sobota, 7 marca 2015

RECENZJA #65: OlliOlli2: Welcome in Olliwood (PS4)


Zakochałem się w OlliOlli2: Welcome to Olliwood. Nie obiecywałem sobie zbyt dużo po marcowej ofercie PlayStation Plus, a tu proszę - niewielka gierka od niezależnego londyńskiego studyjka roll7 sprawiła mi niesłychanie dużo frajdy. I choć wiem, że nigdy nie zaliczę nawet połowy gry, to chce mi się wykonać kolejnego perfekcyjnego grinda na poręczy. Oj chce!

Minimalistyczne, dwuwymiarowe gry zręcznościowa typu crossfader przeżywają ostatnio istny renesans! Po ciepło przyjętym The Swapper i ambitnym Apotheon mamy kolejny indykowy tytuł w ramach płatnego abonamentu. No dobra, prawdopodobnie popyt jest sztucznie kreowany, bo na PS4 nie ma jeszcze zbyt dużo gier, które można by opłacalnie opchnąć. Trochę zazdrość zżera, kiedy przyjrzymy się co w tym samym czasie dostają posiadacze konsol starej generacji, bo nie oszukujmy się - OlliOlli bardziej nadaję się pod PS Vita... Oby sytuacja w przyszłości się polepszyła!

Co mnie jednak urzekło w OlliOlli2 i sprawiło, że nie chcę przesadnie psioczyć na marcowy set? Słodka, cukierkowa grafika. Dwa tryby rozgrywki (plus treningowy skatepark) wypełnione dodatkowymi celami. Wysoki poziom trudności i szatańska pomysłowość autorów, żeby dostarczać graczowi niewiarygodnie wymagające plansze, które na końcowych poziomach nie wybaczają żadnego błędu. Świetna, nieinwazyjna muzyka w tle (nieliczne motywy odblokowujemy po przejściu pełnego cyklu plansz w danej stylistyce; basowy dubstep wywołuje ciary na plecach). Kilkadziesiąt tricków, które możemy wyczesać przy pomocy zaledwie kilku akcji (zazwyczaj wystarczy odpowiednio wychylić lewą gałkę analogową). Przejrzystość menu, design liczników. Możliwość rywalizowania z graczami w codziennym konkursie.

Co warto by zmienić? Przydałby się jakiś multiplayer w trybie gorących krzeseł (sam tryb wieloosobowy ma dojść wkrótce). No i może ciut więcej plansz, bo amatorzy, którzy sami sobie nie odblokują mapek Pro mogą się dość szybko zniechęcić. Checkpointy na życzenie gracza? Chociaż nie, może to byłoby zbytnie uproszczenie. Doceńmy uczucie, kiedy po kilkudziesięciu próbach zaliczamy kolejną, wydawałoby się niemożliwie trudną planszę, po czym wracamy do poprzednich i śmiejemy się w głos na widok żałośnie prostych wyzwań. No to chociaż więcej treningowych zadań, bo 13 lekcji to ciut za mało, żeby wykręcać kilkumilionowe combosy na planszach! Tak czy inaczej jestem szczęśliwym graczem i naprawdę dawno nie miałem tak mokrych i zmęczonych dłoni. W czasie gry na konsoli rzecz jasna, If you know what I mean... ;>
OlliOlli2: Welcome to Olliwood zadowoli zarówno casuala, jak i konsolowego wyjadacza. Jeśli miałbym formułować ocenę w dziesięciostopniowej skali, byłaby w okolicach mocnej siódemki.


Nagle  Eureka - przecież da się wejść balkonem,
po piorunochronie, jak w "Jestem Hardkorem"!
                ~Kubi, Mądry Polak po szkodzie, głupi po głodzie
 
Materiały pochodzą z bloga: http://www.roll7.co.uk/#!olliolli2/ccko

środa, 4 marca 2015

Ulubieńcy lutego!

Wielu (b/v)loggerów uskutecznia coś na kształt katalogu rzeczy, które danego miesiąca najbardziej przypadły im do gustu lub po prostu się z nimi bliżej zetknęli. Trochę mnie już znacie i wiecie, że bardzo lubię eksperymentować z formą (treścią zresztą też), zobaczmy więc jak odnajdę się w takiej stylistyce. Już prawie machnąłem ręką i chciałem powiedzieć pal licho z tym lutym, ale coś mnie natchnęło. Sprawdź też Ulubieńców stycznia!


#JEDZONKO
Pasta z tuńczykiem spod szyldu Marinero. Dostępna w Biedronce, także w innych smakach (suszone pomidory, mintaj czy jajka). Groszowe sprawy, a świetnie urozmaica śniadanko. Duże kawałki ryby, odpowiednia... wilgotność na kanapce i konsystencja. Oprócz tego tęsknota za smakami Świąt, więc najadłem się sporo mandarynek. Na zapas.


#KSIĄŻKA
Czytałem całkiem sporo. Oprócz recenzowanego Carte Blanche (klik!), warto wspomnieć o pozycji Bloger i Social Media spod pióra Tomczyka. Cóż, efekciarsko i miejscami da radę znaleźć jakieś pożyteczne wskazówki, ale im dłużej obcuję z pozycjami Kominka, tym bardziej utwierdzam się w przekonaniu, że wstrzelił się w dobry okres i miał cholernie dużo szczęścia. Oczywiście nie sposób odmówić mu talentu i (zapewne) ciężkiej pracy, ale bez farta mniej by mu się udało. Fabularyzowane fragmenty i dialogi z Andrzejem czytało się bardzo przyjemnie. Całość ma ręce i nogi, trochę rozwinęła mój pogląd na blogowanie. Wyciągnąłem dla siebie wszystko co przydatne i nadal bardzo poważnie myślę o nowym projekcie. To byłoby dopiero moje unikatowe miejsce w sieci! Tak naprawdę w lutym przeczytałem coś jeszcze, recenzję wrzucę na dniach, a jest to coś, co naprawdę mnie rozwaliło. Dlatego zasługuje na szersze omówienie. Na razie nie zdradzę co to... ;>

#FILM
Dużo mniej filmów. Za to bardzo mitologicznie: Legenda Herkulesa i Immortals. Bogowie i herosi. To pierwsze to całkiem udana reinterpretacja ze zjadliwymi scenami walki, drugie to lekki i przyjemny przerywnik. Inspirujące momenty i epickość - jak najbardziej są. Prócz tego wreszcie rozpocząłem swoją przygodę z House of Cards i łyknąłem cały let's play z Wiedźmina 2: Zabójcy Królów. Ciekawe przeżycie oglądać jak ktoś gra, przypomina to trochę serial. Ah i Birdman - film, który ma tyle płaszczyzn interpretacji, że nawet się z nim nie mierzę w osobnej recenzji. Oglądało się nieźle, daje do myślenia.

#MUZYKA
Wciąż obracam się w tych samych klimatach: Natalia Nykiel i jakieś rapowe (prywatne) klasyki, czyli absolutnie nic nowego. Sprawdziło się co prawda nowe utwory Quebonafide z milionem teledysków, ale jakoś nie mam specjalnej ochoty do nich wracać. Chyba nic nie przebije sentymentu do Eklektyki, przynajmniej u mnie. #SALUTE

#GRA
Szybko skończyłem sesje i zafundowałem sobie sowitą nagrodę! Boże, spędziłem ok. 80 godzin grając w Dragon Age: Inkwizycja. Podejrzewam, że prędzej czy później pojawi się jakaś recenzyjka. Pozytywna recenzyjka. Do kompletu wpadło GTA V, ale dziwna sprawa - jakoś mnie nie ciągnie. Niby fajnie, można sobie pojeździć i podziwiać cudowną grafikę, jest humor, ale ta przypadkowość i sztuczna filmowość misji trochę mnie nużą. Latanie samolotami i helikopterami? Zdecydowanie tego nie lubię...


#KOMIKS
Trochę klasyki - Lucky Luck wydany w twardej oprawie przez Egmont w serii Klub Świata Komiksu. Goscinny pisał historie prawie pięćdziesiąt lat temu, a Morris mistrzowsko je rysował. Niewiarygodne. Mam wrażenie, że kilka żartów dziś by nie przeszło, bo ktoś uznałby postacie za zbyt rasistowsko lub uwłaczająco naszkicowane. Drobiazgowość i estetyka kadru wciąż zachwycają. W turkusowym tomiku znajdziemy trzy perypetie najszybszej spluwy Dzikiego Zachodu: Dwudziesty pułk kawalerii, Eskorta i Zasieki na prerii. Westernowe historie pełną gębą, prawie 150 stron soczystej akcji!


#KOSMETYK
Kolejna rzecz do golenia. Pianka firmy Oriflame z ekstraktem z kaktusa do skóry normalnej. Pianka jak pianka, jaka jest każdy kojarzy, jeśli nie z twarzy, to z nóg i okolic brzoskwinki. Ta ładnie, odświeżająco pachnie i wygodnie się dawkuje. Wyposażona w technologię poślizgu, cokolwiek to znaczy. Made in Poland.

Gdybym miał polecić coś z powyższych szczególnie mocno, to chyba wskazałbym Dragon Age: Inkwizycja. Jest w wersji na komputer i stare konsole. Dobra fabuła, przestronne mapy i coś co w grach ostatnio cenię najbardziej: autorzy mieli gdzieś czy zobaczymy wszystko, czy zaledwie delikatnie zanurzymy się w świecie Thedas. No i podobno można wejść w homoseksualny związek. Miau!

niedziela, 1 marca 2015

RECENZJA #64: Assassin's Creed Unity (PS4)


Swego czasu mocno nagrzałem się na Assassin's Creed Unity (tak mocno, że kupiłem tytuł jakoś dzień po premierze). Że niby Rewolucja Francuska,  niesłychanie ciekawe i klimatyczne realia, szczególnie interesujące dla socjologa, ale nie tylko. Po genialnym i przyjemnym Black Flag spodziewałem się czegoś naprawdę rewelacyjnego, a tymczasem... żartobliwy przydomek Bugity (z ang. bug - robak, pluskwa; w slangu graczy - babol, niedoróbka w grze) jest jak najbardziej na miejscu.

Ale po kolei. Graficznie wydaje się naprawdę zachęcająco. Masa szczegółów przy (zazwyczaj) akceptowalnej płynności rozgrywki robi pozytywne wrażenie (zresztą obejrzyjcie sami turystyczny materiał quaza - KLIK). Szkoda tylko, że oprócz sławnych i ważnych miejscówek otoczenie jest zazwyczaj nijakie i powtarzalne. Ci sami ludzie na przestrzeni kilku lat wykrzykujący coś wokół kościołów. Sztywni handlarze, rzemieślnicy i pary, które nierzadko wiszą w powietrzu nie dotykając schodów. Wiele, wiele błędów w ciut odświeżonym parkourze (irracjonalne, niewidzialne ściany, kłopoty z poruszaniem się po budynkach i z wchodzeniem przez okna). Otoczenie płata figle - niewidzialne konie, niewidzialni żołdacy. Coś sporo tych figli...


Fabuła jest również taka sobie. Ot, zabijamy coraz to wyższych rangą niemilców podczas chaotycznych, wtórnych misji. Może ze trzy naprawdę mi się podobały, a były to awaryjne zadania w wyłomach, kiedy to stabilność systemu wisiała na włosku. No dobra, może początkowe skrytobójstwo w Notre Dame również dawało radę. Detektywistyczne epizody są za to naprawdę żałosne. Trzeba podejść do kilku konkretnych obiektów i zbadać je, naciskając kółko. Alex Amancio, (dyrektor kreatywny pracujący przy Jedności) ciut zatem przesadził mówiąc o nieznanych do tej pory możliwościach eksploracji i głębokiej immersji. Nie można nawet przenosić ciał czy z zaskoczenia używać ostrza podczas regularnych walk! Bardzo ładna, klaustrofobiczna po kilku godzinach zabawy, makieta z niewykorzystanym potencjałem epoki.

Misje grupowe to jeszcze większy chaos i masa lagów. Niejednokrotnie zażenowani gracze odchodzą, dezorganizując przy tym rozgrywkę, bezsensownie giną lub gubią się w urbanistycznym gąszczu. Poza tym istnieje dziwny element rywalizacyjny - wyższą nagrodę odbiera ten, kto pozbiera kluczowe fanty. Grając z obcymi raczej nie ma mowy o przemyślanym skradaniu się i kooperacji, wszyscy gnają na ślepo, nie martwiąc się o kolegę, w którego naparzają lufy muszkietów. Cieniutko.

 
Cały system ulepszania postaci jest bardzo irytujący. Zbieramy punkty, za które wykupujemy udoskonalenia (ceny za poszczególne skille są niewspółmierne do ich przydatności, żeby nie powiedzieć, że są wzięte z... sufitu), ale jaka filozofia tkwi w rzucie trującą bombą lub dobiciu leżącego przeciwnika? Poza tym kamuflaż to mocno odrealniona umiejętność. Moim zdaniem dużo lepiej rozwiązano to w Black Flag, gdzie nie trzeba było odblokowywać pojedynczych akcji, a nowe bronie pojawiały się wraz z rozwojem fabuły. No i te piękne polowania... I co to za francuska moda, że oręża nie trzeba kupować u handlarzy lub zdobywać na przeciwnikach, a jedynie wybierać z abstrakcyjnego menu... No i mikrotransakcje, czyli "wydaj pieniążki żeby grało ci się łatwiej" - niepokojące zjawisko.

Co mam zrobić z Unity? Pod koniec czekałem już tylko na skończenie historii (czytaj: złotą trofkę) i odłożenie gry na półkę - tak mocno przewidywalna i nużąca była rozgrywka. Przez niedoróbki i sterowanie większość skrytobójstw kończyło się grupową jatką. Bomba dymna, wywijanie szabelką, bomba dymna, wywijanie szabelką, mikstura lecznicza (swoją drogą odbierająca motywacje do bycia cichym łowcą), petarda hukowa i zaciukanie grubszej ryby. Fabularyzowane zadania poboczne niezbyt ubarwiają rozgrywkę, to po prostu zamaskowane "przynieś-wynieś-pozamiataj" lub drętwe rozmowy i zabijanie pomniejszych gagatków. Chyba jedną sensowną nowinką jest... minigierka związana z otwieraniem zamków! I liczne fatałaszki protagonisty. Taki ze mnie fircyk!

 
Być może teraz gra się już nieco lepiej w tę część Assassin's Creed. Wyszły opasłe, kilkugigabajtowe łatki, które poprawiły optymalizację i niektóre najbardziej kulejące elementy programu, który zdecydowanie zbyt wcześnie ujrzał światło dzienne. Ja na razie dziękuję Ubisoftowi. Mocno się rozczarowałem i kolejną część sobie odpuszczą. Podobnie jak darmowy dodatek (niby na przeprosiny) Martwi Królowie. Mam spory uraz, nie tak wyglądały trailery, nie za taką kontynuację przelewałem ciężko zarobione dukaty... 4/10 - na gilotynę z tym dziadem!

środa, 18 lutego 2015

RECENZJA #63: Grunchy orkiszowe z jagodami goji firmy Ania


Lubię pisać krótkie zajawki o żarciu. Wyciągam resztki z szafy, szukam zdjęcia produktu na karcie aparatu (zazwyczaj robię je od razu po zakupach, bo wiem mniej więcej czy chcę daną rzecz "recenzować"), jem i płodzę kilka zdanek. I już. Dzisiaj Środa Popielcowa, post ścisły i te sprawy, więc dzień wcześniej skończyłem paczuszkę Grunchy. Orkiszowe ciasteczka z jagodami goji firmy Ania. Interesujące wynalazki...

Słodkie to cholerstwo przez syrop ryżowy i niemiłosiernie wchodzi w zęby. Jagody smakują trochę jak żurawina. Niedużo, bo raptem kilka porcji (chyba z osiem w 180-gramowym opakowaniu). Drogo, bo koło sześciu złotych. Ale zjeść sobie można, jako... ciekawostkę. Bez spulchniaczy, polepszaczy i konserwantów. W związku z tym ciężko powiedzieć czy to produkt dla gejów, czy nie.
 
Jak myślicie, czy ten tekst jest odpowiednio merytoryczny i może zachęcić potencjalnych reklamodawców?

Potwornie nie mogę doczekać się meczu Legii Warszawa z Ajaxem Amsterdam. Przynajmniej jeden Polak wyjdzie z tej rywalizacji zwycięsko! #Milik
 
Nawet na obrazku wygląda słodko, c'nie?
 
Koniecznie sprawdźcie piosenkę poniżej. Tekst taki, że kusiło mnie wstawienie całości - OGIEŃ!

Moskiewskie trzy-dwa, powiedz historii!
Stałem szczęśliwy szukając alegorii,
Nic nie smakuje tak jak wrogom zaśmiać się w twarz!
                               ~Deobson, Mamy to w kodach DNA

RECENZJA #62: Carte Blanche - Jacek Lusiński


Jakoś na początku lutego, do Pani Domu była dołączona książ(ecz)ka Carte Blanche, którą (jakby zupełnie przy okazji scenariusza i reżyserii filmu pod tym samym tytułem) machnął Jacek Lusiński. Krótka taka, z przyjemną okładką, na której znajdziemy facjatę protagonisty ze srebrnego ekranu, a że chciałem sobie łyknąć w międzyczasie jakąś spójną, swojską historię, to się zdecydowałem. Dwa wieczory, a dałoby radę w jeden. Sami rozumiecie: okropna, pożerająca czas konsola... Teraz książka idzie do Pani Renatki. Mama, Dziewucha i ja już ją przeczytaliśmy...

Jako (wciąż) młody czytelnik, z zasady bardzo krytycznie podchodzę do przedstawienia relacji nauczyciel-uczeń i uczeń-uczeń w fabule, a także samego kontekstu szkolnego. W tym przypadku dialogi nie są sztywne, a licealiści poczynają sobie może nawet zbyt bezczelnie i śmiało. Czyli, powiedzmy, okej. Materiał, który jest omawiany w ramach zajęć z historii jest kompletnie z czapy, chyba że AŻ tak zmienił się program nauczania lub był to profil ultra-rozszerzony humanistyczny. Aczkolwiek rozumiem, że trzeba było wybrać coś, co ładnie zatrybi i ukaże Kacpra jako charyzmatycznego, natchnionego belfra. W książce zastosowano ciekawy zabieg, polegający na przedstawieniu z imienia tylko kilkoro uczniów (raptem... trójki?). Podobnie mają się sprawy z ciałem pedagogicznym. Lubię takie zdehumanizowane mikrokosmosy. Szkoda, że Lusiński nie zdecydował się na opis sytuacji np. w dwóch równoległych klasach. Byłoby bardziej realistycznie. No i czy naprawdę "profesorowie" w liceum aż tak przejmują się uczniami? Nie doświadczyłem...

Drażnią niektóre nonszalancko rzucane stwierdzenia. Podczas klasowego referendum większość opowiedziała się za konkretnym rozwiązaniem, przeciw był tylko jeden uczeń. Autor kwituje to stwierdzeniem, że dziewięćdziesiąt dziewięć procent klasy była za. Czy klasa liczyła stu uczniów? Nawet w polskim systemie oświaty nie mamy takich patologii.

Jak na powieść o tracącym wzrok nauczycielu, mamy dużo sensualnych opisów skrajnie subiektywnego postrzegania rzeczywistości przez Kacpra Bielika. Zacieki, plamy i szare, pleśniowe poświaty są odpowiednio obrazoburcze, choć zdecydowanie lepiej czyta się abstrakcyjne przemyślenia głównego bohatera, na przykład jego refleksje o wykonywanym zawodzie. To należy zapisać na plus! Rozdmuchane, pseudo-kumpelskie gadki przy umawianiu się z Wiktorem na męskie wypady otarły się jednak o żenadę i absurd. Wchodzenie w tyłek dyrektorce jest z kolei całkiem zabawne i na propsie. Nierówno, nierówno!

Z tego co widzę, to większość listy dialogowej jest identyczna w porównaniu z tym, co mogliśmy usłyszeć w zwiastunach. Przyznam, że jako typowy, świetnie przygotowany do napisania tekstu bloger, nie oglądałem filmu. Jak wjedzie na zalukaj czy coś, to złamię dla Was prawo i pobawię się w szukanie... ciekawostek i różnic?

Cóż, książka jak książka, taka McDonaldowa, rozrywkowa papka. Powiem szczerze, że nawet wkręciłem się w prostą, kilkuwątkową opowieść i kolejne rozdziały czytało mi się lekko i z apetytem. Czasem dobrze odłożyć miecze i czarodziejskie różdżki. Dostateczny plus, siadaj.

Gdzie opisy seksu? W dzisiejszych czasach takie braki są nie do pomyślenia! #pięćdziesiąt_twarzy_Kacpra

PS: Tak naprawdę, to nie zamierzam oglądać filmu, drugi raz ta saga byłaby piekielnie nudna. Ale ciiii! Do tego momentu i tak nikt nie doczyta! ;)

Dane techniczne:
Autor: Jacek Lusiński
Oprawa: miękka
Liczba stron: 206
ISBN: 978-83-61432-97-5
Cena detaliczna: 26 złotych

Już wiem tamten czas minął bezpowrotnie,
Kolejne dni idą z kolejną zimą, mróz za oknem!
                                               ~Pezet, Nie jestem dawno

poniedziałek, 9 lutego 2015

RECENZJA #61: Flaggis Mimiki


Jak myślisz, za ile złotych można kupić szczęście? Za pięćdziesiąt, gdzieś przy zjeździe z A2, tuż obok śmierdzących kibli? Za dwie stówy w poznańskiej spelunie zlokalizowanej w jednej z ciasnych odnóg Starego Rynku? Za dziesięć stów, w luksusowym hotelu z basenem i prywatnym lokajem chodzącym za Tobą jak piesek na dwóch łapkach? Nie! Szczęście kupisz już za 1,39 w Lidlu!

Siedem porcji po trzynaście różnokolorowych cukierków pudrowych w każdym zestawie. OSOM! Pamiętasz takie pudrowe zegarki na rękę, które jadło się w podstawówce (lub we wczesnej gimbazie jeśli jesteś ciut opóźniony w rozwoju)? To mniej więcej ten smak, z tą różnicą, że tutaj cuksy są trochę bardziej kruche. I dobrze. Nie ma nic lepszego, niż wsypać do buzi całą zawartość opakowania i chrupać, chrupać, chrupać...

W tym miejscu pragnę podziękować mojemu serdecznemu znajomkowi WERSowi, za przypomnienie o tym wspaniałym smaku dzieciństwa!


Plusy:
+ Kosmicznie atrakcyjny stosunek ilości łakocia do ceny
+ Zgrabne posortowanie smakołyku (wrzuć dzieciaczkowi do śniadaniówki!)
+ Orzeźwiający, słodko-kwaskowy smaczek pozostający w buuuuuzi! <3
+ Pomarańczkowe, wiśniowe i cytrynkowe cukieraski różnią się posmakiem!

Minusy:
- Dość często kruszą się w opakowaniu (dotyczy to głównie skrajnych cukierasków)
- Nie sposób przewidzieć kolorów cukierków (dla tych, co nie lubią spontaniczności w życiu może to być problem; dla mnie czasem jest ^^,)
- Jak na moje oko laika, rzecz nie ma jakiegoś mega zdrowego składu. Ale i tak wszyscy umrzemy!
- Średnio przyjazna, rozpikselowana etykieta, trochę jak z poprzedniego systemu.

PS: No dobra, bardziej długotrwałe szczęście kupisz za około dwa tysiące złotych. Next-gen i ze dwie zajebiste gierki, ale nie o tym dzisiaj... ;)

Mieszam sentyment z odrazą od lat
I chyba to właśnie to psuje mi smak,
Bo cały czas czuję się tak jakbym łyknął łyżkę dziegciuuuuu!
                                               ~Quebonafide, Tarot

czwartek, 5 lutego 2015

RECENZJA #60: Her (Ona)


Dziś pragnę Wam jedynie przypomnieć o filmie, który chciałem obejrzeć od dawna (w sumie to od pierwszych trailerów), ale musiały minąć blisko dwa lata, zanim do tego dojrzałem. Mowa o produkcji pod intrygującym tytułem Her (Ona), czyli coś, co oglądaliście już kilkanaście miesięcy temu, ale zapewne nie pamiętacie!

Trudno nie być pod wrażeniem sugestywnego, matowego świata, gdzie prawdziwe emocje są towarem deficytowym. Urbanistyczna, chłodna gigantomania nasuwająca na myśl lata '60, kliniczny i hipstersko-designerski krajobraz, zaledwie kilku (ale jak dobrze zarysowanych!) bohaterów - to tworzy niesamowity klimat. NIESAMOWITY.

Chyba nie przesadzę, jeśli napiszę, że najlepszą kreację stworzyła Scarlett Johansson. Ile talentu i ekspresji trzeba było włożyć w czytane dialogów, żeby ożywić Samanthę! Nie ujmuję oczywiście nic Theodorowi (Joaquin Phoenix), który stworzył świetny kolektyw z OS 1, ale jego rola wpisuje się w kanon tradycyjnego aktorstwa. Polecam zwrócić uwagę na scenę z puszczykiem na telebimie, którą mało kto zauważa, a jest kapitalną metaforą! No i boska Olivia Wilde w drugoplanowej roli - czego chcieć więcej?

Zapraszam Cię do świata wysoko podniesionych portków, w którym ludzie nie potrafią już nawet pisać do siebie listów. Otwarte zakończenie pozwoli Ci stworzyć własną interpretację obrazu. I nie martw się, jeśli wirtualna dziewczyna puszcza się z Alanem Wattsem. Zdarza się...

Nasza przeszłość to jedynie historyjka,
którą ciągle sobie powtarzamy...
                                               ~Samantha