Pokazywanie postów oznaczonych etykietą akademik. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą akademik. Pokaż wszystkie posty

sobota, 18 stycznia 2014

ERASMUS LIFE #18

Kończymy przygodę z tym Campusem Panowie!
Cholera! To strasznie przyjemne uczucie żyć w takim pędzie. I mimo, że dramatycznie potrzebuję odpoczynku, to jest dobrze. Wiem, że jestem blisko leniwego bujania się na hamaku, w ogrodzie pełnym drzewek pomarańczy.

Stare zdjątko. Pizza z okazji pomyślnego zakończenia przygody z
Basic Turkish I / Niedawno poznałem wynik - 82%!!! :O
Wczoraj spałem trzy godziny. Ostatni egzamin, pierwszy raz wybrałem popularną w akademikach strategię ucz się noc przed. Przesiedzieliśmy z Kurdami od późnych godzin popołudniowych do piątej nad ranem, oglądając filmy i przygotowując odpowiedzi na Cinema in Society (gdyby nie Nerijus, który o ósmej chciał pożyczyć kartę na komunikację publiczną, niechybnie bym zaspał - plusy życia w akademiku, zawsze możesz liczyć na czyjąś pobudkę). Jak to zazwyczaj bywa, musiałem przejąć dowodzenie w komórce zadaniowej (zapewne nie ze względu na szczególnie duża charyzmę czy zdolności  interpersonalne, ale raczej przez żałosną niekompetencje, opieszałość i nieumiejętność dobrania odpowiednich środków do efektywnego osiągnięcia celu, którą reprezentuje większość grupowych towarzyszy, z którymi kiedykolwiek współpracowałem). Szkoda tylko, że oprócz managera rozdzielającego zadania jestem również najpracowitszym pachołkiem. Przyzwyczaiłem się jednak - większość chce tylko zaliczyć, JA chcę zaliczyć i być po tym wszystkim usatysfakcjonowany (bez podtekstu lub z podtekstem, w zależności od preferencji czytelnika). Ból, zmęczenie mijają, duma z dobrze wykonanej roboty - nie. Wygląda na to, że dobry student osiąga niezłe wyniki niezależnie od kraju, języka i systemu edukacji. To po prostu zasługa dodatkowych synaps, pochodna prawidłowej organizacji czasu, zdolność do łączenia kropek, budowania wieży i pewność siebie. Nazwij to jak chcesz: cyniczną agregacją korzyści, mentalnością klasy średniej, dobrowolnym stawaniem się systemowym trybikiem, ja widzę w tym sztukę. I jestem coraz lepszym artystą, czytaj: umiem budować bez klocków, łączyć bez kropek. A jeśli nie rozumiesz tego co napisałem, to znaczy że albo jestem idiotą albo wszystkich wyprzedzam. W obu przypadkach, odbiłem od średniej. Dawno temu.

Anadolu Efes VS Unicaja Málaga - nie uciekniecie od krótkiej fotorelacji..!
Panie asystencie, coś tu nie gra!
#SpodenkiWasilewskiego
No i najlepszy element widowiska - tańczące dupeczki!
Nie spodziewałem się takich cheerleaderek w Turcji. Niektóre ruchy
dziewcząt mogły być indykatorem nieczystych myśli (akurat ten układ
zakończył się bardzo grzecznie)
Kolekcjoner uniesień ze mnie. Ledwo żywy wyszedłem z egzaminu, (nie)pozałatwiałem papierkowej roboty, szykowałem się do pójścia w stronę parkingu, aż tu nagle widzę Fuata. Ciągnie na ping-ponga. Opieram się, ale dołączają do nas inne znajome mordeczki, więc uległem. I zagrałem swoje najlepsze sety w historii, bezlitośnie ogrywając współlokatora z Tajwanu. A skurczybyk jest piekielnie dobry technikiem. Gra z nim to wymagająca przyjemność - skróty, tąpnięcia, zmiany kierunków, precyzja uderzenia, agresywny podkręcony serw niziutko nad siatką... Magia! Nikt nie mógł stanąć mi dziś na drodze, po zakończonej sesji wychodzi wszystko. Relaks, luźny nadgarstek, odrobina fantazji, farta i (wspomniana już wcześniej) wewnętrzna pewność siebie. Szkoda tylko, że dość szybko się zmęczyłem, ale to pewnie przez stresujący poranek i chroniczne niewyspanie. Potem śmiechy, chichy i skończyła się najprzyjemniejsza tenisowa gra, jaką kiedykolwiek miałem przyjemność odbyć. Swoją drogą, skillsy z rakietką w dłoni poszły ładnie w górę!

Nasz ulubiony lokal, któremu nadaliśmy własną nazwę inside place
- tanio, smacznie, przyjaźnie! Złotoręki kucharz!
Jak pewnie zauważyliście, niezbyt trzymam się chronologii i piszę co mi ślina na język przyniesie. Dzieje się tak, kiedy wiele myśli krąży po głowie, a uczucie ekscytacji łączy się ze smutkiem. Nie byłbym szczególnie zrozpaczony, gdyby przyszło mi zostać tutaj kolejne pięć miesięcy. Większość naszej paczki opuszcza jednak Turcję, musiałbym się na nowo poznawać i aklimatyzować, za czym szczególnie nie przepadam. Może lepiej, że to już koniec. Wrócę na stare śmieci, zobaczę co się pozmieniało, poharatam z chłopakami w gałę jak za dawnych czasów. Łezka się w oku kręci, kiedy pomyślę, że nie obalimy już litewskiego likieru, nie przemycimy żadnej puszki podłego Efezu do akademiku. Na ten przykład: pisząc tego posta dostałem od Donga cieplutki zestawik z McDonalda. Ot tak, bo była promocja i o mnie pomyślał. Bezinteresownie, z zaskoczenia, czyli najlepszy wyraz sympatii jaki można sobie wymarzyć.

A jednak! Kryty Bazar - w poszukiwaniu suwenirów!
Z cyklu Informacje praktyczne - rzut oka na ceny kebabów
ja
Kościół św. Antoniego, Taksim - niedziela, 10:30 msza
po polsku. Chyba trza się przejść, poprosić o szczęśliwą
podróż i podziękować za łaski. To nie był zły czas,
to naprawdę nie był zły czas...
...i w środku
Żłobek przed Santa Maria Draperis - jeden z najstarszych kościołów
rzymsko-katolickich w Istanbule (1584)
Osman! Na pewno w Top3 najprzyjaźniejszych Turków
jakich poznałem! Przed bramą liceum na İstilkal Sokak
Wieża Galata malowniczo wciśnięta gdzieś pomiędzy
ciasne uliczki Istanbulu
Gezi Park. Tym razem ciche i przyjazne miejsce. Bez reakcjonistów.
AaAA!!11! We ha\/e FUNNN!!! xDD ;)) Krejzolki moje, muah! ;***
Pożegnania, pożegnania, męskie i żeńskie uściski. Jest to zrozumiałe i sprawia przyjemność, ale tylko w gronie tych najbliższych (np. kiedy ostatni raz ustawiłem się Osmanem, łezka w oku się zakręciła - nie obejrzymy w najbliższym czasie żadnego meczu naszych ukochanych drużyn). W niektórych przypadkach wylewne interakcje wydają się to odrobinę wymuszone i sztuczne. Kilka refleksji tego typu znajdzie się pewnie w jakiejś notce finałowej, więc nie będę się tutaj rozpisywał. Pewne jest jednak to, że ze sporą częścią osób nie zamienię w przyszłości ani słowa (włączając w to FB), z większością nie zobaczę się już nigdy. Zastanawiam się, po co mi to zatrzęsienie nowych, randomowych znajomych? Chyba pora na powolną eliminację najsłabszych ogniw... Koreę jednak odwiedzę, for sure!

Prezent od Hyoseoba - tęsknimy Wariacie! ;]
Rzucam garść zdjęć powyrywanych z kontekstu (a uwierzcie mi, jest z czego wybierać, tylko uploaduje się jak krew z nosa). Post ponownie pisany na pół gwizdka, więc przepraszam za błędy. Z czasem rzucę okiem, to wszystko poprawię. Przez jakiś czas będę nieobecny w wirtualnym świecie, bo lecę na Południe, gdzie nie będzie Internetu i (mam nadzieję) czeka mnie masa nowych, fascynujących przeżyć. Zaległości w blogowaniu nadrobię w Izmirze, gdzie zatrzymam się w hotelu o dość przyzwoitym standardzie. Resztka stypendium sama się przecież nie wyda, hello!
Czego nie tyka zmienia się w złoto! ;] 90% z jednej z najnudniejszych
(i niestety najdłuższych) prac pisemnych, które miałem okazję w ubiegłym
roku skrobnąć. Zamykamy ten rozdział! DEFINITYWNIE!
Pożegnalna kolacyjka z Kasımem (opiekunem szóstego piętra) 
w restauracji Ovalı
PS: Gdzie nowe komcie, przecież wiecie jak je uwielbiam!? ;)

Ostatni łyk, szybki prysznic, idę t-shirt włożyć,
Dzwonią, że nie będą już dłużej wódki mrozić!
                               ~Kubi, Byłaś kiedyś na Kubie?!

poniedziałek, 16 września 2013

ERASMUS LIFE #1

Bramka 18, LOT 0135!
Mój rękaw! Wow! Przypomniała mi się mapa w Counter-Strike 1.6 ;]
Mówią, że początki są zawsze ciężkie. Na szczęście moja pierwsza podróż samolotem przebiegła sprawnie. Razem z moim quasi-mentorem Kaanem - Grekiem studiującym w Turcji czekaliśmy ponad półtorej godziny na trzy studentki z Kazachstanu, po czym ruszyliśmy uczelnianym busikiem do akademików. Atatürk Airport jest ponoć w dziesiątce najbardziej spóźnialskich i chaotycznych lotnisk. O dziwo nie miałem problemów ze znalezieniem swojego bagażu. Szkoda tylko, że walizka utraciła nóżkę... Na lotnisku poznałem też całkiem miłego Turka, z którym pogawędziliśmy o footballu (mam nadzieję, że wybierzemy się razem na mecz Fenerbahçe), a także mojego współlokatora - Alexa z Tajwanu (to europejski odpowiednik jego imienia, oryginalnego nigdy nie uda mi się zapamiętać, podobnie jak imion kazachskich dziewcząt - będą to dla mnie Asian Girl Number One i tak dalej ;) ).

Rzut oka na Istanbul z samolotu. Niestety nie miałem miejsca przy oknie,
więc musiałem prosić Pana Bogusława o zrobienie tego zdjęcia, a nie był to
najpiękniejszy widok ze wszystkich, które mieliśmy okazję podziwiać :C
Naszych nazwisk nie było na liście w męskim akademiku... Po długich pertraktacjach (w recepcji nie znają angielskiego, na szczęście Tajwańczyk jest poliglotą) dali nam pokoik. Wczoraj musieliśmy go jednak zmienić, gdyż zajęliśmy go bezprawnie innym studentom. Zasadniczo jest taki sam, więc nie ma problemu. Pokoje w akademikach są zawsze otwarte, mamy jedynie kluczyki do szafek. Internet jedynie na korytarzach i w holu (skądinąd bardzo ładnym, z fontanną na prąd, która nigdy nie działa, bo każde gniazdko jest cenne). Buty zdejmuje się na parterze i chowa do komód (chyba są chorzy, jeśli myślą, że zostawię tam swoje nowiutkie La Coste'y) W Turcji sądzą również, że jedno gniazdko to wystarczająca liczba na cały pokój. Musieliśmy więc wybrać się z moim towarzyszem Azjatą po trójnik i kilka innych drobiazgów takich jak wieszaki czy kubki. Zrobiłem najlepszy interes w życiu - kupiłem kubek za 1 lirę (ok. 2.5 zł)! Są takie tanie dlatego, że mają nadruk kalendarza na rok 2013. Od teraz dysponuję nieograniczoną ilością wody (Su) - automaty znajdują się na każdym piętrze w akademiku i to chyba jedyna rzecz w tym tureckim przybytku, o którą troszczy się personel! Śniadanie na stołówce było mocno średnie - niedopieczone frytki plus oliwki i siekany ogórek wraz ze sporą ilością grubo krojonego chleba z twardą skórką. Nie ma jednak co narzekać.

Moje tureckie biureczko, to nie to samo co mój przytulny pokoik
w Polsce ale nie ma co narzekać ;)
Pierwsze trzy dni zdają się bardzo leniwe. Na szczęście już jutro startuję z tygodniem orientacyjnym. Wreszcie poznam kilku socjologów, na razie wszędzie tylko Turcy i studenci filologii angielskiej (czuję się wręcz zawstydzony moim kiepskim angielskim...). Mam też nadzieję, że do naszego akademika przybędą Erasmusi. Jak na radzie jestem ja, Tajwańczyk, dwóch Afroamerykanów i zamknięta enklawa Hindusów non-stop przesiadujących w holu (tylko tam i na korytarzach jest dostęp do Internetu). Koordynator Seda Çubukçu  uspokaja, że niebawem powinni pojawić się jacyś studenci międzynarodowi. Szkoda tylko, że menadżer hotelu mówił nam dzisiaj łamaną angielszczyzną (podobną zresztą do mojej), że nie ma więcej free rooms. Mam nadzieję, że jednak jakieś się znajdą - nie jest to zbyt komfortowe być otoczonym jednolitą masą muslimów...

Warto byłoby ruszyć się gdzieś na większe zwiedzanie. Szkoda, że nasza dzielnica (Büyükçekmece) jest położona tak daleko od centrum. Chyba na razie pozostanę przy poruszaniu się po okolicy i poczekam na tydzień orientacyjny. Büyükçekmece to bardzo szybko zmieniające się miejsce pełne placów budowy. Z okna naszego pokoju widać powstający meczet. Może w imię swojej religii powinienem uszkodzić jego fundamenty?

Widok z naszego pokoju!
Zaraz ruszamy po trochę owoców, gdyż nasze dzisiejsze śniadanie było nadzwyczaj skromne, a to dlatego, że na stołówce wisiała informacja, że w dni robocze możemy je spożywać do 8.45. Niestety okazało się, że jedynie do 8 - kartka była z zeszłego semestru... Wąsaty gospodarz dał nam jednak bułeczki z sezamem, które zapiliśmy mocną i słodką herbatą. Bir kilo üzüm almak istiyorum!

Znajdujemy coraz więcej wspólnych mianowników z moim współlokatorem - ustaliliśmy, że oboje lubimy grę Little Fighters 2, uniwersum Marvel, musical Notre Dame de Paris, muzykę Macklemore'a, używamy żelu do golenia Gillette itd. Na własnej skórze doświadczam dobrodziejstw globalizacji - mamy o czym pogadać from time to time. Coś co łączy Polaka i Tajwańczyka musi być naprawdę dobrze znane w świecie! :)

EDIT: Sytuacja zmienia się na lepsze - przybył nowy student z Korei Południowej, jutro przybędą jego kompanii - wszyscy mówiący po angielsku! Awesome! Niebawem będziemy tu mieli azjatycki gang!