Pokazywanie postów oznaczonych etykietą #18. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą #18. Pokaż wszystkie posty

sobota, 1 sierpnia 2015

OPINIA #18: Czy Wiedźmin 3: Dziki Gon to słaba gra?

Wszyscy niemal szczytują na samą myśl o chwytliwej zbitce słów Dziki Gon i dziełku, które się pod nim kryje, podczas gdy w rzeczywistości gra jest daleka od ideału. Można nawet powiedzieć, że wyraźnych skaz i zabrudzeń jest na tym diamencie co niemiara. Poniżej subiektywna lista dziesięciu z nich, które trochę "obrzydziły" mi odbiór. Zapraszam do lektury. Razem pozbawmy Geralta niezasłużonego miana najlepszej polskiej produkcji wszech czasów!
 
Szybciej Płotka! Wio!

Rozwój postaci. Okej – patent z mutagenami od zawsze był mega spoko, ale po jakiego grzyba musimy ładować horrendalne liczby punktów umiejętności w skille, które kompletnie nas nie interesują (i których przez brak wolnych slotów i tak nie możemy aktywować), tylko po to, żeby doczołgać się do odblokowania piątego poziomu danej ścieżki? Inna sprawa: w sytuacji, kiedy największe boosty dostajemy za kolorystyczną jednorodność, umiejętności z rodzaju pozostałe nie mają racji bytu. A szkoda. Poza tym legendy głoszą, że ktoś na serio zainteresował się rozwojem talentów alchemicznych…

Babole i glitche. Kocham zbugowaną animację człowieczka niosącego skrzynkę. Zabawę "umilają" nam również wpadające do wież kuroliszki, wariujący na górzystym terenie rumak, łupy spadające z nieba kilkanaście kroków od potworka (lub niespadające w ogóle i lewitujące w powietrzu), a także NPCe, które ze dwa-trzy razy kompletnie zablokowały mi przejście i trzeba było wczytać grę. Masakra…

Burdel w ekwipunku. Ingredientów i książek z czasem mamy tak wiele, że ciężko powiedzieć co może się przydać, a co niepotrzebnie zalega w niezbyt obszernych zerrikańskich jukach. Najgorsze jest to, że czasem przedmioty lądują w niewłaściwych zbiorach. Pal licho jeśli jest to słoiczek miodu, ale niesympatycznie robi się, gdy są to ważne notatki. Co prawda Patch 1.7 wprowadził schowki i zredukował ciężar niektórych przedmiotów do zera jednostek wagi, ale co mi po tym, skoro ja ukończyłem tytuł jakiś miesiąc temu i musiałem sprzedawać sporo rzeczy tylko dlatego, żeby móc zbierać nowe. I sprzedawać. I tak w kółko Macieju. Dlaczego CD Projekt RED po raz drugi popełniło ten sam błąd i od początku nie wprowadziło schowków, skoro już w dwójce fani usilnie o nie walczyli? Grę ukończyłem z około 50 tysiącami i doprawdy nie wiem na co można wydać tyle hajsu… A ciepło wspominane przedmioty jak np. mieczyk Ementaler schowałbym w jakiejś bezpiecznej skrzyni.

Cholernie ciężko zdobyć całą kolekcję kart do Gwinta...

Wtórne i kiepskie aktywności poboczne (nie mylić z questami pobocznymi). Rzecz jasna nie mówimy tu o Gwincie, który jest kolekcjonerką grą karcianą najwyższej próby. No bo przyznajcie sami – czy z niecierpliwością czekaliście na kolejne wyścigi konne, wzdłuż wąskiej ścieżki nafaszerowanej zdradliwymi płotkami zdolnymi całkowicie zahamować rozpędzonego konika? Z głupimi przeciwnikami i losowością przy przepychankach? Z opuszkami bolącymi od przytrzymywania lewej gałki analogowej? Pojedynki na pięści też dupci nie urywają, choć niektórzy przeciwnicy są dość… niecodzienni i zaskakujący.

Wieczne doczytywanie się otoczenia. Nie radzę wbiegać lub wjeżdżać pod sam Novigrad galopem, gdyż czeka nas smutna niespodzianka w postaci obleśnych, kanciastych tekstur i braku żywej duszy. Nie warto się spieszyć. I tak poczekamy kilka sekund na pojawienie się znacznika umożliwiającego rozpoczęcie rozmowy np. z kowalem. Gorzej, gdy znacznik nie wczyta się w ogóle, jak często zdarzało mi się na Skellige. I nie pogodosz z płatnerzem czy inną zielarką...

Treści dla dorosłych. Z entuzjazmem czytałem, że autorzy spędzili wiele godzin na dopieszczeniu (dobór słowa nieprzypadkowy) scen erotycznych. Kompletnie tego nie zauważyłem. Nie ważne, czy chędożymy się z Triss, Keirą czy Novigradzą dziwką w dokach – każda rusza się i wygląda  tak samo (prócz koloru włosów of course). Na szczęście otoczenie w kadrze zmienia się dynamicznie. Całe szczęście, że Yen ma swojego kuca jednorożca, w przeciwnym razie łóżkowe igraszki zanudziły by mnie na śmierć…

Podpalanie owiec i kóz - fajna rzecz!
Kozie mleko to jeden ze najlepszych produktów do regeneracji życia.
No dobra, jest jeszcze Jaskółka...

Zróżnicowanie głosów NPCów. A właściwie jego brak. Wiadomo – najważniejsi ludkowie dostają swojego ekskluzywnego Rozynka, Cieślak czy Blumenfelda, ale Guślarz gadał głosem Pielgrzyma, Kapłana Wiecznego Ognia i wielu, wielu innych zachrypniętych i podstarzałych postaci. Przydałoby się zaangażować więcej gardeł. I zrobić więcej modeli dzieci. Dorosłych w sumie też… Niby szczegóły, ale piekielnie ważne dla satysfakcjonującej immersji!

Problemy z minimapą. Najgorzej sytuacja wygląda gdy penetrujemy lochy lub groty tuż pod powierzchnią. Wtedy podgląd skacze uciążliwie i naprawdę ciężko rozeznać się we własnym położeniu. Wybór najkrótszej ścieżki po wskazaniu punktu docelowego również potrafi wodzić za nos, a szukanie elementów wiedźmińskiego ekwipunku w miasteczkach woła o pomstę do nieba. Korzystając z okazji wspomnę również o niedogodnościach w podróżowaniu przy skrajnych obszarach świata, gdzie co rusz "zapuściliśmy się za daleko", choć nie poruszamy się jakoś nieprzyzwoicie daleko od miejsca akcji…

Ciągle zaskakujące questy. Rzecz niesłychanie przewrotna – przez to, że gra etatowo nakreśla nam złożoność świata, ukazując krzyżujące się punkty widzenia i interesy bohaterów, paradoksalnie mało rzeczy jest nas w stanie zaskoczyć. Po prostu, wiemy że coś pójdzie nie tak, będzie na opak lub obie strony mają swoje racje. Brakuje mi zadań w stylu Patelni Babuni, gdzie szukamy przedmiotu, znajdujemy go dokładnie tam gdzie się spodziewaliśmy, nie napotykamy wielkich trudności i po chwili oddajemy rzecz właścicielowi. Wiecie, życie w 99% jest proste jak cep. Przynieś 10 owczych skór myśliwemu… - tego mi w Wieśku czasami brakuje. Odstąpienia od nachalnego zamazywania podziału między dobrem i złem. Bez roztrząsania czy myśliwemu te skóry są faktycznie potrzebne i bez wątków prześladowania biednych zwierząt. ;]

Szczerze nienawidzę podróży łódeczką.
I nie zachęciły mnie nawet spora szanse na odkrycie dodatkowych
miejsc mocy na wysepkach w północnym Skellige. Sorry...

Rozdmuchiwany wpływ naszych decyzji na przebieg gry. Deweloperzy lubią się tym przechwalać, a tak naprawdę mamy do czynienia z tzw. wąskimi gardłami, co w praktyce oznacza maksymalnie dwa główne  rozwiązania ważnych wątków fabularnych. Ładne plansze informują nas o konsekwencjach naszych poczynań, ale te nie są jakieś niezwykle dalekosiężne. A można było bardziej się do tego przyłożyć. Przykład? Po rozwiązaniu sprawy Radowida V Srogiego mieszkańcy Królestw Północy powinni zmienić swoje powiedzonka, a oni rozmawiali między sobą tak samo, żywiąc nadzieje i obawy względem swojego władcy, tak jakby żaden zamach nigdy się nie wydarzył. Na plus zasługują momenty, kiedy zabicie ważnych postaci kończy się niezaliczeniem pobocznego zadania, ale żenująco robi się kiedy zakwalifikowanie zadania do nieukończonych następuje po zmianie miejsca pobytu naszego zleceniodawcy. I czemu do ch*ja nie możemy swobodniej używać Aksi? Na bileterze, który wymusza od nas opłatę za obejrzenie próby przedstawienia, na Krwawym Baronie, który traktuje nas jak swojego łowczego i w dziesiątkach, dziesiątkach innych sytuacji. No chyba, że za niewiarygodną swobodę i dowolność w grze uważacie to, że jakaś postać wypowie trzy dodatkowe lub nieco poprzestawiane linijki tekstu. Wtedy okej – Wiedźmin jest w tym zajebisty!

Walki z dużymi są mocno podobne, nie ważne czy to lodowy olbrzym,
żywiołak ognia, ziemi czy kupy. Znak Quen, kombinacja ciosów i odskok,
bo atak obszarowy. Powtarzaj aż do skutku.

Chciałbym uspokoić wszystkich napinaczy – w Dziki Gon grało mi się zajebiście i przez kilka tygodni myślałem tylko o odnalezieniu Ciri i kolejnych wiedźmińskich zleceniach. Wszystkie te drobne potknięcia i minusiki, które wymieniłem nie przysłaniają iście SOCZYSTEGO gameplay’u, który wciąga nosem większość innych RPGów, łącznie z Dragon Age’ami i innymi takimi. Szczególne z dystansem potraktujcie proszę dwa ostatnie punkty, pełniące rolę raczej kąśliwych uwag, aniżeli S.W.U.R. (Straszliwych Wad Uniemożliwiających Rozgrywkę).

Czy pominąłem coś w swoim amatorskim artykuliku? Piszcie śmiało!
 
I tak wiem, że nie napiszecie… -.-'

sobota, 18 stycznia 2014

ERASMUS LIFE #18

Kończymy przygodę z tym Campusem Panowie!
Cholera! To strasznie przyjemne uczucie żyć w takim pędzie. I mimo, że dramatycznie potrzebuję odpoczynku, to jest dobrze. Wiem, że jestem blisko leniwego bujania się na hamaku, w ogrodzie pełnym drzewek pomarańczy.

Stare zdjątko. Pizza z okazji pomyślnego zakończenia przygody z
Basic Turkish I / Niedawno poznałem wynik - 82%!!! :O
Wczoraj spałem trzy godziny. Ostatni egzamin, pierwszy raz wybrałem popularną w akademikach strategię ucz się noc przed. Przesiedzieliśmy z Kurdami od późnych godzin popołudniowych do piątej nad ranem, oglądając filmy i przygotowując odpowiedzi na Cinema in Society (gdyby nie Nerijus, który o ósmej chciał pożyczyć kartę na komunikację publiczną, niechybnie bym zaspał - plusy życia w akademiku, zawsze możesz liczyć na czyjąś pobudkę). Jak to zazwyczaj bywa, musiałem przejąć dowodzenie w komórce zadaniowej (zapewne nie ze względu na szczególnie duża charyzmę czy zdolności  interpersonalne, ale raczej przez żałosną niekompetencje, opieszałość i nieumiejętność dobrania odpowiednich środków do efektywnego osiągnięcia celu, którą reprezentuje większość grupowych towarzyszy, z którymi kiedykolwiek współpracowałem). Szkoda tylko, że oprócz managera rozdzielającego zadania jestem również najpracowitszym pachołkiem. Przyzwyczaiłem się jednak - większość chce tylko zaliczyć, JA chcę zaliczyć i być po tym wszystkim usatysfakcjonowany (bez podtekstu lub z podtekstem, w zależności od preferencji czytelnika). Ból, zmęczenie mijają, duma z dobrze wykonanej roboty - nie. Wygląda na to, że dobry student osiąga niezłe wyniki niezależnie od kraju, języka i systemu edukacji. To po prostu zasługa dodatkowych synaps, pochodna prawidłowej organizacji czasu, zdolność do łączenia kropek, budowania wieży i pewność siebie. Nazwij to jak chcesz: cyniczną agregacją korzyści, mentalnością klasy średniej, dobrowolnym stawaniem się systemowym trybikiem, ja widzę w tym sztukę. I jestem coraz lepszym artystą, czytaj: umiem budować bez klocków, łączyć bez kropek. A jeśli nie rozumiesz tego co napisałem, to znaczy że albo jestem idiotą albo wszystkich wyprzedzam. W obu przypadkach, odbiłem od średniej. Dawno temu.

Anadolu Efes VS Unicaja Málaga - nie uciekniecie od krótkiej fotorelacji..!
Panie asystencie, coś tu nie gra!
#SpodenkiWasilewskiego
No i najlepszy element widowiska - tańczące dupeczki!
Nie spodziewałem się takich cheerleaderek w Turcji. Niektóre ruchy
dziewcząt mogły być indykatorem nieczystych myśli (akurat ten układ
zakończył się bardzo grzecznie)
Kolekcjoner uniesień ze mnie. Ledwo żywy wyszedłem z egzaminu, (nie)pozałatwiałem papierkowej roboty, szykowałem się do pójścia w stronę parkingu, aż tu nagle widzę Fuata. Ciągnie na ping-ponga. Opieram się, ale dołączają do nas inne znajome mordeczki, więc uległem. I zagrałem swoje najlepsze sety w historii, bezlitośnie ogrywając współlokatora z Tajwanu. A skurczybyk jest piekielnie dobry technikiem. Gra z nim to wymagająca przyjemność - skróty, tąpnięcia, zmiany kierunków, precyzja uderzenia, agresywny podkręcony serw niziutko nad siatką... Magia! Nikt nie mógł stanąć mi dziś na drodze, po zakończonej sesji wychodzi wszystko. Relaks, luźny nadgarstek, odrobina fantazji, farta i (wspomniana już wcześniej) wewnętrzna pewność siebie. Szkoda tylko, że dość szybko się zmęczyłem, ale to pewnie przez stresujący poranek i chroniczne niewyspanie. Potem śmiechy, chichy i skończyła się najprzyjemniejsza tenisowa gra, jaką kiedykolwiek miałem przyjemność odbyć. Swoją drogą, skillsy z rakietką w dłoni poszły ładnie w górę!

Nasz ulubiony lokal, któremu nadaliśmy własną nazwę inside place
- tanio, smacznie, przyjaźnie! Złotoręki kucharz!
Jak pewnie zauważyliście, niezbyt trzymam się chronologii i piszę co mi ślina na język przyniesie. Dzieje się tak, kiedy wiele myśli krąży po głowie, a uczucie ekscytacji łączy się ze smutkiem. Nie byłbym szczególnie zrozpaczony, gdyby przyszło mi zostać tutaj kolejne pięć miesięcy. Większość naszej paczki opuszcza jednak Turcję, musiałbym się na nowo poznawać i aklimatyzować, za czym szczególnie nie przepadam. Może lepiej, że to już koniec. Wrócę na stare śmieci, zobaczę co się pozmieniało, poharatam z chłopakami w gałę jak za dawnych czasów. Łezka się w oku kręci, kiedy pomyślę, że nie obalimy już litewskiego likieru, nie przemycimy żadnej puszki podłego Efezu do akademiku. Na ten przykład: pisząc tego posta dostałem od Donga cieplutki zestawik z McDonalda. Ot tak, bo była promocja i o mnie pomyślał. Bezinteresownie, z zaskoczenia, czyli najlepszy wyraz sympatii jaki można sobie wymarzyć.

A jednak! Kryty Bazar - w poszukiwaniu suwenirów!
Z cyklu Informacje praktyczne - rzut oka na ceny kebabów
ja
Kościół św. Antoniego, Taksim - niedziela, 10:30 msza
po polsku. Chyba trza się przejść, poprosić o szczęśliwą
podróż i podziękować za łaski. To nie był zły czas,
to naprawdę nie był zły czas...
...i w środku
Żłobek przed Santa Maria Draperis - jeden z najstarszych kościołów
rzymsko-katolickich w Istanbule (1584)
Osman! Na pewno w Top3 najprzyjaźniejszych Turków
jakich poznałem! Przed bramą liceum na İstilkal Sokak
Wieża Galata malowniczo wciśnięta gdzieś pomiędzy
ciasne uliczki Istanbulu
Gezi Park. Tym razem ciche i przyjazne miejsce. Bez reakcjonistów.
AaAA!!11! We ha\/e FUNNN!!! xDD ;)) Krejzolki moje, muah! ;***
Pożegnania, pożegnania, męskie i żeńskie uściski. Jest to zrozumiałe i sprawia przyjemność, ale tylko w gronie tych najbliższych (np. kiedy ostatni raz ustawiłem się Osmanem, łezka w oku się zakręciła - nie obejrzymy w najbliższym czasie żadnego meczu naszych ukochanych drużyn). W niektórych przypadkach wylewne interakcje wydają się to odrobinę wymuszone i sztuczne. Kilka refleksji tego typu znajdzie się pewnie w jakiejś notce finałowej, więc nie będę się tutaj rozpisywał. Pewne jest jednak to, że ze sporą częścią osób nie zamienię w przyszłości ani słowa (włączając w to FB), z większością nie zobaczę się już nigdy. Zastanawiam się, po co mi to zatrzęsienie nowych, randomowych znajomych? Chyba pora na powolną eliminację najsłabszych ogniw... Koreę jednak odwiedzę, for sure!

Prezent od Hyoseoba - tęsknimy Wariacie! ;]
Rzucam garść zdjęć powyrywanych z kontekstu (a uwierzcie mi, jest z czego wybierać, tylko uploaduje się jak krew z nosa). Post ponownie pisany na pół gwizdka, więc przepraszam za błędy. Z czasem rzucę okiem, to wszystko poprawię. Przez jakiś czas będę nieobecny w wirtualnym świecie, bo lecę na Południe, gdzie nie będzie Internetu i (mam nadzieję) czeka mnie masa nowych, fascynujących przeżyć. Zaległości w blogowaniu nadrobię w Izmirze, gdzie zatrzymam się w hotelu o dość przyzwoitym standardzie. Resztka stypendium sama się przecież nie wyda, hello!
Czego nie tyka zmienia się w złoto! ;] 90% z jednej z najnudniejszych
(i niestety najdłuższych) prac pisemnych, które miałem okazję w ubiegłym
roku skrobnąć. Zamykamy ten rozdział! DEFINITYWNIE!
Pożegnalna kolacyjka z Kasımem (opiekunem szóstego piętra) 
w restauracji Ovalı
PS: Gdzie nowe komcie, przecież wiecie jak je uwielbiam!? ;)

Ostatni łyk, szybki prysznic, idę t-shirt włożyć,
Dzwonią, że nie będą już dłużej wódki mrozić!
                               ~Kubi, Byłaś kiedyś na Kubie?!

czwartek, 12 grudnia 2013

RECENZJA #18: Pas Oriona - Planet ANM/EljotSounds


Miałem zawiesić swoją działalność recenzenta na czas pobytu w Turcji. Muszę jednak zrobić wyjątek i skrobnąć parę słów o Pasie Oriona, tym bardziej że duet poważnie myśli już o kolejnej produkcji. Nie chciałbym za kilka miesięcy odgrzewać starego kotleta, a nie wyobrażam sobie nie przedstawić Wam tak istotnego krążka. Planet nie próżnuje - wielkimi krokami zbliża się płyta z Bonsonem (kiedyś Bonusem, nie mylić ze wschodzącą gwiazdą polskiej sceny; Pozdro 600!). Ależ to będzie stężenie truskulu, kanaliki łzowe gimnazjalistek mogą tego nie wytrzymać!

Dobra, koniec śmieszków. Zasady są proste - oceniam po kolei każdy kawałek, uwagę ogniskując na tekstach (można powiedzieć, że na tym znam się najlepiej). Bez zbędnej wazeliny, choć nie roszczę sobie prawa do obiektywności. Jestem bardzo nieobiektywny i wiecie co? Dobrze mi z tym. Ale najpierw scenka wprowadzająca... [jeśli Twój czas jest zbyt cenny opuść poniższy fragment fabularny]

Stambuł. Wieczór. Wracam styrany z komisariatu policji, po drugiej stronie miasta. Dużego miasta. Nie, nie mam kłopotów z prawem, po prostu wyrabiam pozwolenie na pobyt w kraju Atatürka. Standardowa procedura - długie kolejki, urzędnicza opieszałość i upierdliwość. Która to kłoda pod nogi rzucona emigrantom? Musiałem zmienić coś w życiu. Bierz menażkę i kajet, pisz baśnie i dramaty ale pędź w nieznane - te wersy zmotywowały mnie do wędrówki. Na szczęście w metrobusie znalazło się miejsce siedzące, więc ze spokojem mogę stworzyć jedność z moimi granatowymi słuchawkami Philipsa. Katuję standardowy secik: Garou, Grechuta, Te-Tris, no i oczywiście Planet. Nie słucham zbyt głośno, żeby spod przymkniętych powiek kontrolować sytuację wokół, nie stracić czujności. Wczoraj w nocy nie spałem, która to noc z rzędu? W końcu tyle się nasłuchałem o kieszonkowcach, fundamentalistach i łowcach turystów. Wiem, że nie pasuję zbytnio do tego obrazka. Moje oczy są zbyt niebieskie, a włosy zbyt jasne. Ot, ironia - Trzecia Rzesza przyjęłaby mnie jak syna. Ale nie Republika Turecka. Tutaj jestem obcy na wszystkich płaszczyznach, szczególnie kulturowej. W odbiciu szyby widzę, że niektórzy przyglądają mi się uważnie. A może to tylko moje paranoje? Ciche szepty, czy to nie dziwne? Wreszcie Hadımköy - moja stacja. Przedostatnia na trasie. Jak na złość zaczęło padać, co nie jest zbyt częste o tej porze roku. W kroplach deszczu widzę resztki ludzkich sumień. Na szczęście mam na sobie lekką kurtkę. Zarzucam kaptur. Śliskie, żelazne schody. Później kładka na której dzielnie mokną sprzedawcy tanich pasków, podróbek perfum, kiczowatych zabawek, jedzenia. W pośpiechu zasłaniają towary folią, niektórzy zwijają interes. Podejrzane typy, każdy jeden. Skórzane kurtki, mocno nasunięte czapki i złote zęby. Widoczność jest bardzo ograniczona, stukot deszczu potęguje napięcie. Z czasem będziesz obojętny, ale póki co to cierpisz, księżyc znowu w pełni. Szybkim krokiem schodzę po ostatnich schodach, mijam stację benzynową. Droga do celu tak cholernie się dłuży. Jeszcze tylko czmychnąć koło siedliska bezpańskich psów i... jestem w Başarı  Yurdu. Wymiana uprzejmości z ochroniarzem w recepcji i śmigam na szóste pięterko. Pieszo. Windy pracują tutaj bardzo kreatywnie. Wyłapuj sygnał, bo wciąż wisi nad miastem!

1. Pas Oriona
Przyzwoite otwarcie płyty, refren zaprasza do sprawdzenie całości. Tak się robi dobre introdukcje! Słusznie, że pierwsze dwie szesnastki nie są rozdzielone, bo przerywników byłoby zbyt dużo. Zabawa klasycznym motywem rap-prostytutka, została ujęta w nieszablonowy, Radkowy sposób. Na plus też patent ze słowami-kluczami rozpoczynającymi zwrotki. Najefektowniejszy wers? Ten z hasztagiem o Luxurii. I może czwórka o watasze kumpli. Nie łapię za to sensu z tymi separatystami. Smaczek dla spiskowców - zaczepka Mediuma?

2. Spal moje zdjęcia
Jeden z ulubionych numerów, ale chyba zbytnio osłuchał się w oryginalnej wersji przez co całość nie siedzi już tak dobrze (mimo, że Eljot przecież nie spieprzył). Sporo prawdy i o klęczących, i o spalonych mostach. Tekst posiada walory terapeutyczne, bo przecież każdy ma swoją Jekaterinę, której należy się kilka gorzkich słów, prawda?

3. Chiroptera
Tajemniczy, przemyślany numer z klimatycznymi filmowymi wstawkami i trzepotem błoniastych skrzydełek. Nie będę się tutaj pastwił nad ShIrukenami, brzmi to nawet swojsko. Ładna linijka z Gwiazdą Śmierci. Któż dzisiaj nie ma popapranych emocji? Masz tytanowy pancerz? Good 4 U. Nie wiem czy zapamiętam Oriona na zawsze, ale niektóre wersy cofam już od dłuższego czasu. Możecie być z siebie dumni - każdy jeden z Legionu.

4. Nie odchodzę (ft. Bonson, Ekonom)
Dobrze, że nie każdy producent uważa sample za pory, który należy posiekać przed wrzuceniem do sałatki. Moim zdaniem najlepszą zwrotkę machnął Ekonom, który jednak zinterpretował temat nieco inaczej niż towarzysze. Na szczęście pod koniec utworu szesnasteczkę ponownie rzucił Planet i zrehabilitował się za średnie pierwsze wejście (zgrabnie podsumowując świeższą część swojej twórczości, czym wsparł przedmówcę na bicie). Pułapka: obrażając Ziemian obrażamy wszystkich słuchaczy, także swoich. No i co ma oznaczać metafora zdmuchnąć ze zdjęć kurz? Odgrzebanie przeszłości? Bonson tym razem nie zachwycił.

5. Panie
Treściwy numer, Radek celnie wypunktował ludzkie wątpliwości w pierwszej zwrotce (może tylko za bardzo pojechał z tymi księżmi, nie dajmy się zastraszyć lewackiemu lobby! księża pedofile -tfu!- to promile!). Druga zwrotka to zamiana postawy roszczeniowej na prośby i podziękowania - zręcznie, bez Ablowskiego podlizywania się. I na koniec mamy zwieńczenie w postaci powtarzającego się monologu do Pana. Plus klasyczne wersy o Jekaterinie. Niezła metafora zimnej kawy. Tylko jedno zastrzeżenie: ja rozumiem, że każdy chciałby mieć featka z Bogusiem Lindą, ale nie pasuje mi to tutaj za bardzo. Albo wywalić EKG. Coś za coś, za dużo ozdobników.

6. Nie rozmawiaj z duchami (ft. Bogu Bogdan, Quebonafide)
Quebonafide i Bogu Bogdan zjedli. Zarówno od strony flow, świeżości tekstu i dynamicznych podbić. Kosmiczne follow-upy Queby. Aż żal, że Planet nie podszedł do tego utworu tak niekonwencjonalnie jak goście, a przecież potrafi (patrz: Baśka czy Kozak na zapięcie). Krążkowi wyszłoby to na dobre. Gałęzie na drzewach nie zetną mi skrzydeł - czyżby to o Smoleńsku? ;> No i wspomnieć trzeba, że aranżacja beatu mistrzowska.

7. Tańcząc w ciemnościach
Kandydat do hymnu samotników, domatorów i nocnych pisarczyków. Kolejny świetny hook na refrenie i uczta dla uszu na zakończenie utworu. Planet to wytrawny nocny tancerz! Nie tykać mu słuchu! I prawdę mówiąc tylko tyle możemy powiedzieć o tym traczku, oprócz beatu nic nie jest wielkim zaskoczeniem. Może tylko to, że dowiadujemy się, że autor nie mówi NIE jeśli chodzi o ślub z Jekateriną...

8. Potrafię latać (ft. Rahim)
Nagroda za najweselszą zwrotkę trafia do Rahima. Wraz z nagrodą za największe niewpasowanie się w klimat krążka. Na Pasie Oriona nie można być tak szczęśliwym. I rymy takie... niby poprawne, ale jakby tworzone na siłę. No sorry, jak dla mnie najsłabsza zwrotka na krążku, głównie przez opowieść o zbyt poukładanym życiu. Może przemawia przeze mnie zazdrość? Planet poprawnie. Ciekawe tylko kim jest tajemniczy ktoś występujący obok Brata.

9. Potrzebuję tego
Świetne muzyczne wprowadzenie. Idealny, plastyczny obraz umęczonego rapera na pogorzelisku, gdzieś pośrodku szarych blokowisk. I ta postać Majstra od grzejników w refrenie - genialna, sam nie wiem dlaczego. Dramatyczne, krzyczane podbicia na plus! Najlepszy dystych? Nie byłem sobą albo może to właśnie byłem ja. I może to właśnie tamte noce tak mi odmieniły świat. I Hank Moody się pojawił, dobrze, bardzo dobrze.

10. Gdy opadnie popiół (ft. Devoice)
Wreszcie track niosący nadzieję, ale w nienachlany, niecodzienny sposób. Nie ma tutaj pieprzenia typu weź się w garść, a wszystko się ułoży. Po wybuchu wulkanu potrzeba czasu, żeby sytuacja wróciła do normy, żeby popiół opadł. Dinozaury odpadną, małe ssaki przetrwają. I ten kojący, kobiecy refren uzupełniany refrenową prawie-recytacją Planeta. Bez ściemy - zapętlałem ten kawałek w chwilach, kiedy było najciężej. Podprogowo czuć jednak pazur i pewność siebie rapera - nie ta to inna, wjedzie z butem Orion. Najlepszy utwór na płycie.

11. Lucid dream (ft. Dj Krug)
Bardzo osobiście. Chyba każda ważniejsza płyta musi zawierać utwór taki jak ten - autobiograficzną sagę. Mamy tutaj dobrze wyważoną mieszankę problemów alkoholowych, wspomnień ze znajomkami (wymienionymi z ksywek) i kobietami (nie wymienionymi), a także autorski przegląd dokonań aż do wkroczenia w szeregi Aptaun Records. Całość ładnie współgra z klasycznymi skreczykami Dj Kruga. Uwielbiam początek: czy to jest jeszcze moje życie, czy już storytelling? W ogóle cała pierwsza zwroteczka spójna, ale się nie utożsamiam.

12. 96
Bartek dla Planeta to chyba taki Proof dla Eminema (oczywiście z poprawką, że w tej pierwszej historii nie ma gunów). Osią napędową zwrotek jest motyw co by było gdyby. Dobrze wplecione wątki biograficzne o Elektryku i chłopaku co chciał skakać z okna, bo matma była za ciężka. Jakie to się wydaje szczeniackie. Ale o co chodzi z tą łapą upierdoloną w sznyty? Mam nadzieję, że się nie ciąłeś Radek, nie przystoi! Też pamiętam styropianowe myśliwce. I ten smutek, kiedy otwierając pierwszego uszkodziłem kadłub :C Jaśminowa herba oddziałuje na emocje, tak jak Majster, choć trudno wyjaśnić dlaczego. Po prostu fajnie brzmi.

13. Wyżej
Nie było wcale ciężko dojść do końca albumu! Planet wspomina tutaj o wszystkich utworach na płycie, co jest zawsze fajnym patentem na outro. Ciekaw jestem czy naprawdę zmienisz grę. Nie sądzę. Będziesz po prostu jej silnym ogniwem. Kolejna solowa płyta ma bardzo wysoko zawieszoną poprzeczkę, obyś to udźwignął! Pokręcone to trochę - wiara, tańce w ciemnościach, melanże, ostry sprzeciw wobec ślubu (rozumiem, że za wyjątkiem tego z Jekateriną). Ale dobrze, nie chcemy tutaj świętoszków i jednowymiarowców.

14. Spal moje zdjęcia (REMIX, ft. ZdunO)
Ooo tak, ten bicik tutaj pasuje jak ulał! Ciekawa sytuacja z oceną gościnnej zwrotki. Na początku byłem bardzo sceptyczny... ot, trochę bluzgów i gniewu, ale po kilkukrotnym przesłuchaniu polubiłem tę szesnastkę. Słyszysz? Nie każ mi żebym krzyknął. Zaraz, jesteś tego pewna? Spie#dalaj! Co za nieprzewidywalny wordplay! Tak, ZdunO ma zdecydowanie coś więcej niż tylko zeza! Sauron!

15. Ku rozwidleniu rzeki (prod. Matek)
Jeden utwór, a mamy w nim zawarty cały wachlarz uczuć i zachowań migrantów! Tęsknota, chęć zarobku, zapomnienie o prawdziwej ojczyźnie, szukanie ukojenia w procentach. Krótka wstawka o Agnes to liryczny majstersztyk. I jaki ładny refren! Babilon, drzewo szczęścia - mało kto potrafi tak pięknie tańczyć na granicy realizmu i patosu! Rozwidlenie rzeki jak Nil, urbanistyczny plan niczym Piramidy w Gizie... Aż żal, że nie pochodzi się ze Szczecina!

16. Lot nad kukułczym gniazdem (prod. Foux)
Jak Radek wyciągnął falset w tym chwytliwym refrenie? Nikt nie wie... Kawałek kojarzy mi się z mały hymnem śniących o potędze. Niektóre linijki (jak dla mnie) nieśmiertelne: Marzą mi się Fiordy, chociaż nigdy tam nie byłem. Nie byliśmy. czy Daj mi klucz do tej klatki, w której siedzę od lat, w której siedzę co dnia, ch#j że to gniazdo orła. Nawoływanie i bronienie się przed McMurphym sprawia, że utwór jest odrobinę creepy, coś jak Chiroptera! Oj Radek, żebyś tylko nam nie odpłynął w życiu jak w tekstach!

Szybkie podsumowanie, bo i tak już popłynęliśmy z długością tego postu (pewnie niewielu zacznie czytać, a nieliczni doczytają do końca). Płyta raczej smutna, refleksyjna. Podmiot liryczny nie stroni od kobiet, procentów i swoje przeżył. Zdaje się być równym chłopem obdarzonym ponadprzeciętną wrażliwością. Z utworów możemy wydedukować, że ceni sobie lojalność i oddanie. Delikatny powiew świeżości na scenie, głównie ze względu na ciekawe, odrobinę poetyckie teksty, dojrzały, "niestudencki" styl i specyficzny tembr głosu. Za teksty daję 4.5/5, bo czasem przydałby się jakiś mocniejszy punch ;)

PS: Wiem, że EljotSounds zasłużył na dużo więcej uwagi w tym tekście, ale że jestem głuchy jak pień i nie chcę ośmieszać się swoją wiedzą na temat podkładów, ograniczyłem się jedynie do kilku drobnych uwag. Trzeba jednak powiedzieć, że dał z siebie wiele. Jest beatmakerem o ukształtowanym stylu i guście. Moim zdaniem Radek ma niesamowite szczęście, że nawiązał tę kolaborację.

To moja pierwsza recenzja muzyczna. Zostaw mi jakiś konstruktywny komentarz! 5!

Edit: Wymyśliłem też, że będę podsyłał każdą recenzję do artystów z prośbą o krótki komentarz, po czym umieszczę go pod recenzją.