Pokazywanie postów oznaczonych etykietą refleksja. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą refleksja. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 6 stycznia 2015

REFLEKSJA #16: Hobbit: Bitwa Pięciu Armii


Hobbit: Bitwa Pięciu Armii. Tym razem nie recenzja, a kilka otwartych pytań i refleksji po kinowym seansie. Jeżeli jeszcze nie widział(a/e)ś filmu, a zamierzasz go obejrzeć, to lepiej nie czytaj tego wpisu. Niepotrzebnie pospoileruję. I to w najgorszy możliwy sposób, wymądrzając się i wyśmiewając absurdki.

Czy wiecie, że dzieciak i cięciwa zepsutego łuku mogą posłużyć za świetną balistę?

Czy wiecie, że siejący zniszczenie smok, mimo parokrotnego okrążenia miasta, nie potrąci ogonem, ni skrzydełkiem najwyższej wieży w mieście, jedynego punktu, z którego można go precyzyjnie zaatakować? I dlaczego gad jest taki niemądry, żeby pisać z potencjalnymi ofiarami dialogi dramatyczne, dając im czas na MacGyverowe sztuczki?

A jeśli nawet smok potrąci wieżę, to bohaterowie będący na szczycie, jak gdyby nigdy nic, wpadną do wody, w której na szczęście nie było żadnych belek czy innych twardych elementów, które zdarza się znaleźć w obracających się w ruinę miastach!

Czy ktoś, kto właśnie pokonał smoka i jest najszlachetniejszym obywatelem, może zachować tak dalece posuniętą skromność, żeby unikać wyboru na naturalnego sukcesora Miasta na Jeziorze i nawet szeroko się nie uśmiechnąć?

Czy naprawdę trzeba było powierzać wszystkie w miarę odpowiedzialne zadania jakiemuś tchórzliwemu wymoczkowi?

Jak przekonać Ziemożerców do wydrążenia tuneli metra? A jeśli już mamy ich pod dowództwem, to dlaczego nie wykorzystać ich do podkopania pozycji nieprzyjaciela?

Czy wiecie, że Legolas jest swego rodzaju superbohaterem, który wykorzystuje takie tricki jak: lot nietoperzem, przejęcie kontroli nad górskim trollem, akrobatyczne przeskoki po spadających w przepaść kamieniach czy zabójczy rzut mieczem z kilkudziesięciu metrów?

Wiecie, że 13 krasnoludów (w tym jeden staruszek) może przesądzić o wyniku potężnej batalii? No dobra, był tam Thorin Dębowa Tarcza, który mógł zapewnić premię do morale, ale mimo wszystko...

Dlaczego elfi łucznicy są tak skorzy do walki bronią białą, skoro mogliby wypuszczać całe grady strzał?

Czy garstka wystraszonych, kiepsko uzbrojonych rozbitków z Miasta na Jeziorze stanowi realną siłę militarną i należy umieszczać ją w środku formacji? No chyba, że to fortel na wpuszczenie przeciwnika w półokrąg, a ludzie mają być tylko mięskiem do wybicia...

Czy wiecie, że żeby zabić  (względnie ogłuszyć) orka, wystarczy celny rzut kamieniem zwyczajnego nizołka?

Czy wiecie jak okiełznać wyjątkowo sprawną kozicę górską i zrobić sobie z niej bojowego rumaka? Ale tu się nie czepiajmy, może to stare krasnoludzkie metody, a wyglądało to bardzo efektownie.

Czy wiecie, że głowy niektórych krasnoludów są tak twarde, że można nimi ogłuszyć orka w hełmie i porządnym pancerzu?

Czy po pokonaniu arcytrudnego przeciwnika nie należy niezwłocznie zejść z pękającego lodu, a nie stać na nim przez dłuższą chwilę i kontemplować pojedynek?

No i na sam koniec: po co wystawiać wielotysięczne armie, skoro można poprosić o pomoc olbrzymie orły i bestie, które i tak zawsze doprowadzają sprawy do końca?

Uprzedzając ewentualny ból dupci przypadkowych internautów: nie oczekuję od uniwersum Fantasy żadnej realności, po prostu miejscami przecierałem oczy ze zdumienia. Bo chyba pewne fasady zdrowego rozsądku, minimum spójności świata i prawa grawitacji wciąż obowiązują, prawda? ;)

Znaleźliście jeszcze jakieś dziwactwa, które pominąłem? Nie robiłem notatek w czasie filmu, a pomysł na tekst wpadł mi do głowy kilka godzin później, więc sami rozumiecie - coś mogłem pominąć...

PS: I tak, Trzeci Hobbit mi się podobał, bawiłem się świetnie, wybrałem seans 3D z napisami. Słowa Thorina na łożu śmierci to bardzo cenna życiowa rada!

sobota, 23 sierpnia 2014

REFLEKSJA #12: Schematyczność i powtarzalność...

Routine Gate #1: We are watching you! Stay calm and respect the Law!

Rutyna i powtarzalność. Wrogowie, a może sprzymierzeńcy?

Pracując wciąż w tym samym miejscu z nudów zacząłem wnikliwie obserwować otoczenie. Ci sami ludzie mijają mój przyczółek o tej samej porze. Niosą podobne siatki z podobnymi produktami. Odprowadzają te same dzieci z lub do szkół. Nawet rozmawiają na podobne tematy. Ekspedientka piekarni wychodzi na papierosa, kioskarz wychodzi na papierosa, kierowcy bluzgają i wychodzą na papierosa, bajerują ekspedientkę. Ja mam ciągle te same obowiązki, ludzie zadają mi łudząco podobne pytania, mają identyczne problemy. Śmieci wysypują się z wiecznie przepełnionych koszów, okoliczna żulernia zbiera niedopalone pety, co bezustannie napawa mnie smutkiem i prowadzi do refleksji na temat granic godności istoty ludzkiej. Czarno-białe ksero rzeczywistości. Jak żyć Panie Kreatorze, jak żyć?

Routine Gate #2: Pay for everything! It shouldn't be a Jungle!
Money make you strong, not your muscles.

Nawet to, że raz w tygodniu staram się wrzucić notkę na bloga jest przewidywalne i schematyczne. Ratuje mnie fakt, że zmieniam tematykę. Chociaż nie do końca, zazwyczaj dostarczam Wam nostalgicznego hamburgera, ale strasznie podoba mi się taka stylistyka wpisów. Leży to mojej naturze. No i teoretycznie powinienem stawać się lepszym blogerem, tj. coraz precyzyjniej umieć przekuwać swoje myśli na ekran komputera. A przecież nie mogę zapominać o swoim największym marzeniu z gatunku być, a więc o przepoczwarzeniu się pewnego dnia w pełnokrwistego, szanowanego pisarza. Blog mnie uspokaja, bo nawet jak nie piszę dłuższej formy, to regularnie szlifuję warsztat i szybko zbieram niedojrzałe owoce swojego trudu - wyświetlenia i przeczytania, które niesamowicie cieszą i dostarczają satysfakcji. Najbardziej radują mnie komentarze, ale na to mam nadzieje też kiedyś przyjdzie czas. Suma Sumarum, powtarzalność wiedzie nas ku doskonałości. Na przykład: chodzisz co niedziela do kościoła plus konsekwentnie przestrzegasz przykazań = RAJ.

Routine Gate #3: Eat for survive, you cannot die if you are paying taxes!
You are the ownership of the state, suicide is forbidden!

Ale czasem ciężko zmusić się do interacji (łac. iteratio – powtarzanie). Człowiek chce co chwila doświadczać czegoś nowego, świeżego, czego nigdy wcześniej nie przeżył. Zdecydowanie wybieram zmiany jakościowe, nie ilościowe. Cel to zapuścić korzenie głębiej, nie na większym obszarze. I nakarmić receptory do syta.

To prawie pewne, że wypadnie mi krótki, wrześniowy wyjazd nad morze. Ludzie cały rok czekają na urlop, co sprawia, że staje się to kolejnym elementem układanki powtarzalności. Ale mam nadzieję, że TA podróż będzie niezapomniana i bezprecedensowa. Zapuścić głębiej korzenie, stworzyć unikalny algorytm...

Non-routine gate #404: Won in a competition. Emergency: that makes you
unequal to the rest of society. You could be more talented than others,
we must observe you more carefully!

Pochwalę się też, jakiś czas temu wygrałem konkurs organizowany przez wizuale.com. Chodziło o zabawne uzupełnienie komiksowego kadru z Białego Orła. W czwartek dotarła do mnie paczka laureata. Miła odmiana w monotonnym życiu, dzięki Kmiołek Brothers and Company! Ludzie lubią rywalizować, wygrywać, dostawać coś od życia. Trzeba grać, żeby wygrać. Banał.

Wiele w naszym życiu może zależeć od jednej gry słownej, czytaj: dialogu. Wyobraźmy sobie dwie sytuacje:

SCENA 1:
A: Można Pani w czymś pomóc, doradzić?
B: Nie, dziękuję... Umiem czytać!
(aktor A odchodzi zgaszony bez słowa)

SCENA 2:
A: Można Pani w czymś pomóc, doradzić?
B: Nie, dziękuję. Udaję, że czytam.
A: Zawsze przyjemniej z kimś porozmawiać, także proszę śmiało pytać, od tego tu jestem!
B: A wie Pan co, jak już Pan tu stoi to mam jednak jedno pytanie!
A: Słucham!
B: [...]
(między aktorem A i aktorem B wywiązuje się dłuższa rozmowa)

Czujecie różnicę i ewentualne dalekosiężne konsekwencje obu scen? Ja czuję...

Ale jeśli płynie prąd, każdy kabel ma dwie strony,
nie ważne kim jesteś, skąd... Proszę, pozostań świadomy!
                                               ~Kosa, Proszę mi klaskać

sobota, 18 stycznia 2014

ERASMUS LIFE #18

Kończymy przygodę z tym Campusem Panowie!
Cholera! To strasznie przyjemne uczucie żyć w takim pędzie. I mimo, że dramatycznie potrzebuję odpoczynku, to jest dobrze. Wiem, że jestem blisko leniwego bujania się na hamaku, w ogrodzie pełnym drzewek pomarańczy.

Stare zdjątko. Pizza z okazji pomyślnego zakończenia przygody z
Basic Turkish I / Niedawno poznałem wynik - 82%!!! :O
Wczoraj spałem trzy godziny. Ostatni egzamin, pierwszy raz wybrałem popularną w akademikach strategię ucz się noc przed. Przesiedzieliśmy z Kurdami od późnych godzin popołudniowych do piątej nad ranem, oglądając filmy i przygotowując odpowiedzi na Cinema in Society (gdyby nie Nerijus, który o ósmej chciał pożyczyć kartę na komunikację publiczną, niechybnie bym zaspał - plusy życia w akademiku, zawsze możesz liczyć na czyjąś pobudkę). Jak to zazwyczaj bywa, musiałem przejąć dowodzenie w komórce zadaniowej (zapewne nie ze względu na szczególnie duża charyzmę czy zdolności  interpersonalne, ale raczej przez żałosną niekompetencje, opieszałość i nieumiejętność dobrania odpowiednich środków do efektywnego osiągnięcia celu, którą reprezentuje większość grupowych towarzyszy, z którymi kiedykolwiek współpracowałem). Szkoda tylko, że oprócz managera rozdzielającego zadania jestem również najpracowitszym pachołkiem. Przyzwyczaiłem się jednak - większość chce tylko zaliczyć, JA chcę zaliczyć i być po tym wszystkim usatysfakcjonowany (bez podtekstu lub z podtekstem, w zależności od preferencji czytelnika). Ból, zmęczenie mijają, duma z dobrze wykonanej roboty - nie. Wygląda na to, że dobry student osiąga niezłe wyniki niezależnie od kraju, języka i systemu edukacji. To po prostu zasługa dodatkowych synaps, pochodna prawidłowej organizacji czasu, zdolność do łączenia kropek, budowania wieży i pewność siebie. Nazwij to jak chcesz: cyniczną agregacją korzyści, mentalnością klasy średniej, dobrowolnym stawaniem się systemowym trybikiem, ja widzę w tym sztukę. I jestem coraz lepszym artystą, czytaj: umiem budować bez klocków, łączyć bez kropek. A jeśli nie rozumiesz tego co napisałem, to znaczy że albo jestem idiotą albo wszystkich wyprzedzam. W obu przypadkach, odbiłem od średniej. Dawno temu.

Anadolu Efes VS Unicaja Málaga - nie uciekniecie od krótkiej fotorelacji..!
Panie asystencie, coś tu nie gra!
#SpodenkiWasilewskiego
No i najlepszy element widowiska - tańczące dupeczki!
Nie spodziewałem się takich cheerleaderek w Turcji. Niektóre ruchy
dziewcząt mogły być indykatorem nieczystych myśli (akurat ten układ
zakończył się bardzo grzecznie)
Kolekcjoner uniesień ze mnie. Ledwo żywy wyszedłem z egzaminu, (nie)pozałatwiałem papierkowej roboty, szykowałem się do pójścia w stronę parkingu, aż tu nagle widzę Fuata. Ciągnie na ping-ponga. Opieram się, ale dołączają do nas inne znajome mordeczki, więc uległem. I zagrałem swoje najlepsze sety w historii, bezlitośnie ogrywając współlokatora z Tajwanu. A skurczybyk jest piekielnie dobry technikiem. Gra z nim to wymagająca przyjemność - skróty, tąpnięcia, zmiany kierunków, precyzja uderzenia, agresywny podkręcony serw niziutko nad siatką... Magia! Nikt nie mógł stanąć mi dziś na drodze, po zakończonej sesji wychodzi wszystko. Relaks, luźny nadgarstek, odrobina fantazji, farta i (wspomniana już wcześniej) wewnętrzna pewność siebie. Szkoda tylko, że dość szybko się zmęczyłem, ale to pewnie przez stresujący poranek i chroniczne niewyspanie. Potem śmiechy, chichy i skończyła się najprzyjemniejsza tenisowa gra, jaką kiedykolwiek miałem przyjemność odbyć. Swoją drogą, skillsy z rakietką w dłoni poszły ładnie w górę!

Nasz ulubiony lokal, któremu nadaliśmy własną nazwę inside place
- tanio, smacznie, przyjaźnie! Złotoręki kucharz!
Jak pewnie zauważyliście, niezbyt trzymam się chronologii i piszę co mi ślina na język przyniesie. Dzieje się tak, kiedy wiele myśli krąży po głowie, a uczucie ekscytacji łączy się ze smutkiem. Nie byłbym szczególnie zrozpaczony, gdyby przyszło mi zostać tutaj kolejne pięć miesięcy. Większość naszej paczki opuszcza jednak Turcję, musiałbym się na nowo poznawać i aklimatyzować, za czym szczególnie nie przepadam. Może lepiej, że to już koniec. Wrócę na stare śmieci, zobaczę co się pozmieniało, poharatam z chłopakami w gałę jak za dawnych czasów. Łezka się w oku kręci, kiedy pomyślę, że nie obalimy już litewskiego likieru, nie przemycimy żadnej puszki podłego Efezu do akademiku. Na ten przykład: pisząc tego posta dostałem od Donga cieplutki zestawik z McDonalda. Ot tak, bo była promocja i o mnie pomyślał. Bezinteresownie, z zaskoczenia, czyli najlepszy wyraz sympatii jaki można sobie wymarzyć.

A jednak! Kryty Bazar - w poszukiwaniu suwenirów!
Z cyklu Informacje praktyczne - rzut oka na ceny kebabów
ja
Kościół św. Antoniego, Taksim - niedziela, 10:30 msza
po polsku. Chyba trza się przejść, poprosić o szczęśliwą
podróż i podziękować za łaski. To nie był zły czas,
to naprawdę nie był zły czas...
...i w środku
Żłobek przed Santa Maria Draperis - jeden z najstarszych kościołów
rzymsko-katolickich w Istanbule (1584)
Osman! Na pewno w Top3 najprzyjaźniejszych Turków
jakich poznałem! Przed bramą liceum na İstilkal Sokak
Wieża Galata malowniczo wciśnięta gdzieś pomiędzy
ciasne uliczki Istanbulu
Gezi Park. Tym razem ciche i przyjazne miejsce. Bez reakcjonistów.
AaAA!!11! We ha\/e FUNNN!!! xDD ;)) Krejzolki moje, muah! ;***
Pożegnania, pożegnania, męskie i żeńskie uściski. Jest to zrozumiałe i sprawia przyjemność, ale tylko w gronie tych najbliższych (np. kiedy ostatni raz ustawiłem się Osmanem, łezka w oku się zakręciła - nie obejrzymy w najbliższym czasie żadnego meczu naszych ukochanych drużyn). W niektórych przypadkach wylewne interakcje wydają się to odrobinę wymuszone i sztuczne. Kilka refleksji tego typu znajdzie się pewnie w jakiejś notce finałowej, więc nie będę się tutaj rozpisywał. Pewne jest jednak to, że ze sporą częścią osób nie zamienię w przyszłości ani słowa (włączając w to FB), z większością nie zobaczę się już nigdy. Zastanawiam się, po co mi to zatrzęsienie nowych, randomowych znajomych? Chyba pora na powolną eliminację najsłabszych ogniw... Koreę jednak odwiedzę, for sure!

Prezent od Hyoseoba - tęsknimy Wariacie! ;]
Rzucam garść zdjęć powyrywanych z kontekstu (a uwierzcie mi, jest z czego wybierać, tylko uploaduje się jak krew z nosa). Post ponownie pisany na pół gwizdka, więc przepraszam za błędy. Z czasem rzucę okiem, to wszystko poprawię. Przez jakiś czas będę nieobecny w wirtualnym świecie, bo lecę na Południe, gdzie nie będzie Internetu i (mam nadzieję) czeka mnie masa nowych, fascynujących przeżyć. Zaległości w blogowaniu nadrobię w Izmirze, gdzie zatrzymam się w hotelu o dość przyzwoitym standardzie. Resztka stypendium sama się przecież nie wyda, hello!
Czego nie tyka zmienia się w złoto! ;] 90% z jednej z najnudniejszych
(i niestety najdłuższych) prac pisemnych, które miałem okazję w ubiegłym
roku skrobnąć. Zamykamy ten rozdział! DEFINITYWNIE!
Pożegnalna kolacyjka z Kasımem (opiekunem szóstego piętra) 
w restauracji Ovalı
PS: Gdzie nowe komcie, przecież wiecie jak je uwielbiam!? ;)

Ostatni łyk, szybki prysznic, idę t-shirt włożyć,
Dzwonią, że nie będą już dłużej wódki mrozić!
                               ~Kubi, Byłaś kiedyś na Kubie?!

sobota, 12 października 2013

ERASMUS LIFE #6

Frontman zespołu Beşinci Mevsim
Minął kolejny tydzień. Chyba najciekawszym wydarzeniem był poniedziałkowy koncert rockowy. Moim towarzyszem był Koreańczyk Hyoseob Seo, który rzutem na taśmę zdecydował się wziąć udział w tym przedsięwzięciu. Zabawne - uczyniliśmy ten koncert międzynarodowym. Wiadomo, że byłoby o niebo lepiej, gdybyśmy rozumieli teksty piosenek, ale moc instrumentów (i dobre nagłośnienie) i tak uczyniły ten wieczór bardzo miłym. Repertuar Beşinci Mevsim (co po polsku znaczy Piąta Pora Roku) był urozmaicony i melodyjny. Po koncercie poznaliśmy kilku nowych Turków. Coraz częściej łapię się na tym, że ktoś do mnie podchodzi, wita się wylewnie, a ja nie kojarzę człowieka. Nie mówiąc już o zapamiętywaniu imion... Dramat!

W jednym z utworów gościnnie wystąpiła... absolwentka, matematyczka,
zapomniałem imienia :C
Bodajże we wtorek mieliśmy drugie "spotkanie piętra". Polega to mniej więcej na tym, że schodzimy się do naszego saloniku, każdy mówi kilka informacji o sobie, pijemy herbatę i spożywamy ciasto lub (tym razem) małe eklerki. Po części zapoznawczej był czas na podzielenie się swoimi planami na Bayram (Święto Ofiarowania) i czytanie moralizatorskiej opowiastki. Powiedzonko siedzieć jak na tureckim kazaniu nabiera tutaj właściwego sensu. No i warto dodać, że z okazji świąt cały przyszły tydzień jest wolny od zajęć. Na ten czas mam zaplanowane kilka ciekawych aktywności, ale nie chcę się na razie z niczym zdradzać, żeby nie psuć niespodzianki. Poza tym macie czytać mojego bloga regularnie!!! ;)

Stołówka w akademiku. W ramach pracy zaliczeniowej na Social policy
mam za zadanie uczynić to miejsce bardziej przyjaznym dla niepełnosprawnych.
On jeszcze nie umie obliczać prawdopodobieństwa...
Jestem tu już na tyle długo, że powoli zaczynam konstruować pewne refleksje na temat życia codziennego. Niesłychanie fascynująca wydaje mi się zderzenie tradycji z nowoczesnością, albo inaczej: europejskości ze światem Islamu. Wchodzę sobie na przykład do takiego centrum handlowego, żeby zjeść solidnego, ociekającego tłuszczem hamburgera w Burger Kingu, a w środku olbrzymia scena i kupa ludzi na występie jakiejś pop gwiazdki. Wychodzę więc z zatłoczonego budynku i co słyszę? Nawoływanie muezzina do wieczornej modlitwy z pobliskiego meczetu. Albo inny przykład: jedziemy sobie autobusem na uczelnię. Jeden ze studentów czyta kieszonkowe wydanie Tafsiru (komentarz koraniczny), inny słucha muzyki ze swojego smartfona. Równie ciekawe jest zachowanie tej części dziewczyn, które okrywają się Burkami (lub przynajmniej chustami i długimi płaszczami), używając jednocześnie tuszów do rzęs, tuszów do powiek, maskar i nie wiem czego tam jeszcze. W każdym razie ich twarze wyglądają jak twarze polskich studentek. Czy to się nie wyklucza? Rozumiem oczywiście ideę szczelnego zakrywania ciała przez kobiety (wszystko co najcenniejsze Allah ukrył przed wzrokiem ludzi - złoto w ziemi, perły na dnie oceanów, podobnie winno być z kobietą, która jest skarbem jednego mężczyzny), ale czy wyrazisty make-up nie jest przypadkiem podkreśleniem swoich wdzięków? Nie jest to zachowanie podyktowane chęcią podobania się płci przeciwnej? Oczywiście dziewczyny zaraz zaczną przekrzykiwać się nawzajem, że robią makijaż, żeby podobać się samej sobie i czuć się komfortowo. Ja tam jednak wierzę bardziej założeniom socjobiologii... Z drugiej jednak strony, może nie chcą odstawać od koleżanek, które nie noszą chust i malują twarze? Trudna sprawa. Przyznam jednak, że wizja mojej żony, szczelnie zakrywającej ciało przed wzrokiem obcych, wydaje się romantyczna i odrobinę pociągająca. If you strip me, what would you find? (Natasha Bedingfield)

Ulubione centrum handlowe (bo najbliższe...)
Prawdopodobnie pierwsza rzecz z Ghany, którą jadłem.
Forma podziękowania pewnego sympatycznego Afroamerykanina
za pokazanie strony www.mecze24.pl :D 
Z innych obserwacji - teoria koloru tęczówek wydaje mi się teraz bardzo trafiona. W skrócie (dla nie-socjologów) chodzi o to, że nacje, których oczy mają ciemniejsze barwy dążą do bardziej cielesnej formy interakcji (punkt na którym skupiona jest uwaga źrenicy nie jest tak oczywisty jak w przypadku jasnych kolorów tęczówki, należy więc dotknąć interlokutora). Teraz przyzwyczaiłem się już do tego, że spóźniony na wykład Murat kładzie mi rękę na wewnętrznej stronie uda w ramach cichego powitania (z Muratem wszystko jednak w porządku, poznałem jego dziewczynę). Lub, że koledzy z akademika przytulają się na dzień dobry i pieszczotliwie łapią za głowy podczas rozmów. Powiem więcej, od czasu do czasu staram się klepnąć znajomego w ramię czy kolano. Ot tak, żeby nie wyjść na chłodnego, chcącego zachować dystans Europejczyka.

Także tego... Dyskutujmy!
W sobotę po śniadaniu wybraliśmy się na gokarty. Właściwie były to rozgrywki międzynarodowe na szczeblu amatorskim. Było całkiem przyjemnie, niestety moje czasy na okrążeniach nie należały do ścisłej czołówki. Wolałem jednak zdjąć nogę z gazu niż czekać na marudnego opiekuna toru, który popchnie i przywróci moją gablotę na właściwy tor.

Chwała Niebiosom za globalizację! :) Nurtuje mnie pytanie
- czy w Polsce jest Milka pistacjowa?
I jedno stare zdjęcie, bo dzisiaj było mnie mało!
Hagia Sofia - Sarkofag Cesarzowej.
PS: Ostatnio często słucham 'Eklektyki' Quebonafide. Parafrazując jeden z wersów utworu Codzienność: ciepłe kebaby i mecze tureckiej ligi :D