwa leżąca kiedyś, dosłownie przez moment, w pobliżu kartonu wypełnionego jednym kokosem. Naprawdę, to jest tak suche i niearomatyczne, że nie wiem czy dam radę dojeść 140 gramową paczuszkę do końca. Nie pamiętam nawet ile kosztowała, ale była i tak zdecydowanie za droga. Kraj pochodzenia? Sri Lanka. Nie, nie i jeszcze raz nie! Wystawiam pałę z wykrzyknikiem!

Plusy:
+ Zawiera błonnik pokarmowy
+ Może być zjadliwe po dorzuceniu do płatków owsianych lub musli i zalaniu mlekiem
+ Firma posiada emblemat Dobra i Polska Firma

Minusy:
- Nie da się tego jeść jako przekąskę (mimo iż taka informacja widnieje na froncie opakowania)
- Paskudne w smaku, odrażające w gryzieniu i potworne w przełykaniu
- Brzydkie, archaiczne opakowanie

Wystarczy tylko chwila, by sięgnąć po małe przyjemności. Wcześniej jednak długo i starannie wyszukujemy najdoskonalsze owoce i orzechy, wybierając je z najlepszych zbiorów na świecie. Dzięki temu Bakalland od lat słynie z jakości, a Ty możesz rozkoszować się bogactwem naturalnych smaków!

Jasne, każdy ma wszystko co najlepsze... To komu przypadają te najgorsze owoce z najgorszych zbiorów?

sobota, 15 marca 2014

OPINIA #4: Produkty Frosta

(Anty)bohaterowie dzisiejszego wpisu!
Złote paluszki rybne i Rybne dukaty z pietruszką...
Dzisiaj zostałem oszukany przez Mamę! Nikomu już nie można ufać...
W piątek, jak to w piątek, Matula zaproponowała danie postne, bezmięsne. Padło na paluszki rybne. Wszystko ładnie, pięknie. Ziemniaczki, ogóreczki konserwowe i przysmak firmy Frosta.

Jem, jem. Śmiejąc się, mówię do Mamy: Hej Mamo! Chyba przyzwyczaiłem się do tych paluszków meksykańskich, bo nie są już w ogóle dla mnie ostre! Te zwykłe są dla frajerów! A Ona na to: Przecież to są TE ZWYKŁE, nie otwierałam specjalnie nowej paczki... Spojrzałem na talerz. Istotnie - kolor panierki różni się od wersji ostrej, jest żałośnie jasny. Łzy napłynęły mi do oczu, poczułem nieprzyjemny ucisk w gardle. Chciałem wybiec z kuchni, zwymiotować cały obiad i zakopać się głęboko pod ziemię. Rozważam ucieczkę z domu, w końcu zostałem zdradzony. Przecież powtarzałem Mamie - żadnych pieprzonych Rybnych dukatów z pietruszką, żadnych Złotych paluszków rybnych. TYLKO Meksykańskie paluszki rybne są zjadliwe. Ewentualnie Przysmak rybny ze szpinakiem bądź serem. NIC POZATYM! Eh, te problemy Pierwszego Świata ;)

Nie spodziewałem się, że nóż w plecy wbije mi rodzona Matka. Aż po rękojeść.

Urooodzinowo! <3
Noo, Matula ma już ponad pół wieku.
PS: Uważajcie na swoje Matki, mogą wyglądać słodko, ale podadzą Wam
Rybne dukaty lub Złote paluszki rybne, psia mać!
Retrospekcja: mecz z Piastem i pudełko makaroników...
Dzięki Bogu, że Możdżeń zostaje po treningach i ćwiczy te rzuty wolne!
A tutaj perełki komiksu, pożyczone od znajomka ze studiów.
Na początku nie doceniłem, ale co klasyka, to klasyka. Dzięks!
Dzisiaj tematyczny fragment zwrotki reprezentanta P do N z Kreską. Nie żebym się jarał, ale pasuje do treści notki:

Jak pierdolona Frosta jesteś łatwa i prosta,
a ja nie jestem prostak, żebym chciał z tobą zostać!
[...] i nawet jeśli tanio, mam wyjebane na nią,
więc znikaj szmato prędko, jak Głodek z reklam Danio!
                                ~Gandzior, Prosta jak Frosta

sobota, 1 lutego 2014

ERASMUS LIFE #20

Rodzina Aliego. Od lewej: siostry Leyla i Ayşe, mama Sabiha, szwagierka Rabia,
siostrzenica Meryem, brat Zeki, dolny rząd: Yahya (mąż Rabii) i głowa rodziny
Mehmet, nazywany królem lub sułtanem tego domostwa!
Pierwsza kolacja - Lahmacun (placek z mięsem i warzywami) z zieleniną
obficie skrapianą cytryną, zagryzany czerwoną cebulą. Plus dzbaneczek
Ayranu. Każdy posiłek jest serwowany na podłodze, na specjalnej
chuście, którą nazywamy Sofra
Tarsus. Tyle rzeczy do opisania, tyle zaobserwowanych zachowań i różnic kulturowych w domu mojego przyjaciela, że nie wiem na czym powinienem skupić uwagę. Inny świat, jak u Gombrowicza. Począwszy od stylu życia, przez umeblowania domu, smak i sposób przyrządzania potraw, na zachowaniach intymnych i zabawie z dziećmi kończąc. Spędziłem tam zaledwie siedem dni, ale mogę śmiało powiedzieć, że poznałem to niespełna 300 tysięczne miasto zdecydowanie lepiej niż Istanbul. Kto by się spodziewał, że stolica dawnej Cylicji stanie się miejscem, które będę wspominał najcieplej. Wszystko dzięki mojemu przewodnikowi (Aliemu) i jego szlachetnej rodzinie o silnych korzeniach arabskich.

Ulu Camii obok którego znajduje się historyczny
Kırkkaşık Pazar. Pięknie wyszło z tą różą!
Dobrze zachowany fragment rzymskiej drogi
- jedna z największych atrakcji Tarsus
Kościół św. Pawła
...i wewnątrz. Na uwagę zasługuje fresk z Chrystusem w
centrum i czterema ewangelistami w rogach.
Studia z której czerpał św. Paweł, zaraz przy ruinach jego
domostwa. Obok znajduje się kilka ponad stuletnich domów
Ruiny rzymskiej łaźni
Statek-bohater, który brał udział w morskiej bitwie pod Çanakkale.
Dzięki jego morskim minom Alianci nie zdołali rozerwać tureckiej linii obrony.
Atatürk z oficerami
Bum!
Wpis ten będzie składał się głównie ze zdjęć. Masy przeróżnych zdjęć. Nie chcę się zbytnio rozwodzić nad każdym szczegółem, poza tym o wiele łatwiej opisywać pewne interesujące detale za pomocą metody bardziej tradycyjnej, mianowicie konwersacji. Dochodzi też aspekt nienaruszania miru rodzinnego, na co jestem szczególnie uwrażliwiony. Pewne rzeczy winny zostać w familii, nie chcę wyjść na szpiega-plotkarza. Ostatnia składowa formy dzisiejszej notki to czas. Nie mam zamiaru odkładać wrzucania postów na później, bo nigdy tego nie zrobię. Nie lubię odgrzewać starych kotletów, tracić energii na mozolne przypominanie sobie nazw i emocji, które towarzyszyły mi w danych sytuacjach. Dlatego siedzę teraz po nocy i stukam w klawiaturę, mimo uciążliwego bólu głowy, który towarzyszy mi od samego rana. Sytuacji nie poprawił katar (tur. nezle, pamiętam bo musiałem wiele razy usprawiedliwiać przerwy w posiłkach, żeby uciec w ustronne miejsce i porządnie wysmarkać nos) i zmiana ciśnień na pokładzie samolotu. Myślałem, że moja głowa eksploduje... Oby tylko nie było to nic poważnego. Rożne rzeczy się piło (ponoć woda z publicznej fontanny jest krystalicznie czysta...) i jadło. Może to Bąbliwica albo zapalenie opon mózgowych? Pieprzony biol-chem. Nie, nie, po prostu panikuję.

Miseczka z karmelowym czymś to tahin helva - słodki przysmak do chleba,
chałwa w płynie; turecka Nutella
Lokal Oscar. dzięki Mevlütowi (przyjaciel Aliego) posiłki
spożywaliśmy tam za darmo
Popiersie matki Atatürka.
Nie ma kobiety jak matka, nie ma kraju jak Ojczyzna
Eski Hamam. Zabawne, że moja przepaska jest schludniej zawiązana niż ta
rodowitego Turka. Podczas pobytu miałem przyjemność doświadczyć
Keselemek - masażu rękawicą w celu ujędrnienia skóry i usunięcia zbędnego
naskórka
Şehmeran - Królowa Węży. Poszperajcie, ciekawa legenda
Pociąg, którym podróżował... kto? Atatürk!
Czasami kult jego osoby zakrawa o lekką przesadę
Humus- potrawka z ciecierzycy, pasty sezamowej i mięsa zagryzana
korniszonami. Danie to pochodzi ponoć z Libanu.
Stadionik lokalnej drużyny. Nigdy nie przypuszczałem ile drzwi może
otworzyć bycie Europejczykiem!
Nielegalna wspinaczka po skałkach przy wodospadzie na rzece Cydnus.
Mina uśmiechnięta, ale nigdy więcej po śliskich kamieniach na gładkiej
podeszwie, w asyście wywierającego presję psa.
Zabawne wspomnienie. Pierwszego dnia, kiedy jeszcze nie znałem za bardzo sąsiedztwa wsiedliśmy na skuter i pojechaliśmy kupić chleb. Na szerokiej drodze pełno krzykliwych dzieci, niskie domy, szopy z blaszanymi dachami, gdzieniegdzie jakieś ruiny, opony czy biegające kury. Niczym w telewizyjnych relacjach z Iraku. Nic tylko wypatrywać Amerykanów i nasłuchiwać odgłosów wystrzału z karabinów. Ale droga powrotna to jeszcze ciekawsze przeżycia. Nie ma nic bardziej inspirującego niż trzymać dwa parzące bochenki pieczywa owinięte w cienki, biały papier i pędzić przez ten abstrakcyjny świat z wiatrem we włosach.

Na skuterze przez 'Irak'
Widok z balkonu moich gospodarzy
Siedem minut i na naszych oczach rośnie świeżutki, kruchy chlebek.
Wszystko za pół liry - niemożliwe w Istanbule...
Zawsze chętnie pozująca dzieciarnia. Młodzieńcy zmierzali do kafejki
internetowej, w której jest zawsze tłoczno. Tak, tak - kafejki internetowe,
wypożyczalnie płyt, pucybuci - to wszystko całkiem nieźle prosperuje
Jaskinia Siedmiu Śpiących
Nie mogę narzekać na gościnność i umiejętności kulinarne moich gospodarzy.
Tutaj mamy tavuk (po prostu kurczak...), sałatkę, ostrą zupo-przystawkę i coś
specjalnego: cieniutki chleb, który z powodzeniem zastępuje sztućce
Chyba czasami będzie mi brakować bycia obcokrajowcem. W Tarsus każdy traktował mnie jak najbardziej interesującą osobę, z którą miał okazję porozmawiać. Wpadliśmy do liceum Aliego, pograliśmy z chłopakami w kosza (o Boże...) i siatkówkę (o tak!). Po kilku minutach cały plac wiedział, że jest tu ktoś z Polonya. Masa idiotycznych pytań i tureckiego bełkotu, którego nie rozumiałem, ale spora część uczniów okazała się bardziej dojrzała. Szczególnie miło wspominam Seyita i Aslı, z którymi spędziliśmy cały dzień. Nie powiem, przyjemnie pozuje się do zdjęć ze zgrabnymi licealistkami o anielsko pachnących włosach. Nie zdziwicie się, gdy znajdziecie mnie na Instagramach, Twitterach czy innych takich. Zdjęcia były pstrykane wszędzie - u fryzjera, na ulicy, przy zabytkach. Sporadycznie wpadały darmowe posiłki i zimne napoje od sklepikarzy. Sława Lewandowskiego wyprzedza wszystkich Polaków. Ja ponoć przypominam Marco Reusa...

Zdarzały się godziny na krótki rękawek. Sorry, taki mamy klimat! ;]
Muzeum Archeologiczne. Z SeitemAslı
Brama Kleopatry. Przechodził pod nią min.: Cyceron, Marek Antoniusz...
Atom - specjał z Tarsus. Sok wieloowocowy podawany wraz
z owocami polanymi czekoladą i posypanymi wiórkami kokosa :O
Ja zamiast Şalgam (napój z rzepy) zdecydowanie wolę Lemoniadę.
Po prawej profanacja - miotła w barwach Fenerbahҫe!!!
Z Yusufem (kolejnym znajomkiem Aliego). Jedno z większych życiowych
wyzwań językowych podczas naszej długiej rozmowy po turecku...
PS: Dostałem komplet ocenek! Sześć razy AA! Hell yeah! Szczerze mówiąc to było stosunkowo łatwe, Fatih University to całkiem dobre miejsce do erasmusowania! Nic tylko zwiedzać Paulina ;>

PS2: Więcej arcyciekawych zdjęć i ciekawostek tylko w real priv... Ostatecznie strasznie okroiłem materiał. Zdecydowałem się nie pokazywać zbyt wielu posiłków i byłem zmuszony pominąć kilka istotnych miejsc (np.: malowniczą oczyszczalnie ścieków czy Osmański Park). Nie dajcie sobie wmówić, że Tarsus to nudna mieścina!!!

Centrum dowodzenia AK Party. Zbliżają się lokalne wybory,
Tarsus był zaklejony plakatami liderów wszystkich opcji.
Künefe - słodki placek nadziewany gorącym serem,
posypany orzechami pistacji. Wyśmienity z lodami!
Tureckie wesele w sąsiedztwie. Monotonne grupowe tańce,
bazujące na uginaniu kolan i potrząsaniu ramionami. Wszystko
odbywa się przed domem, niezależnie od pogody.
Cezerye - miód, orzechy, kokos - najlepsze połączenie
EVER! Tego wieczoru oszalały... cukrografy?

niedziela, 21 kwietnia 2013

RECENZJA #3: Cheetos Duos



W małym, podmiejskim sklepiku zauważyłem nowy rodzaj chrupek z charakterystycznym gepardem na opakowaniu - Cheetos Duos. Nie zastanawiając się długo wrzuciłem produkt do koszyka i skierowałem swe kroki ku kasie - zawsze z miłą chęcią próbuję niestandardowych smaków i sezonowych edycji firmy Frito Lay.

Dlaczego Duos? W paczce znajdują się dwa gatunki kukurydzianych chrupek: o smaku hamburgera i papryki. Odrobinę obawiałem się wersji paprykowej, kiedyś bowiem miałem niemiłe doświadczenie z kiepskawą odmianą Cheetosów - w gardle wylądował istny kociołek z ostrymi, drażniącymi przyprawami. Nie wiem czy była to zepsuta partia czy toleruję jedynie jałowe pokarmy, w każdym razie wrażenia z tamtej feralnej degustacji były nadzwyczaj... emocjonujące. Tym razem papryka zostawiła jedynie przyjemne gryzienie w gardziołku i odrobinę pikantny posmak. Co się zaś tyczy jaśniejszej wersji (tej o smaku hamburgerowym), mam mieszane odczucia. Zamykając oczy niby idzie wyobrazić sobie bułkę ze stekiem, ale jak dla mnie jest to mniej doprawiona wariacja na temat zawartości zielonego opakowania Cheetos Pizza. Poza tym przekąska w paczce jest wymieszana, co siłą rzeczy oznacza smak papryki na smakołyku drugiego rodzaju. Słabo!

Kształt chrupek to harmonijka - nic nadzwyczaj kreatywnego. Miła dla oka jest natomiast grafika na froncie produktu. Proporcje smaków nie muszą wynosić jednak 1:1, co w pewnym sensie sugeruje grafika. Czy można uznać to za celowe wprowadzenie konsumenta w błąd? (wiem, wiem - zaczynam się czepiać).

Podsumowując: Cheetos Duos mnie nie zachwyciło. Jego zniknięcie z rynku nie spotka się z rozpaczą mojego żołądka. Z nostalgią wspominam jedynie zimowe Cheetos Snowballs. Ocena to niestety tylko (lub aż!) trójka plus. Nie mówię, że jadłem z obrzydzeniem, ale... spodziewałem się czegoś lepszego i bardziej nowatorskiego.

Plusy:
+ Ciekawy pomysł z połączeniem smaków
+ Rzucające się w oczy i ładne kolorystycznie opakowanie

Minusy:
- Mieszający się smak papryki z... "hamburgerem"
- Nieprzewidywalna proporcji smaków w poszczególnych opakowaniach

Zdjęcie maskotki Cheetos pochodzi z www.logofirmowe.pl

poniedziałek, 15 kwietnia 2013

RECENZJA #2: Milka Löffel Ei



Święta już dawno za nami, przyszła więc pora na konsumpcję ostatniego słodkiego podarunku - Milka Löffel Ei. Fioletowe opakowanie, stylizowane na małą jajeczną wytłacznkę cieszy oko i zachęca do zajrzenia do środka. Tak, pudełeczko to zdecydowanie najmocniejszy punkt produktu. Sprawia ono, że łakoć świetnie nadaje się na drobny upominek dla przyjaciela lub przyjaciółki. Młodsze dziecko pewnie bardziej ucieszy Kinder Niespodzianka, a to z powodu zabawki.

Jako, że ja dzieckiem przestałem być już kilka lat temu, z ochotą zabrałem się do pałaszowania pierwszego z czterech jajek. Jajka są pojedynczo opakowane w sreberko - nie ma więc kłopotu z podzieleniem smakołyku na porcje. Urzekająco wyglądają także dwie plastikowe łyżeczki dołączone do zestawu, a umieszczone w taki sposób, że niemożliwością jest ich przeoczenie.

Według instrukcji jajko należy stuknąć łyżeczką, żeby dostać się do puszystej, kakaowej treści. To raczej niemożliwe, gdyż czekoladowa skorupka jest na to zbyt gruba. Najlepiej odgryźć czubeczek "fałszywego nabiału" i zacząć eksplorować wnętrze. Jeśli chodzi o nadzienie - moim zdaniem jest odrobinę za słodkie, ale nie twierdzę, że nie znajdzie swoich miłośników. Jego smak to skrzyżowanie Nutelli z budyniem czekoladowym, konsystencja przypomina zaś krem. Krem smaczny, rozpływający się w ustach, ale jak już wspomniałem - dla mnie odrobinę za słodki. Więcej niż jednego jajka mógłbym nie przeżyć! Co się zaś tyczy mlecznej czekolady - Milka wie co dobre i nie musi obawiać się konkurencji.

Biorąc pod uwagę stosunek jakości do ceny - trzynaście złotych to RACZEJ rozsądna cena, jeśli weźmiemy pod uwagę efektowne opakowanie. Jeżeli zaś preferujemy więcej słodkości - lepiej kupić cztery czekolady tej samej firmy. Wystawiam produktowi mocną czwórkę. Prawdopodobnie za rok sam poszukam w sklepie kartonika z Milka Löffel Ei, aby zapewnić sobie kolejne cztery słodkie pauzy...

Plusy:
+ Śliczne i pomysłowe opakowanie
+ Smaczna czekolada i krem...

Minusy:
- ... który dla niektórych może wydać się odrobinę za słodki
- Odrobinę zbyt wysoka cena (?)

Zdjęcie Milka Löffel Ei pochodzi z: www.forum.pcformat.pl