Pokazywanie postów oznaczonych etykietą DLC. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą DLC. Pokaż wszystkie posty

środa, 23 marca 2016

RECENZJA #132: Dying Light: The Following Edycja Rozszerzona

Takie mniej więcej tereny eksplorujemy w dodatku.
Dobra odmiana po mocno zurbanizowanej podstawce.

Dying Light Edycja Rozszerzona to naprawdę świetna inwestycja. Za 169 złotych otrzymujemy podstawową wersję nietuzinkowej gry, rozszerzenie The Following i kilka pomniejszych DLC, z których na szczególną uwagę zasługują dwie nowe strefy kwarantanny i chore wyzwanie na miejskim stadionie. O co w ogóle chodzi, jaki jest temat przewodni zabawy? Już tłumaczę. Wcielamy się w Kyla Crane’a, agenta Globalnego Resortu Epidemiologicznego, zostajemy zrzuceni do odciętego od świata miasta, mamy przetrwać wśród hordy zainfekowanych, próbując przy okazji zdobyć ważny plik, który pozwoli wyleczyć wirusa Harran (opcjonalnie: zrobić z niego broń). Oprócz chmary wszelakich zombiaków, w mieście pozostało sporo zbójów (w tym jedna gruba ryba, Kadir Sulejman, który – oczywiście! – wszedł w posiadanie interesującego nas pliku) i cała masa niewinnych cywilów dramatycznie walczących o życie… Jest komu pomagać i komu ucierać nosa!

Jeśli się postaramy, możemy czyścić obszary po cichu.
Nie powiem, to też przynosi frajdę. I wymierne korzyści, gdyż broń palna
przyciąga do nas Virale - agresywnych, szybkich i niedawno przemienionych.

Co sprawiło, że przeszedłem całość w około trzy tygodnie, momentami nie mogąc się wręcz oderwać od pada? Ooo, czynników było wiele. Po pierwsze, genialny motyw poszukiwania nowych komponentów. W rzadko której grze eksploracja jest tak pociągająca. Opuszczona baza wojskowa, blok mieszkalny, a może supermarket? Opłaca się myszkować w każdym zakamarku mapy, a potem ulepszać swój ekwipunek i handlować ze sprzedawcami. Po drugie, świetny cykl dobowy determinujący zabawę. O ile w ciągu dnia, możemy łatwo umknąć zombiakom lub sukcesywnie ich eliminować, o tyle w nocy na miasto wychodzą parszywe Przemieńce, które początkowo są dla nas kompletnie nieosiągalne. W miarę rozwoju naszej postaci zamieniamy jednak glazurkę czy pałkę policyjną na muzealny oręż lub broń palną, i jesteśmy w stanie się trochę postawić. Jeśli jednak wypatrzy nas więcej Przemieńców, pozostaje tylko szalona ucieczka do najbliższej bezpiecznej strefy. Po trzecie, większość zadań, szczególnie pobocznych, jest przezajebista. Jeśli jesteście zainteresowani, na końcu recenzji krótko streszczam jednego, wielowątkowego questa. Po czwarte, dość nieoczywiste, mocno zalatujące tureckością uniwersum robi robotę. Jest świeże i pasuje jak ulał. Po piąte, PARKOUR jako sposób przemieszczania się po mieście! Mógłbym wymieniać dalej, ale doczytacie sobie w rubryce z plusami.

Jak już dobrze wyczujemy odległości, parkour przynosi sporo frajdy.

The Following to pełnokrwiste rozszerzenie, nie z gatunku pakietu kiepskawych misji, lecz potężna klamra, która wieńczy historię. W dodatek grać możemy właściwie przed podstawką, ale jaki to ma sens? Przeciwnicy są silniejsi, pewne wątki będą dla nas niezrozumiałe. Potężnym atutem rozszerzenia jest pojazd typu buggy, którym przemierzamy okolice Harranu. Tamtejsi ludzie są bowiem niezwykle odporni na zarazę, Kyle chce więc to sprawdzić, tym bardziej, że zapasy antyzyny (leku zatrzymującego przemianę) są na wyczerpaniu. Pewne elementy dodatku zachęcają do zabawy w trybie multiplayer, ale sporo zabawy mamy również przy samodzielnym graniu. Otwarty, nizinny teren i kilka nowinek typu gniazda zarażonych, które najlepiej oczyszczać nocą, mocno odświeżają formułę. Irytuje tylko chamski backtracking sztucznie wydłużający rozrywkę. Jeśli mamy zdobyć coś w punkcie A, to możemy mieć pewność, że użyjemy tego tylko w punkcie B, na zupełnie przeciwległym krańcu mapy. Nagrodę zaś odbierzemy w punkcie C… W takich momentach naprawdę brakuje opcji szybka podróż, choć to trochę zaburzyłoby survivalowy charakter gierki. Podobnie jak GPS w łaziku, który mocno ułatwiłby nawigację, ale pasowałby jak pięść do oka.

Przemieńce. Czujne i szybkie, wychodzą z nor dopiero po zmroku.
Prawda, że przyjemniaczki? ;]
Sytuacji, w których wróg ma przewagę liczebną jest bez liku.
Właściwie... to nie ma innych sytuacji...

Żeby wyeksplorować większość ważniejszych (tj. unikatowych) miejscówek w całej Edycji Rozszerzonej, potrzebujemy jakieś 50-60 godzin, co jest wynikiem przyzwoitym. Szczerze mówiąc, po przejściu głównego wątku fabularnego w The Following straciłem ochotę do farmienia mocarnych składników i elementów ekwipunku. Opcja Nowej Gry Plus czy niedawno odblokowany koszmarny poziom trudności również niespecjalnie mnie skusiły. Niestety, nie miałem okazji pograć z nikim przez sieć, ale użytkownicy chwalą sobie asymetrycznego multiplayera, w którym jeden gracz wciela się w Nocnego Łowcę, a maksymalnie czwórka innych pozostaje ludźmi, których celem jest zniszczenie gniazd lub mocarnego wroga.

Widzicie tego po lewej? DEMOLISHER!
Najpierw trzeba zrzucić z niego zbroję, a potem zaatakować po miękkim!

Od czasów Dzikiego Gonu (nie ważne czy to podstawki, czy Serc z Kamienia) nie bawiłem się tak dobrze przy żadnej dużej grze (pamiętacie bowiem moje zauroczenie Unravel, która był jednak produkcją malutką). Fakt cieszy tym bardziej, że to dzieło polskiego studia Techland, któremu wsparcia udzielił zacny Warner Bros Interactive Entertainment. Nie spodziewałem się aż tak satysfakcjonującego gameplay’u. Lubię być zaskakiwany w ten sposób! Widać, że doświadczenia związane z Dead Island nie poszły na marne! Jak dla mnie, mocne 8.5/10! Nie sprzedam Dying Light, będzie leżał na półce kilka dobrych lat, rozbudzając ciepłe wspomnienia. To moja pierwsza gra z żywymi trupami w ogóle, ale czuję, że kiedyś zrobię sobie jeszcze jakieś małe danse macabre.

~o~

Obiecany opis wybranego questa. W naszej bazie mówią, że znają niezłego rusznikarza, ale ostatnimi czasy przestał do nich zaglądać, co delikatnie sugeruje nam, żebyśmy wpadli do jego domostwa i sprawdzili czy wszystko w porządku. Wpadamy. Okazuje się, że rusznikarz siedzi z dzieciakami w przedszkolu, w śmiesznej czapce czarodzieja, tłumacząc nam, że próbuje uspokoić tym szkraby. Wiecie, on jest dobrym magiem, a miasto opanowała zła magia. Jest jednak problem – jedna z dziewczynek cierpi na cukrzycę, a insuliny już dawno zabrakło. Dostajemy zatem zadanie Eliksir Życia. Przeszukujemy dwie apteki i nic. W elektronicznej ewidencji znajdujemy jednak kogoś, kto kupił dużo insuliny. Mamy adres. Okazuje się, że to ojciec dziewczynki. Na lodówce znajdujemy karteczkę, list do żony, w którym mówi, że odbierze leki i zje na mieście, w pobliskiej pizzerii. Znajdujemy go nieżywego między stolikami, na szczęście miał lek. Zanosimy go do przedszkola. Rupert rusznikarz podaje małej lekarstwo, a my gadamy z innymi dzieciakami. Jeden prosi nas, żebyśmy mu przynieśli klocki spod piwnicy. Sam się boi, bo coś jest za zamkniętymi drzwiami. Gadamy o tym z Rupertem. Okazuje się, że to jego żona, której nie miał serca zabić, a która w pełni się przemieniła. Załatwiamy sprawę. Inna dziewczynka prosi o pozbycie się… trolla z parkingu. Zabijamy jednego mutanta, ale okazuje się, że to nie ten i musimy ubić jeszcze większego skurwiela. Dopiero potem Rupert jest do naszej dyspozycji i możemy dostać od niego kilka fantów. Czujecie ten klimat? Takich słodko-kwaśnych momentów jest więcej!

~o~

Plusy:
+ Świetna grafika
+ Uzależnienie rozgrywki od cyklu dobowego i emocjonujące misje nocą
+ Niezgorsza oprawa dźwiękowa, unikatowe utwory w trakcie niektórych misji głównego wątku
+ Niecodzienny setting opowieści (tureckie slumsy i stare miasto)
+ Dopracowana walka wręcz, która sprawia masę frajdy (kończyny i głowy zombiaków dosłownie fruwają w powietrzu)
+ Całość to genialny zestaw z rozszerzeniem, które autentycznie rozbudowuje rozgrywkę o masę nowych elementów, a nie kilka dupereli
+ Drzewko Legendy, które sprawia, że wciąż mamy (możemy mieć) motywację do gry
+ Smaczki od autorów (unikatowe schematy na broń specjalną i jajcarskie znajdźki m.in. ukryty poziom w stylu Mario)
+ Fajna minigierka z otwieraniem zamków
+ Zakończenie dodatku jest mocne i zaskakujące. Serio!
+ Nie za długa, nie za krótka, taka w sam raz!

Rozjeżdżanie powolnych zombiaków bawi jak mało co! ;)
Minusy:
- Miejscami kiepski dubbing postaci drugoplanowych (nienaturalnie wypowiadane kwestie, nadmierna ekspresja)
- Bohater nie może użyć kotwiczki, gdyż jest zbyt zmęczony… jako sztuczne utrudnienie misji fabularnych w podstawce. Zresztą, kotwiczka jest bardzo zawodnym gadgetem. Nie zliczę ile razy ginąłem przez upadki z dużej wysokości nie z mojej winy…
- Kilka baboli w fabule (zarażony bohater niszczy zapasy antyzyny, zamiast je gdzieś ukryć).
- Trochę zbyt duży loot (bronie wysypują się z wrogów niczym kartofle, szybko stajemy się obrzydliwie bogaci, jeśli tylko konsekwentnie chomikujemy i sprzedajemy tony ekwipunku)
- Uciążliwe tułanie się po mapie w The Following
- Monotonne i nieefektywne wytwarzanie przedmiotów (każdy item wytwarza się pojedynczo, brak możliwości agregowania przedmiotów do wytworzenia)
- Brak możliwości ręcznego zapisu gry (zapis następuje automatycznie, przy postępie w aktywnym zadaniu, a po wczytaniu przerzuca nas w często nie najbliższe bezpieczne miejsce)
- Walka z ostatecznym bossem w podstawce rozwiązana przy pomocy Quick Time Event? (naciskanie odpowiednich przycisków w wyznaczonym limicie czasowym, żeby osiągnąć sukces). TAK SIĘ NIE ROBI!

niedziela, 1 listopada 2015

RECENZJA #109: W3:DG Serca z Kamienia (PS4)


Drodzy moi! Coraz bardziej uwiera mnie recenzencka formuła Kultura & Fetysze. Za mało tu mnie, Pionka, za dużo gadania o obcych tworach kultury. A robić kompletny miszmasz i publikować na jednej platformie dosłownie wszystko, jak leci? To godziłoby w moje poczucie estetyki. Niestety, stałem się niewolnikiem skostniałej formy. Poza tym coraz ciężej łączyć wszystkie moje pasje z nerwowym, piątym rokiem studiów. Powinienem zwracać swoje wysiłki ku pracy magisterskiej. Bo wiecie, Drodzy moi, to nie może być taka sobie, zwykła praca dyplomowa. To musi być naukowy majstersztyk. Od zawsze jestem bowiem niewolnikiem perfekcjonizmu.

Ale do rzeczy, bo dzisiaj słów kilka o dodatku do Wiedźmina 3 o wdzięcznym podtytule Serca z Kamienia. Z okazji urodzin, kochana Dziewucha zatroszczyła się, żeby w dniu premiery dotarło do mnie limitowane wydawnictwo, w którym oprócz kodu, dającego kilkanaście godzin przedniej cyfrowej zabawy, znajdowały się również dwie z czterech talii do Gwinta. Cóż to takiego ten Gwint? Moim zdaniem, najlepsza aktywność poboczna i karcianka w grze EVER! Szkoda tylko, że dano nam talie, którymi praktycznie nie grywam, bo serce oddałem Królestwom Północy i Cesarstwu Nifgaardu, nie zaś Wiewiórkom czy Potworom. Mocno liczę, że pozostałe dwa pliczki kart odnajdę w przyszłorocznym dodatku Krew i Wino. Elementy są wykonane poprawnie, pieczołowicie, choć kartoniki mogłoby być ciut grubsze i w bardziej standardowym formacie. Nie ma jednak co narzekać - ogląda i wącha się znakomicie. Gorzej z grą, bo kiedy krzemowe procesory nie czuwają nad spójnym systemem zasad, w rozgrywkę wkrada się czynnik ludzki.

Przejdźmy jednak do crème de la crème, kosztującego 70 złotych blach, dodatku. Warto, nie warto zagrać w dodatkową zawartość? Okropnie warto! Chciałbym wejść w polemikę z redaktorem Allorem, który w swoim kilkunastozdaniowym tekście w CD-Action [Nr 12/2015 (249)], dość chłodno wypunktował dziełko CD Project RED. Otóż, pierwszym zarzutem jest wadliwa rama czasowa dodatku. Dla autora tekstu, fabułka Serc z Kamienia to, cytuję: nieistotny skok w bok […]. A w zasadzie „skoczek”, bo Serca to tylko parę nowych lokacji, postaci i questów. Otóż, drogi redaktorze, na tym właśnie polegają DLC. Kontynuacji lub rozszerzeń historii z Dzikim Gonem w tle należałoby szukać raczej w Wiedźminie 4. Skoro można rozpocząć dodatek przed ukończeniem podstawki, to jak rozwiązano by kwestie niechcianych spoilerów, jak wreszcie poradzono by sobie z masą przeróbek w kodzie, no bo gdyby suplement skupiał się wokół tych samych postaci co pierwowzór, to powstałoby duże zamieszanie. Ta swoista autonomiczność dodatku to dla mnie ogromny plus! Ja nie chcę już opłakiwać Vesemira (no chyba, że z hrabiną Mignole), ja chcę się bawić na weselisku z Shani!

Z drugim zarzutem się zgodzę – często dawano nam tylko minimalną, iluzoryczną wręcz swobodę w podejmowaniu decyzji. Aż chciałoby się zdrowo przypierniczyć bandzie kozaków ze świty Olgierda, a nijak nie można. Rozmawiamy, rozmawiamy i przylepiamy na buźkę Geralta konformistyczny uśmieszek. Nie godzi się tak, tu pełna zgoda! Wpływ mamy głównie na omijanie pewnych celów opcjonalnych, a co to za wybór dla prawdziwego fana uniwersum, który i tak chce zobaczyć możliwie jak najwięcej? Żaden! Poza tym, odwieczny problem znaku Aksji – DLACZEGO NIE MOŻEMY GO CZĘŚCIEJ UŻYWAĆ!?

Trzeciego zarzutu redaktora Allora kompletnie nie rozumiem. Pyta on retorycznie „ale po co?” i dodaje: nowe postacie chwilę po poznaniu ruszyły w swoją drogę, a starych w ogóle nie było. Jak za długo przebywamy z tymi samymi NPCami to niedobrze, bo tekstury na poligonach się opatrzyły i dusimy się we własnym sosie, a jak zawiązujemy krótkotrwałe relacje na zasadzie kontraktu czy romansu, to „po co”? Jak zatem znaleźć złoty środek? Tego już błyskotliwa kolumienka tekstu nam nie zdradza.

Zaliczenie wszystkiego zajęło mi w sumie dziewięć godzin, po których pozostały mi fajny miecz, możliwość zebrania ekwipunku szkoły Żmii oraz ulepszania glifów. Gdyby pojawiło się to wcześniej, pewnie bym się ucieszył. Ale pod koniec? Ale kto tu mówi o końcu? Proszę zostawić sobie save’y i odkurzyć rynsztunek przy kolejnym DLC. Albo Nowej Grze Plus. A kto zabronił korzystać z glifów już od początku dodatku? Ja miałem odłożone prawie 50k monet na kupienie zaklinaczowi najlepszych narzędzi i materiałów już przy pierwszym spotkaniu. Nie trzeba także robić speedrunów, wyciśnięcie każdej kropelki zabawy z pewnością zajmuje więcej niż dziewięć godzin. Przynajmniej dla nieprofesjonalnych, dociekliwych graczy. Moim zdaniem, Allor szukał dziury w całym!

Jak widzicie, opinia opinii nierówna, a żeby poczytać cały tekst Smugglera i komentarz Allora, odsyłam na strony 42-45 (szczegóły dotyczące wydania pojawiły się już wcześniej w tekście). Nie chcę was dłużej zatrzymywać, więc na koniec rzucam subiektywną listę plusów i minusów Serc z Kamienia. Przepraszam, że nie znalazłem zbyt wielu poważnych mankamentów, starałem się szukać rzetelnie… ;(


Plusy:
+ Ciut mroczniejszy klimat niż w podstawce. Widać to choćby po bossach, z którymi przyjdzie nam skrzyżować miecze, tudzież gusła, a także makabryczniejszych cut-scenkach. Te ostatnie, swoją drogą, są dużo bardziej filmowe i jakby lepiej wyreżyserowane
+ Świetne, wieloetapowe zadanie główne. Co najważniejsze, aktywności były świeżutkie jak dopiero co ścięta pietruszka! [SPOILER] Porwanie przez Ofirczyków, aukcja, wesele, przenosiny do namalowanego świata, organizacja napadu niczym w piątym GTA, finałowa akcja z towarzyszącym nam komentarzem Pana Lusterko, który jest prawie tak dobry jak Joker z Arkham Knight, do tego masa szczególików, jak np. rozmowa z urzędasem z Oxenfurtu – MIÓD! [KONIEC SPOILERA]
+ Liczba nawiązań do słowiańszczyzny osiągnęła stężenie zawrotne, a nie brak również zaskakujących inspiracji i odwołań do popkultury (np. do Mad Maxa)
+ Nowe lokacje, także te plenerowe, wydają się nawet lepsze, niż w podstawowej wersji gry (ścieżki przy strumyczkach, ruiny zameczków, gospodarstwa). A może po prostu zapomniałem jak to było w 3-ce?
+ Wymagające, dobrze zaprojektowane walki z bossami
+ Lektor użyczający głosu Gaunterowi O’Dimmowi <3

Minusy:
- Geralt to gadająca kukła, która nie ma już zbyt dużego wpływu na przebieg akcji. Niestety…
- Przez dodatek zakwalifikowało mi jedną z nieodkrytych misji pobocznych jako nieukończoną. Nieprzyjemna rzecz!
- Czasami tekst mówiony i transkrypcja się rozjeżdżają (raz różne słowa, innym razem coś pominięto w zapisie)
- Zrzędliwi gracze będą narzekać na dwie dość wymagające walki z bossami pod rząd, dla mnie to było całkiem fajne, nowe doświadczenie, kiedy brakuje zarówno eliksirów, jak i koziego mleczka
- Mało nowych kart do Gwinta
- Można było dodać jeszcze kilka zleceń na tablice, hm?
- Początkowo dość nieciekawie nakreślona postać Olgierda, który jest kiepskim królem życia. Potem, kiedy okazuje się, że szlachcic ma mniej powodów do radości, niż mogło się wydawać, jest już okej

Torcik urodzinowy jest, teraz tylko trzeba rzucić Igni i Aard!
[Sorry za hermetyczny żarcik tylko dla zaznajomionych z uniwersum]

A żeby przypomnieć sobie co pisałem na temat Dzikiego Gonu, zapraszam TUTAJ!