Pokazywanie postów oznaczonych etykietą filmy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą filmy. Pokaż wszystkie posty

sobota, 21 czerwca 2014

RECENZJA #28: Wilk z Wall Street


Nadrabiania zaległości filmowych ciąg dalszy. Dzisiaj spędziłem blisko trzy godziny przy Wilku z Wall Street (dodając czas buforowania wyjdzie pewnie troszkę więcej...). I wiecie co? Mocno mieszane uczucia.

Przeczuwałem, a raczej wiedziałem, czego możemy się po filmie spodziewać. Niemal od początku do końca. Do tego stopnia, że oglądając scenę z długopisem, byłem pewien, że w odpowiednim czasie reżyser nam o niej przypomni. Wszystko było do bólu przewidywalne, rozstanie z Teresą, kolejny udany przekręt, palący się grunt pod stopami, imbecylizm towarzyszy głównego bohatera (głównie Donniego Azoffa) czy spóźniony zapłon przeterminowanych leków, co w konsekwencji oznacza palenie się gruntu już nie tylko pod stopami, ale i pod tyłkiem. Klasyczna historia od żółtodzioba do Grubej Ryby i z powrotem płotki, ale już z większym bagażem doświadczeń i po latach epickiego melanżu #zazdrość. Rozumiem i akceptuję to, ale nie ma żadnego, absolutnie żadnego zaskoczenia. Pobłażany agent FBI, (jeżdżący na co dzień metrem, w którym pocą mu się jajka) wygrywa, odbiera Belfortowi właściwie wszystko. Naomi Lapaglia odchodzi od męża i zabiera dzieci, kiedy po kieszeniach zaczyna hulać wiatr. I nie mówcie, że to spoiler, bo też się tego spodziewaliście.

Oczywiście podoba mi się kreacja głównego bohatera, niektóre speeche motywacyjne są naprawdę grube, ale dużo przyjemniej oglądało mi się etap rozkręcania firmy, mozolną drogę gołodupca na szczyt (początek Stratton Oakmont, pierwsze transakcje na śmieciowych akcjach). Później wszystko zasłaniają koks, dziwki i sprośne dowcipy o dziwkach. Jasne, fajnie sobie pooglądać (pewnie jeszcze fajniej byłoby poru... eee... podotykać), ale ginie gdzieś geniusz młodego maklera, który zmienia się w ćpuna i imprezowicza. Robi się słodko-kwaśno, miejscami dramatycznie. Znamienny jest moment wparowania federalnych w momencie kręcenia reklamy.

Zdaje mi się, że dostrzegam pewne ukryte przesłanie opowieści. Pod płaszczykiem wielkich możliwości i nieskrępowanego zarobku kryje się pewien haczyk. Jeśli nie jesteś przystosowany do wyższych standardów życia, woda sodowa szybko uderzy ci do głowy i w trymiga wrócisz na swoje miejsce, do śmieciarzy takich jak ty. Fikcja mobilności społecznej? Ułuda ruchliwości pionowej? Uczyń pokój ze swoim pochodzeniem, jak mawiał bodajże Pierre Bourdieu.

To prawda, że sędziwy Martin Scorsese świetnie czuje się w filmach biograficznych, mistrzowsko odwzorowuje klimat dawnych lat i umie szafować niewymuszonym humorem. Obraz był nominowany do Oscara w pięciu kategoriach i otrzymał kilka cennych statuetek dla najlepszego aktora pierwszoplanowego (podkreślmy jednak, że nie był to Oscar, sorry Leonardo, not yet...), moja opinia bardzo, bardzo niewiele znaczy, ale powiem to głośno: nie rozumiem fenomenu filmu. Czas, który z nim spędziłem, nie był stracony, ale chyba można było go lepiej spożytkować. Mocne trzy plus, next please!

PS: Doceniam drobną zabawę konwencją (poznajemy głównego bohatera w momencie największej fali sukcesów) i miejscami ciekawą formę narracji, w której Jordan mówi bezpośrednio do nas. To jednak ciut za mało na czwórkę.

PS2: Nauczyłem się nowego czasownika: to rat - donosić, denuncjować. A wydaje się takie oczywiste, co!?

Rozwiążcie problemy bogacąc się!
                                               ~Jordan Belfort

czwartek, 19 czerwca 2014

RECENZJA #27: Milion sposobów, jak zginąć na Zachodzie


Miałem zamiar zabrać poznaną niedawno duperkę do kina, ażeby wspólnie obejrzeć Milion sposobów, jak zginąć na Zachodzie, ale coś tam jej się chyba odwidziało w postrzeganiu mojej osoby, w sumie to nie wiem nawet co, ale chrzanić. Początkowo chciałem pójść zatem sam, ale okazało się, że film jest już łatwo dostępny w internetach. To co się będę wykosztowywał na jakieś bilety, przecież płacę za stałe łącze, do cholery!

Przyznam szczerze, że zaintrygowała mnie krótka videorecenzja Jakuba Dębskiego (klik!) na temat omawianego tutaj obrazu i bardzo chciałem skonfrontować nasze opinie. W końcu ciepło wspominam szaloną komedię Ted, więc tym bardziej nurtowało mnie, co tam Seth MacFarlane ciekawego wysmażył. Dem był raczej rozczarowany, ja wręcz przeciwnie, potrzebowałem czegoś lekkiego i głupawego (chyba nie jestem zbyt wymagającym widzem...).

Racją jest, że poszczególne wątki humorystyczne nie stanowią głównej osi fabularnej całej historii, ale nie wydają się doklejane całkowicie na siłę. Szybko dałem się wciągnąć w absurdalny świat, w którym niebezpieczeństwo czyha na każdym kroku, a przyjaciele głównego bohatera to szewc-prawiczek umawiający się z lokalną kurtyzaną chcącą zachować czystość przedmałżeńską (Sarah Silverman wzorowo odegrała rolę tępej, egzaltowanej prostytutki). Miłośnicy rasistowsko-etnicznych żartów, seksistowskich przytyków i dowcipów o końskim gównie będą w siódmym niebie. Kpi się z polityki, religii, nadmiernego przywiązywania do statusu społecznego. Całkiem nieźle ma się też humor sytuacyjny, choćby początek całej historii i pierwszy, niedoszły pojedynek Alberta.

W pewnym momencie historia staje się niemal klasyczną komedią romantyczną i tutaj mogę zgodzić się z Demem - zabrakło jakiejś większej zabawy konwencją. Prośba o niezabijanie Anny, a jedynie przestrzelenie kończyny to jednak odrobinę za mało. Niemniej jednak reżyser znany jest z tego, że lubi kończyć obrazy pozytywną emocją.

Moje skrzywienie socjologiczne sięga zenitu, śmiałem się do rozpuku analizując fetyszyzacje ról bandytów i drobnych kupców. Śmiałem się do rozpuku przy odkrywaniu subtelnych nawiązań do obecnego stanu amerykańskiego społeczeństwa (pragmatyzm, wyrachowanie przy doborze partnera, brutalizacja i infantylizacja życia itd.). Wreszcie, śmiałem się do rozpuku przy scenach z Indianami. Wypisz wymaluj społeczeństwo ryzyka, jak u Ulricha Becka. Socjologia czyha wszędzie...

Podsumowując: polecam film wszystkim, których śmieszy Family Guy, American Dad! (MacFarlane poważnie maczał paluchy w obydwóch), The Simpsons czy South Park. Momenty dzikiego śmiechu będziecie przeplatać chwilami zażenowania. Solidna czwóra, idealne dziełko do bezmyślnego pochrupania popcornu! Charlize Theron do twarzy zarówno w koronie, jak i w kowbojskim kapeluszu!

PS: Chyba przyjmiemy nową taktykę blogowania i notki będą pojawiać się częściej. Będzie ich więcej, a same posty przyjmą formę spontanicznych, krótkich opinii, luźno powiązanych z życiem prywatnym. Wydaje mi się to korzystne zarówno dla odbiorcy, jak i dla nadawcy komunikatu. Przyda nam się trochę improwizacji :)

-You are late!
-For what?
-Fair enough...

niedziela, 15 czerwca 2014

RECENZJA #26: LEGO Przygoda


W ramach prywatnej akcji Ćwicz angielski! od pewnego czasu zacząłem oglądać sitcomowe kreskówki typu American Dad! czy inne animacje bez napisów. Jako, że jestem zapalonym fanem klocków Lego, a dziwnym trafem ominęła mnie Lego Przygoda, nie miałem wątpliwości co wybrać na chłodny, sobotni wieczór. Nieoczekiwanie film okazał się totalną miazgą!

Jasne, niektóre żarty słowne czy sytuacyjne zdawały się odrobinę prymitywne i wymuszone, ale pamiętajmy kto był głównym odbiorcą filmu - dzieci w wieku wczesnoszkolnym! A to, co ujęło mnie najbardziej, to prawdopodobnie niezauważalne dla większości młodszych widzów tło opowieści - krytyka masowości, schematyczności, przewidywalności, nieustannej kontroli społecznej, dążenia do maksymalnej efektywności i wreszcie krytyka samego kapitalizmu, którego uosobieniem jest Lord Biznes, autorytarny przywódca jednego ze światów, chcący zbudować idealny, nieruszalny (dosłownie i w przenośni) system, będący w istocie antyutopią. Postacie typu: Unikitty czy Dobry/Zły Glina to świetne karykatury infantylności zagubionych dorosłych i wewnętrznego konfliktu większości z nas - dostosować się, być zawsze miłym i sympatycznym, czy puścić wszystko z dymem, nie bacząc na innych i konsekwencje. Niektóre sceny są bardzo... meaningful, np. przesłuchanie przyjaciół Emmeta, którzy mimo wysiłków, nie są wstanie niczego konkretnego o nim powiedzieć, jest aż tak do bólu przeciętny, sfabrykowany, ukształtowany przez rutynę dnia codziennego i medialną papkę. Mamy też sceny drastyczne np. wymazywanie twarzy niechcianych ludzików (swoiste pranie mózgu) czy brutalny szantaż emocjonalny, w którym rodzice gliniarza stają zakładnikami Lorda Biznesa.

Nie brakuje licznych odwołań do popkultury (starych westernów, Tronu, Matrixa, Władcy Pierścienia czy nawet powieści Roku 1984), gagów (z których część pewnie przeoczyłem lub należycie nie doceniłem) i postaci bezpośrednio zapożyczonych z innych filmów (na pierwszy plan wysuwa się Batman, ale jest również Supermana, Green Lantern, Wonderwoman, Dumbledor, Shaquille O'Neal i można by tak wymieniać prawie bez końca). Szalona mieszanka, miejscami abstrakcyjny humor i... całkiem seksowna (jak na plastikowe standardy) Wyldstyle. Poza tym głos Morgana Freemana jako domorosłego proroka Vitruviusa - bezcenny! Moim zdaniem, dla wysokiej jakości oryginalnej ścieżki dźwiękową warto podjąć ryzyko sporadycznego niezrozumienia dialogów. Nie oszukujmy się, kiedy mamy polskie napisy, angielski przechodzi przez nasze uszy raczej bezrefleksyjnie.

Hit muzyczny, który towarzyszy nam kilkukrotnie podczas seansu jest po prostu genialny w swojej prostocie, wyśmienicie dwuznaczny i chwytliwy (klik, żeby posłuchać) - cały czas chodzi mi po głowie!

Nie spodziewałem się, że postawię Lego Przygodę na równi z serią Toy Story! I nie przesadzam, ciężko wskazać mi jakiekolwiek minusy tej lekkiej, łatwej i przyjemnej rozrywki z dającym do myślenia przekazem.

PS: Końcówka naprawdę zwala z krzesła. Mistrzowskie zobrazowanie konieczności zmiany pokoleniowej warty i kultury prefiguratywnej.

Cześć, pewnie mnie nie znacie,
ale możecie mi zaufać, bo jestem w telewizji!
                                                              ~ Wyldstyle

Plakat filmu pochodzi z www.gogaga.pl

piątek, 7 marca 2014

RECENZJA #22: 300: Początek Imperium

 
Mocno czekałem! Gdyby nie klasyczne piątkowe plany (sala...) podleciałbym nawet na minimaraton złożony z dwóch części (co byłoby dobrym rozwiązaniem, szczególnie że lubię szukać ewentualnych powinięć nóg reżysera). Jakie refleksje pozostawiła mi filmowa opowieść na podstawie komiksu Franka Millera? Nie omieszkam się podzielić.

Akcja toczy się równolegle do walk o Gorące Wrota, co moim zdaniem jest pomysłem przednim. Tym razem śledzimy poczynania ateńczyków, którzy mimo iż są w większości rolnikami, poetami i garncarzami, w walce odnajdują się zadziwiająco dobrze (różnią się głównie kolorem płaszczów i subtelniej zarysowanymi kaloryferami). Dowiadujemy się więcej o Kserksesie, epizodycznie pojawia się także jego ojciec Dariusz. I wisienka na torcie, najbarwniejsza postać w całej historii - Artemizja. Eva Green wcieliła się w rolę znakomicie, umocniła się na topowej pozycji w poczcie moich ulubionych kobiecych aktorek (do którego zalicza się od czasów roli Vespery Lynd w Casino Royale). W obsadzie wyróżniłbym również Scylliasa, szpiega-weterana. Niestety, w związku z tą postacią, pojawia się motyw próby uchronienia młodego syna przed okrucieństwami wojny, co o ile pamiętam, było obecne już w poprzedniej części. Malutki minusik.

Na dobre wyszło osadzenie fabuły wokół bitew morskich, co sprawia, że zupełnie nie odczuwamy znudzenia podobnym schematem opowieści (przewaga Persów, bohaterskie czyny Greków, krytyczna sytuacja, szaleńcza walka i symboliczne zwycięstwo). Choć tym razem zwycięstwo nie wydaje się symboliczne, ale głupio byłoby zdradzić Wam finał opowieści. Niektóre sceny są bardzo kozackie, m.in.: desperacka szarża po pokładach palących się łajb czy abordaż perskich statków z wysokości wąwozu (jakim cudem nie połamali sobie nóg przy tym skokach - no idea).

Sporo moralizatorskiej gadki o wartości zjednoczenia przeciwko wspólnemu wrogowi i patetycznych przemówień znanych z pierwszej części. Jest jednak mały problem - generał Temistokles to nie ta charyzma i pazur co Leonidas. Sam nie wiem. Może po prostu nie pasuje mi to umiłowanie wolności, demokratyczne ideały i łagodny styl bycia do mistrzowskiego władania mieczem. Nie sądzę jednak, żeby Joel Edgerton sprawił się lepiej od Sullivana Stapletona. Po namyśle, stwierdzam że taki mógł być zamysł autorów - kobiece charaktery wysunąć na pierwszy, a miękkich ateńczyków umieścić w tle tego obrazka.

Na pochwałę zasługuje zgrabne ulokowanie akcji w ramach historycznych (choć to zapewne zasługa komiksowego scenariusza). Bitwa pod Maratonem i Salaminą, postacie Temistokles i Artemizji istniały naprawdę (co ciekawe w zeszłym roku miałem okazję odwiedzić Halikarnas, dawne królestwo wojowniczej dowódczyni perskiej floty, a dzisiejsze Bodrum - klik).

Szczerze powiedziawszy miałem większe oczekiwania co do ukazania rozmachu i potęgi króla-boga. W pierwszej części mogliśmy przyjrzeć się haremowi, myślałem że zostaną nam objawione inne smaczki związane z tajemniczym Kserksesem, ale oprócz kilku ujęć znanych z trailerów (wnioskuję, że to Pasargady, stolica Persji), nie uświadczymy zbyt wiele uciech natury estetycznej, wynikających z obserwacji orientalno-bajkowych budowli i ornamentów. Żebyście wiedzieli o co mi chodzi, powiem że widziałbym więcej rzeczy typu łoże konającego Dariusza.

I nie wychwyciłem  żadnych większych tarć w tak skomplikowanie zbudowanej historii, rozgrywającej się na przestrzeni ponad 10 lat (choć głównie w czasie wydarzeń znanych z 300). Może tylko to, że coś za dużo w filmie było Diliosa, który zdołał uczestniczyć w bitwie pod Salaminą, Termopilami i lądowej obronie Sparty (ciężko określić datę tej drugiej). I Królowa Gorgo, wdowa po Leonidasie. Jej dostojność i kobiecość nie pasuje do skakaniny po statkach, nawet w ramach krwawej zemsty. Poza tym jak osiągnęła takie umiejętności? Wiem, wiem że spartańskie kobiety uczyły się walki, ale czy Persowie to armia kelnerów i księgowych (#San_Marino)? Autorzy chyba za bardzo chcieli stworzyć alter ego Artemizji.
 
Podsumowując: nie żałuję ani złotówki wydanej na bilet. Fani finezyjnie odrąbywanych kończyn z pewnością poczują się jak u siebie. Jeśli podobała Ci 300, Początek Imperium Cię nie zawiedzie. Bardzo solidna czwóra plus i udany powrót po ośmiu latach. Miejmy nadzieję, że to już jednak koniec sagi.

Plusy:
+ Świetne sceny walki z wyważonym slow motion
+ Zachowanie klimatu jedynki (łącznie z kreskówkowymi creditsami)
+ Ścieżka dźwiękowa z wykorzystaniem War Pigs Black Sabbath - maestria
+ Piersi Evy Green (choć sama scena erotyczna wyszła dość komicznie)

Minusy:
- Niektóre postacie trudne do całkowitej akceptacji
- Miejscami nachalne wypychanie kadrów obiektami 3D
- Zbyt mało elitarnych jednostek Kserksesa inspirowanych mitologią i orientem
- Sporadycznie ocieramy się o absurd (jak Temistokles po wybuchu znalazł się na lądzie?)

Wolę umrzeć wolny niż żyć w łańcuchach.
Nawet jeśli ty miałabyś je trzymać.
                               ~ Temistokles, scena finałowa

Zdjęcie pochodzi z: www.filmweb.pl

piątek, 16 sierpnia 2013

RECENZJA #14: The Wolverine 3D



Pierwszy raz w życiu byłem sam w kinie. Wieczór zdawał się być bardziej przygnębiający niż zwykle. Zanosił się na jeden z tych trudniejszych. Musiałem więc zafundować sobie odrobinę przyjemności. Głównie chodziło o to, żeby opuścić cztery ściany i nie zwariować. Wybrałem się na The Wolverine'a 3D.

Szlag by to trafił, że w drodze do kina spotkałem znajomych z liceum. Skłamałem, że umówiłem się z kimś na mieście. Co innego miałem powiedzieć? Że wyjątkowo wybrałem inny sposób spędzenia wieczoru niż browary na murku? Że nie ogarniam ostatnio życia? O nie! Minęliśmy się szybko na przejściu dla pieszych. Jedną z dziewczyn była kuzynka mojej byłej. Kurczę, gdzie się nie ruszę coś mi o niej przypomina. Zresztą, czy normalnie wybrałbym się do kina SAM o tej porze?

W żołnierskich słowach: film dupy nie urywa. Dobre efekty specjalne, prosta historia (która potrafi jednak w kilku miejscach zaskoczyć nagłym zwrotem akcji) i klimat Japonii - to największe plusy obrazu. Prawdą jest również to, że Hugh Jackman w roli Logana sprawdza się znakomicie. Po mistrzowsku potrafi grać postać Rosomaka, który szybciej wysuwa swoje pazury niż myśli. Siła, instynkt, podatność na emocje - takich superbohaterów lubię najbardziej. Nie chcę odbierać widzowi przyjemności z oglądania, więc nie zdradzę szczegółów fabuły, ale niepokoi mnie odrobinę nadmierna schematyczność kolejnych historii spod szyldu Marvela. Mowa tu o maksymalnym upodleniu głównego bohatera i pozbawieniu go absolutnie wszystkiego, łącznie ze specjalnymi umiejętnościami, po czym odzyskaniu wigoru krótko przed walką z bossem. Kiedyś wszelkiej maści dobrzy-mutanci nie tracili kontroli nad sytuacją w AŻ takim stopniu, no ale może się czepiam. W końcu ciężko wymyślić coś bardziej sensowego chcąc utrzymać dojrzałość i mroczność serii. Dobrze, że producenci ograniczyli liczbę ujęć z podtekstami erotycznymi do niezbędnego minimum. I tak stężenie szczęśliwych parek na sali nie było dla mnie tego wieczoru zbyt komfortowe.

Dwuznaczne okazała się krótka scenka po wstępnych napisach końcowych, która zwiastuje jakąś większą rozróbę w kolejnych epizodach. Wygląda na to, że Mutanci będą musieli porzucić dzielące ich granice i wspólnie stawić czoła nowemu zagrożeniu - niebezpiecznej broni stworzonej przez ludzi.

Seans zakończył się grubo po 23. Tramwaje już nie kursowały, więc miałem przyjemny, ponad pół godzinny spacer do domu. Narzuciłem sobie dosyć szybkie tempo i z radością przywitałem delikatne mrowienie łydek (tego dnia harataliśmy jeszcze z kolegami w gałę) - zwiastun zmęczenia i łatwiejszego uśnięcia. I tylko trochę smutno, że inny chodzi teraz do kina z moją byłą kobietą.

Niejeden raz pewnie stracę kontrolę,
czasami w nerwach sam nie wiem co robię.
Wyluzuj Brat, realizuj swój projekt.
Wyluzuj Brat, jeszcze nie wszystko stracone.
                     ~Zaginiony, Stracić kontrolę


Komentujcie! :)

Zdjęcie pochodzi z: www.marvelcomics.pl

niedziela, 23 czerwca 2013

RECENZJA #10: Gang z boiska



Dzisiaj potrzebowałem motywatora - solidnej historii typu od zera do bohatera! I znalazłem (bo co miałem nie znaleźć?)! Wyobraźcie sobie amerykański poprawczak pełen murzynów i zadziornych białasów, dodajcie jednego ambitnego opiekuna, któremu nadal chce się wyrwać dzieciaków z piekła i pokazać im bezpieczniejsze życie. Brzmi banalnie? Do bólu!!!

Dostajemy jednak ciekawy początek i kilka wzruszających, wartych uwagi wątków pobocznych, na przykład [SPOILER] choroba matki głównego bohatera czy przyjaźń dwóch płotek z konkurencyjnych gangów [KONIEC SPOILERA]. Chyba większość z nas oglądała przynajmniej jeden film tego typu – nabuzowane testosteronem chłopaki nie znają słów typu: wytrwałość, dyscyplina, pokora. Opiekun grupy ma w sobie dość wiary i samozaparcia, aby uruchomić potencjał nastolatków. Wpada na pomysł, żeby zając czymś napęczniałe bicepsy osiłków – wybiera football amerykański. Początkowo Mustangi dostają łomot, później oni stają się nową definicją łomotu! Wielu początkujących sportowców odpadnie, nastaną chwile rozpaczy i zwątpienia. Będziemy świadkami fatalnych zagrań, wybuchów złości, moralizujących gadek charyzmatycznego trenera i spektakularnych powrotów. Ostatecznie drużyna stanie się dobrem nadrzędnym. Monolitem wyszlifowanym w pocie, łzach i krwi!

Znajdzie się też kilka zabawnych motywów i  mały akcencik na Dzień Ojca. Pozwolę sobie przytoczyć fragment dialogu między bossem, a jednym z wychowanków:
-Ojciec mówił, że szkoda na mnie czasu i pieniędzy.
-To on nie był nic wart! Mój robił identycznie. Tyle razy powtarzał, że się nie nadaję, że w końcu uwierzyłem.
-Dlatego Pan się tak wkurza?
-Pewnie tak…

[SPOILER] Wszystko skończyło się dobrze, co prawda drużyna zajęła drugie miejsce w lokalnych rozgrywkach, ale większość zawodników nie wróciła na ulice. Spora część dostała stypendia i stała się porządnymi obywatelami, graczami silniejszych drużyn licealnych. A opiekun? Podjął się stworzenia nowej drużyny! [KONIEC SPOILERA]

Naszła mnie dziwna refleksja - fajnie byłoby chodzić do amerykańskiego college’u, być muskularnym blondynem i spuszczać manto chuderlakom panicznie przytulającym się do swoich blaszanych szafek. Oczyma wyobraźni widzę ich pełne podziwu i strachu spojrzenia, które każdorazowo rozsypują się niczym korale! Wieczorami piłbym piwo z czerwonych kubeczków i zaliczał głupie cheerleaderki w pokoju na piętrze. Piękna wizja! No co? Jestem tylko chłopcem…

Film ma już swoje lata, ale ogląda się go z przyjemnością. Dwayne Johnson świetnie odegrał swoją rolę, jego pomocnikiem był niczym niewyróżniający się Xzibit. Wspomnę jeszcze tylko, iż jest to historia oparta na faktach! Summa summarum – czwórka plus!

Mamy dość przegrywania!

Plusy:

+ Historia starała się nie być schematyczna i wzbudza emocje
+ Przyzwoita gra aktorska
+ Dobra oprawa dźwiękowa
+ Efekciarskie ujęcia gry w football

Minusy:

- Miejscami nieco nudząca i przewidywalna akcja
- Naprawdę resocjalizacja jest tak prosta?

Zdjęcie pochodzi z: www.filmweb.pl

niedziela, 5 maja 2013

RECENZJA #5: Era Hobbitów



Recenzja, którą właśnie czytasz (w przeciwieństwie do poprzedniej) nie będzie już tak pochlebna. Powiem więcej - zabieram Cię Drogi Czytelniku do samych czeluści piekieł, aby ostrzec przed totalnym zmarnowaniem półtorej godziny życia. Jeśli po tym wstępie stwierdzisz, że obejrzysz sobie ten ruchomy obraz dla tzw. beki - nadal zdecydowanie odradzam. Najśmieszniejszy momentem filmu to tekst jednego ze Skalnych Ludzi, który podczas otrzymania ciosu w newralgiczny męski punkt, tryumfalnie wykrzykuje Osłona z kokosa! Słowem - dno!

Tak się kończy chęć obejrzenia czegoś nieznanego na darmowym portalu... Zapamiętajcie tytuł - Era Hobbitów (ang. Age of The Hobbits), ażeby nieopatrznie nie skusiła Was nazwa chcąca nawiązać do książek Tolkiena! Film zaczyna się niczym Apocalipto, z którego autorzy czerpią pełnymi garściami - obce plemię atakuje spokojnych Leśnych Ludzi. Garstka ocalonych (ciamajdowaty ojciec wraz z dwójką dzieci) udają się na ratunek współplemieńców. [SPOILER] Bohaterowie muszą przedostać się przez trawiaste tereny Gigantów, którzy ostatecznie pomagają naszej wesołej gromadce w wędrówce. Kilku cnotliwych myśliwych ginie, rodzina karzełków zdąża jednak na czas - wrogie plemię zostaje wytępione w pień przed aktem kanibalizmu [KONIEC SPOILERA].

Zasadniczo opowieść wydaje się nawet pouczająca i wartościowa - mali mogą współpracować z dużymi, pod warunkiem że mają szlachetne i czyste serca, a ich dobroć zostaje w końcu nagrodzona. Może i dałoby się przełknąć tę miałką historię gdyby nie fatalne sceny walki, szczególnie te z cyfrowo wygenerowanymi stworami [kadry typu: dźgnięcie dzidą, zbliżenie na jaszczura, dźgnięcie dzidą itd. czy gromada przeciwników grzecznie czekających na swoją kolej do ataku to niestety smutna norma] i tragiczna gra aktorska. Niektórzy bohaterowie to chyba jakieś groteskowe żarty, na przykład Goben, młody, długowłosy hobbit wyglądający niczym Jasiek z Klanu przed swoim pierwszym goleniem. Sam nie wiem czemu wytrwałem do samego końca 'przygody', chyba tylko dlatego, że sytuację ratuje Christopher Judge grający charyzmatycznego Giganta i Bai Ling, która ma całkiem zgrabne ciałko.

[SPOILER] Ale to jeszcze nie wszystko, Goben jest wynalazcą! Stworzył świetne narzędzie pozwalające ciskać włócznie na bardzo dalekie odległości i prymitywną lirę, która ostatecznie zamienia się w łuk, i zabija ostatniego, niedobitego Skalnego Człeka... taa, suuuuper... [KONIEC SPOILERA].

Dlaczego latające jaszczury z okładki zioną ogniem? W filmie stwory te potrafią jedynie pluć jadem. Kim jest tajemnicza, zakapturzona postać na obrazku z pudełka? Czy kilka kamieni wyrzucanych przez uzdrowicielkę może doprowadzić ekipę ratunkową do kryjówki niegodziwców? Absurdów można wymieniać bez liku. Tylko po co?

Co tu dużo mówić, myślę ze dwója to i tak nieco zawyżona ocena tego 'dzieła'. Przynajmniej nikt nie zarzuci mi teraz, że pieję z zachwytu nad wszystkim co wpadnie mi w ręce. Plusik dla kreatywnych twórców okładki i tytułu filmu - PRAWIE dałem się nabrać, że niby hobbity, nazgule, epickie bitwy...

Plusy:
+ Nie trwa zbyt długo
+ Eee... walory edukacyjne historii?
+ Niektórzy aktorzy dają radę...

Minusy:
- ...a niektórzy niestety nie (szczególnie Leśni ludzie są mało przekonujący, ale rozumiem, że ciężej znaleźć dobrych aktorów o takich gabarytach)
- Wtórna historia
- Siermiężne sceny walki
- Komiczne stwory i efekty specjalne

Okładka Ery Hobbitów pochodzi z: http://www.filmweb.pl