środa, 31 grudnia 2014

Ulubieńcy grudnia!

Wielu (b/v)loggerów uskutecznia coś na kształt katalogu rzeczy, które danego miesiąca najbardziej przypadły im do gustu lub po prostu się z nimi bliżej zetknęli. Trochę mnie już znacie i wiecie, że bardzo lubię eksperymentować z formą (treścią zresztą też), zobaczmy więc jak odnajdę się w takiej stylistyce. Sprawdź też Ulubieńców listopada i października!

 
#JEDZONKO
Świąteczny czas sprzyja obżarstwu! Ile fantastycznych smakołyków jadłem w tym miesiącu - nie jestem w stanie zliczyć. Wyróżnić jednak muszę makowe ciasto, które od wielu lat jest moim faworytem. Zwróćcie uwagę, że spód jest naprawdę cieniutki, a pokrywa go delikatne maźnięcie marmolady, co zapewnia odpowiednią wilgotność wypieku. Na samej górze mamy szczodrą ilość lukru. Mega słodkie, mega dobre, powoli czuję zatory i problemy z krążeniem. Cukiernia Magdalenka, Poznań-Grunwald, tuż przy lokalnym Rzeźniku. Ambrozja!


#KSIĄŻKA
Łykam kulturę aż miło, w grudniu na moim blogu ukazały się dwie recenzje książek: Ksin. Początek i Taka zabawna historia. Obecnie czytam Lemingi i powiem Wam, że abstrakcyjny, bezlitosny, masakrujący logikę lewaków humor jest nawet uzależniający! Być może skrobnę jakąś malutką recenzję wydawnictwa Frondy, bo wszyscy lubimy takie kwiatki, prawda? Możecie także rzucić okiem na króciutką recenzję cieplutkiej bajeczki dla dzieci - Niezwykłe przygody Świętego Mikołaja.


#FILM
Z filmów również zaliczyłem kilka zimowych, sentymentalnych wycieczek. Była Kraina Lodu, Świąteczne skarby Kaczora Donalda, Kevin sam w domu na Polsacie... Tuż po Świętach poszedłem z Dziewuchą na Igrzyska Śmierci: W pierścieniu ognia, ale nie zaliczę tego wypadu do udanych. No może ze względu na nachosy z sosem serowym i towarzystwo drugiej połówki nie było tak źle, ale zdecydowanie nie polecam. W styczniu trzeba jakoś zaliczyć Hobbita, epickie urywki Bitwy Pięciu Armii z trailerów wyglądają zachęcająco!

 
#MUZYKA
Prócz fenomenalnej składanki Stars of Christmas. 60 Essential Christmas Hits i polskich kolęd, moją głową zawładnęła Natalia Nykiel z płytą Lupus Electro. Dawno nie jarałem się tak muzyką, która nawet nie leżała koło rapu. Bo wiecie, ja jestem takim twardogłowym, tępym słuchaczem z zamkniętą bańką. Ale w przypadku Natalii wysoki poziom liryczny idzie w parze ze świeżutkimi rozwiązaniami muzycznymi. Posłuchajcie sami antysystemowej, buntowniczej Rzeźby z samplem rozbijanego naczynia, pełnego podprogowych, erotycznych nawiązań utworu Bądź Duży czy życiowego, romantycznego Wilka. Do tego zimowe Pół Dziewczyna, które mogłoby być soundtrackiem do gry komputerowej - miód! Elektro pop rządzi! Popełniłem również recenzję Universum, ale płyta dupy nie urywa...


#GRA
Poprzedni miesiąc był kiepski pod względem gier. Męczyłem FIFĘ 2014, musnąłem Unity, które leży do tej pory nieuruchamiane od kilku tygodni... Tymczasem grudzień przyniósł Far Cry'a 4, który jest po prostu genialny. Lubisz rozwałkę? Wysadzaj wszystko w powietrze i rób miazgę na grzbiecie słonia! Lubisz ciche akcje? Rozpracowuj kolejne strażnice ze snajperką, łukiem i nożem. Chcesz znaleźć każdą pierdołkę w grze? Szukaj listów, notatek, masek demona, plakatów propagandowych, skrzynek z łupem czy unikatowych zwierzęcych skór. To jest świetna, wymagająca piaskownica, koniecznie przeczytajcie recenzje - klik! Orientalne wioseczki, indyjski alfabet i audycje radiowe prowadzone łamaną angielszczyzną słuchane w zagraconych pojazdach sprawiły, że to były chyba najbardziej klimatyczne chwile przed konsolą w tym roku! Do tego mam już PlayStation Plus, pogram więc sobie troszkę przez neta!

 
#KOMIKS
Wyjdzie na to, że rozpływam się nad wszystkim, co wpadnie mi w ręce, ale trudno... W grudniu przeczytałem 12 tomów Death Note. I może nie będę zbyt wiele o tym pisał, bo kilka dni temu poczyniłem malutką recenzję, którą znajdziecie tutaj - klik! Prócz tego przyjrzałem się Zakochanemu tyranowi, sadze o dwóch homoseksualistach. Czego to ludzie nie wymyślą, mój zmysł homofoba został nakarmiony. Ale zaraz, zaraz, może homofobia to tylko przykrywka do tłumionych fantazji? Pierdoły, jedziemy dalej! #przerażenie

 
#KOSMETYK
Zachciało mi się prezentować ulubiony kosmetyk, żeby nie wyjść na niehigienicznego brudaska... Jest jedna taka woda toaletowa marki Oriflame, którą stosuję od wielu, wielu lat. Nazywa się Excite i choć moja Dziewucha nie darzy jej zbytnią estymą, to mnie odpowiada w stu procentach. Jako, że w ramach świątecznego prezentu dostałem nowy flakonik, to wrzucam go na wizję. Zapach kojarzy mi się ze świeżo upraną koszulą i... orzeźwiającym, górskim potokiem. Pewnie to przez niebieski kolor, ale kto wie?

Z wszystkich powyższych, koniecznie zagrajcie w Far Cry'a 4 i poczytajcie Death Note'a, choć wiem, że obie te aktywności mogą nie być łatwe do zrealizowania... Cóż, może znajdziecie chociaż odrobinę makowego placka? Trzymajcie się!

Chciałbym Wam również życzyć udanego Nowego Roku 2015 i przedniej Zabawy Sylwestrowej. Tym razem nie będzie żadnych postanowień noworocznych, choć obydwa cele z zeszłego roku udało mi się zrealizować. Muszę dać sobie więcej luzu, mam coraz więcej na głowie, meczy mnie to. Nie wykluczam więc radykalnego zmniejszenia częstotliwości wpisów, gdyż mimo dużych nakładów pracy i prawie dwóch lat obecności w blogsferze, nie zyskałem grona wiernych czytelników. Ba! Nie zyskałem nawet jednego stałego czytelnika! Trzeba więc przemyśleć dalsze kroki. Wiecie co, ulżyło mi kiedy to napisałem. To trochę jak przyznanie się do porażki, hm? Przyznaję więc, nie wiem jak rozkręcić dalej tę maszynę. Chyba nie nadaję się na blogera, piszę przeciętnie i ludzie nie ma ją po co do mnie wracać. Ale pamiętajcie - jeszcze nie odchodzę na stałe.

Zasil fanpage Kultura & Fetysze, będziesz wtedy wiedział jeśli cokolwiek nowego naskrobię, Serdeczna Tarcza!

I swear I'll shoot him or her,
Oh, Lord!
Gimme a gun,
I swear I could even shoot myself...
                               ~Kamil Bednarek, Shot Yourself

wtorek, 30 grudnia 2014

RECENZJA #57: Far Cry 4 (PS4)


Żeby nie robić sobie niepotrzebnych zaległości na Nowy Rok, trzeba napisać słów kilka o Far Cry 4. Nigdy szczególnie nie przepadałem za FPSami, ale kilka w swoim krótkim życiu gracza zaliczyłem: Crysis, Half Life, Medal of Honor i pewnie znalazłoby się trochę innych tytułów, których nie pamiętam. Dużo więcej pocinałem Counter-Strike 1.6 i Global Offensive, ale to już nie ten magiczny klimat...

Z tym większym podnieceniem sięgnąłem po Far Cry 4, kolejny twór Ubisoftu. Byłem bowiem święcie przekonany, że tak doświadczeni deweloperzy nie skopią dwóch szanowanych marek w jeden rok (patrz: Assasin's Creed Unity). I nie pomyliłem się, Far Cry'owi bliżej do genialnej Czarnej Bandery, niż przekombinowanej i chaotycznej Jedności. Sprawdzone, lubiane przez graczy rozwiązania zdają egzamin.

Do dyspozycji mamy piękny, otwarty świat fikcyjnego państwa (Kyratu), inspirowanego najpewniej Nepalem, Tybetem lub inny południowo-wschodnim, azjatyckim zakątkiem! Uniwersum jest po prostu prześliczne, przepełnione mongolskim orientem i przesiąknięte onirycznym systemem wierzeń (w pewnych mitologicznych akcjach będziemy mieli nawet okazję uczestniczyć, przeżywając legendę Shangri-La, choć te zadania nie należały do moich ulubionych). Śmierć czyha na nas wszędzie, początkowo bardzo irytowały mnie węże, jastrzębie, tygrysy, nosorożce i notoryczne ataki na wyzwolone już strażnice, na szczęście w miarę rozgrywki (i wyzwalania kolejnych fortec) mniej akcji odrywa nas od głównego wątku. Broni jest cała masa, każdy znajdzie coś dla siebie, a większość modeli można dodatkowo modyfikować, dodając tłumiki, specjalne celowniki lub zwiększając pojemność magazynków. Sam główny wątek fabularny nie jest zły, ma kilka efekciarskich zwrotów akcji, aczkolwiek nie oczekujmy zbyt wiele po strzelanince. Zazwyczaj musimy dojść do ważnego punktu i wybić wszystkich do nogi, pilnując czasu lub nie robić zbyt dużo hałasu. Pojawiają się także trudne wybory związane z udzielaniem poparcia konkretnym dowódcom Złotego Szlaku, a także możliwości darowania życia niektórym gagatkom (sam puściłem wolno Pagana Mina licząc, że wpłynie to jakoś na dalszą część rozgrywki, ale chyba nic szczególnego się nie wydarzyło, ot ucięliśmy sobie dłuższą pogawędkę). Mamy mnóstwo pobocznych misji: od polowań, wyścigów, ochraniania konwojów, uwalniania zakładników i oczyszczania obszarów z dzikich zwierząt, aż po narkotyczne odloty czy rozbrajanie ładunków wybuchowych... Spora piaskownica, wypełniona różnorodnymi znajdźkami: notatkami, listami, plakatami propagandowymi i maskami demona Yalunga. Jeśli chodzi o grywalność, nie ma się do czego przyczepić, szczególnie po odblokowaniu broni zwanej Piłą i kozackich, cichutkich snajperek.


Czy mamy zatem do czynienia z grą idealną? Niezupełnie. Fizyka wciąż płata spore figle: zabita zwierzyna stacza się po zboczach, ciała wrogów są jak teatralne kukły, a pojazdy zachowują się dziwnie (dlaczego na przykład brzęczek tak często zsuwa się z dachów?), a lot na paralotni czy w kombinezonie do szybowania rządzi się swoimi prawami. Również kierowanie pojazdami, mimo iż emocjonujące, jest dziwnie kapryśne (maszyny zsuwają się z mostów, terenowe bryki często tracą przyczepność, podskakują na drobnych przeszkodach). Jeśliby chwilę pomyśleć, to lokacje, choć liczne (bodajże 240 miejscówek), niewiele się od siebie różnią. To głównie dość monotonne jaskinie, obozy, zapomniane ruiny czy niedostępne domostwa. Niespecjalnie chce mi się odwiedzać kolejne, łudząco do siebie podobne bimbrownie czy domki kłusowników... Poza tym drażnią polecenia kliknij, żeby użyć przy rozmowach z bohaterami i kliknij, żeby opuścić lotnie, w każdym ze środków lokomocji.


Od niedawna jestem posiadaczem usługi PlayStation Plus, liczyłem zatem na emocjonujące partie w trybie multiplayer, ale nic z tego. Hakerzy skutecznie wybili nam ten tryb z głowy na jakiś czas... Tak czy inaczej, wrócę kiedyś do Kyratu, żeby zdobyć brakujące trofea w grze wieloosobowej.

Na koniec wspomnę również o genialnym udźwiękowieniu. Zarówno audycje radiowe w pojazdach, jak i utwory muzyczne dobierane do poszczególnych scen, czy nawet fragmentów misji (atak na Pałac Królewski) są naprawdę klasą samą w sobie, budują klimat i od dawna wyznaczają standardy innym produkcjom (pamiętacie na przykład palenie plantacji marihuany w Trójce?).

No i mam problem, czy uznać czwartego Far Cry'a za najlepszą grę, w którą grałem w mijającym roku... W pewnym momencie wkręciła mi się równie mocno co Watch_Dogs i Cień Mordoru. Hmm, ciężka sprawa. Na pewno 40 godzin, które spędziłem z Ajay'em Ghalem, było tym, czego potrzebowałem po klaustrofobicznych, miejskich sceneriach. Kochani, ocenka 9.5/10 jest w pełni uzasadniona, za bajecznie kolorową grafikę, crafting, klimat doszlifowany do granic i brak niepotrzebnych zmian tego, co ich nie wymagało! A Ty, czy odwiozłeś już prochy matki do jej ojczyzny?

Ktoś ci cechy te kiedyś wyjaśni,
Na wygodnej kanapie w jakiejś poradni...
                                               ~Duchu, Oszalej

poniedziałek, 29 grudnia 2014

RECENZJA #56: Death Note - Tsugumi Ohba i Takeshi Obata


Są recenzje, kiedy przestaje zachowywać jakiekolwiek fasady obiektywności. Właśnie mamy do czynienia z jednym z takich przypadków. Panie i Panowie, oto mamy dzieło nietuzinkowe, wybitne i kompletne - Death Note, ponad dziesięcioletnią mangę, moją prywatną klasykę gatunku z pogranicza Fantasy, powieści detektywistycznej i thrilleru psychologicznego!

Cała historia opiera się na prostym pomyśle - najlepszy licealista w Japonii znajduje (rzekomo) zgubiony przez Boga Śmierci Notes, potężną broń, której posiadacz jest w stanie uśmiercić każdego, kogo zna z imienia i nazwiska, a także może przywołać w pamięci twarz tej osoby (wystarczy nawet zdjęcie). Light Yagami wie co z tym fantem zrobić i zaczyna wcielać w życie swoje irracjonalne do niedawna marzenie o idealnym świecie pozbawionym zła, w którym on byłby najwyższym bogiem. Rosnąca liczba zawałów serca zainteresowała jednak policje różnych państw, a także najbłyskotliwszego detektywa na świecie, znanego pod enigmatycznym pseudonimem L. Wątek szybko podejmują stacje telewizyjne, chrzcząc tajemniczą rękę sprawiedliwości mianem Kiry. To wszystko znacznie opóźnia budowę utopii, pojawiają się bowiem niebezpieczni wrogowie do wyeliminowania. Kto ostatecznie wygra pełne wzajemnych podchodów starcie? Za kim opowie się opinia publiczna i rządy różnych państw, gdy sprawa zacznie przybierać międzynarodowy obrót? Nie bójcie się, nie zepsuję Wam potencjalnej zabawy na kilkanaście wieczorów!

Kompletna historia ma 12 tomów, każdy ponad 200 stron. Mamy więc 2400 stron komiksu formatu ciut mniejszego niż A5. Grubo, co? A wszystkie wątki trzymają się kupy i nie zauważyłem żadnych błędów w skomplikowanej żonglerce zasad i forteli do korzystania z notesu. Czujemy jak w miarę kolejnych tomów rośnie napięcie, żeby eksplodować w ponad stustronicowym finale. Obawiałem się, że tak to się może skończyć...

Powiem szczerze, że uzależniłem się od niesłychanie wciągającego scenariusza, którego autorem jest Tsugumi Ohba. Musiałem czytać dwa tomy dziennie i bez skrupułów nakrzyczałbym na Dziewuchę, gdyby nie pożyczyła mi na Święta wszystkich nieprzeczytanych jeszcze części. Gdzieś w połowie miałem delikatny kryzys, ale wprowadzenie nowych bohaterów było strzałem w dyszkę.

Nie znam się na mangowej kresce, ale jak na oko laika, to wszystko jest narysowane tak jak trzeba. Takeshi Obata zręcznie operuje perspektywą, światłem, ruchami i mimiką postaci. Jedyne co mnie odrobinę zniesmaczało, to częste inspiracje motywami religijnymi: krzyże, skrzydła, mesjańskie gesty. Zdecydowanie nie powinno się mieszać fikcji z elementami istniejącego sacrum, gdyż może to niesłychanie razić część czytelników.

Jednym słowem, jeśli będziecie mieli okazję gdzieś wypożyczyć lub poczytać, nie traćcie okazji! Koszt pojedynczego zeszytu to 18,95 złotych, za całość zapłacilibyśmy zatem koło 230 złotych, co jest ceną niewygórowaną, ale nie sądzę, by był sens przeżywania tak długiej historii więcej niż jeden raz.

PS: Wiecie, że w Chinach zakazano dystrybucji tej sagi, gdyż dzieci zaczęły tworzyć zeszyty bardzo podobne do tych z komiksu i zapisywać w nich imiona i nazwiska osób, których nie darzą sympatią, np. nauczycieli, kolegów czy nawet członków rodziny?

Trzymajcie się ciepło, nie znajdujcie Notesów Śmierci, polubcie Kultura & Fetysze! ;)

sobota, 27 grudnia 2014

RECENZJA #55: Taka zabawna historia - Kowalewski i Ćwieluch


Czasem czysty przypadek sprawia, że coś wpada nam w ręce... Tak było z książką Taka zabawna historia, wywiadem rzeką z Krzysztofem Kowalewskim. Dyskutantem znanego aktora był Juliusz Ćwieluch, filmoznawca, który nigdy nie napisał żadnej recenzji, samorodny dziennikarz tygodnika Polityka. Pamiętam jak wraz z koleżkami oglądaliśmy program Kuby Wojewódzkiego, promujący nowe wydawnictwo. Kowalewski wypadł na tyle dobrze, że kiedy zobaczyłem pozycję na maminej półce, zdecydowałem się po nią sięgnąć. Czy było warto?

I tak, i nie. Z jeden strony ledwo kojarzę faceta z kilku filmowych ról (Wyjście awaryjne, Daleko od noszy, Ogniem i Mieczem), więc jakoś szczególnie nie zajmowały mnie perypetie zmiany teatrów i utarczki z innymi Wielkimi Tamtych Czasów (to zapewne doceni dojrzalszy czytelnik żyjący w momencie największego rozkwitu kariery aktora), z drugiej jednak są fragmenty o wojnie, komentarze poprzednich związków i miejscami świetne puenty życiowych rozważań. Urywków naprawdę śmiesznych jest jak na lekarstwo, a nie ukrywam, że właśnie jowialnych anegdot szukałem najbardziej.

Ćwieluch przez całą konwersację pozostaje w cieniu, zaledwie kilkukrotnie się wynurzając. Z tekstu da się jednak wywnioskować, że jest świetnie przygotowany do rozmowy, odrobił zadanie domowe związane z rozmowami z bliskimi głównego bohatera, poszperał w archiwach i Internecie. Panuje nad konwersacją, odpowiednio drążąc interesujące kwestie, mając na oku dynamikę, emocje i dobry smak rozmowy. Poza tym coś, co w większości przypadków stoi na najwyższym poziomie, to tytuły rozdziałów. Wierzcie mi, pierwsze na co patrzę w nieznanych mi książkach to właśnie wytłuszczone nagłówki, które mogą (ale nie muszą) być wskazówkami odnośnie wyjątkowości dziełka.

Prócz tekstu mamy cztery wkładki z kolorowymi zdjęciami pochodzącymi zarówno z prywatnych archiwów, jak i źródeł teatralnych, prasowych i kronik telewizji. Cholera, widać że świat zmienia się naprawdę szybko. Niedługo my będziemy dobijać do wczesnej starości...

Czego się dowiedziałem z Takiej zabawnej historii? Że aktorzy chleją na umór, a także częściej niż reszta społeczeństwa zmieniają życiowe partnerki. Że bycie Żydem w czasie wojny jest piekielnie stresujące, ale mały dzieciak nie do końca zdaje sobie sprawę ze wszystkich otaczających go okrucieństw. Że nawet będąc na drugim planie, da się wygrać życie. Czyli w sumie nic, czego bym wcześniej nie wiedział, ale czytało się całkiem-całkiem. Takie refleksyjne podsumowanie kariery i życia bardzo spokojnego, mającego do siebie dystans, inteligentnego, pogodzonego z losem człowieka. Fajnie od czasu do czasu poczytać coś quasi-biograficznego.

Czasem czysty przypadek sprawia, że KTOŚ wpada nam w ręce...

All inclusive, materac, jacuzzi,
im to nie służy jak Spartakus Pretorom!
                                               ~Quebonafide, Trip

piątek, 26 grudnia 2014

RECENZJA #54: Niezwykłe przygody Świętego Mikołaja - Barbara Wicher


Wczoraj było o bajce w wersji filmowej (Kraina Lodu - kliknij, żeby przeczytać), dzisiaj będzie o bajce w wersji archaicznej, książeczkowej, wymagającej od dziecka i rodzica zindywidualizowanego, bezpośredniego (choć w dobie Skype i tanich ofert telekomunikacyjnych to już nie takie oczywiste) kontaktu. Co tam słychać w dziedzinie powiastek dla najmłodszych? Jako przyszły pisarz rozważam literacki start w tym nurcie, muszę zatem wiedzieć jak to robią koledzy po fachu! Brzmi to trochę jak usprawiedliwianie się, co? No bo w końcu jak ta pozycja znalazła się w moich rękach, hy? Za sprawą mojej Szanownej Rodzicielki, która stwierdziła, że będzie to odpowiednio jajcarskie dopełnienie podarku od Gwiazdora.

Niezwykłe przygody Świętego Mikołaja to 36-stronicowa książeczka opatrzona dużymi obrazkami, zajmującymi przynajmniej połowę dziełka. Ilustracje Alicji Rybickiej są wykonane starannie i szczegółowo, aczkolwiek ich stylistyka specjalnie mnie nie przekonuje. O ile wnętrza i zaśnieżone miasteczka są atrakcyjne, o tyle twarz samego Mikołaja jest trochę... bezpłciowa? Być może zbytnio przyzwyczaiłem się do wizerunku czerwonego grubaska z etykiet Coca-coli. Prawdopodobnie maluchy i tak będą wniebowzięte. Dodam może, że reszta postaci (Kominiarz Miłosz, Julka czy jej mama), mimo mojej niesłychanej wybredności, jest w pełni do zaakceptowania. Tylko ten Listonosz... No nie ważne, przejdźmy do treści!

Mamy trzy historie: Mikołaj i kominiarz, Przygoda z listonoszem i Co to, to nie!. Cóż, nie są to może wielowątkowe, zaskakujące fabułki, ale rzeczywiście emanuje z nich ciepło i prostota. Myślę, że dla młodszych dzieci, takich w wieku 4-5 lat nadadzą się w sam raz (szkoda, że Wydawnictwo Skrzat nie określiło docelowego wieku czytelnika, co znacznie ułatwia sprawę rodzicom). W kilku miejscach wydaje się, że nawet ja umiałbym użyć bardziej gładkich sformułowań, ale ogólnie rzecz biorąc tekst nadaje się do spokojnego czytania z urwisem przed snem i raczej dostarczy mu igraszki. Da się atrakcyjnie rozłożyć akcenty i modulować głos (niektóre słowa są nawet wyróżnione specjalną czcionką lub mają przeciągnięte samogłoski), nawet przy średnio uzdolnionym aktorsko wykonawcy. Trzeba się jednak liczyć z tym, że pozycja starczy na jeden, niezbyt długo wieczór.

To co, chyba pora samemu zacząć przygotowywać teksty dla najmłodszych? Pani Barbaro Wicher, proszę drżeć o posadę! Cena (ok. 5 złotych) jest z pewnością adekwatna do zawartości. Nic niezapomnianego, nic niezjadliwego.

Trzymajcie się ciepło, wpadnijcie na fanpage Kultura & Fetysze!

czwartek, 25 grudnia 2014

RECENZJA #53: Kraina Lodu / Frozen


Znowu sprzedam Was pewien osobisty fakt z mojego życia. Otóż, przed Świętami Bożego Narodzenia lubię sobie obejrzeć jakiś zimowy film animowany. Ostatnimi laty były to: Renifer Niko (2 części), Świąteczne skarby Kaczora Donalda czy jakieś zimowe odcinki Krecika. Aktywnie poszukuję jednak nowych podniet, dlatego w ręce trafiła mi Kraina Lodu ze stajni Disneya - animacja stosunkowo świeża (2013 rok) i doceniona na arenie międzynarodowej (dwa Oscary, Złoty Glob). Powiem szczerze, że solidnie zaciekawiły mnie głośne nawiązania do najlepszych czasów wytwórni i buńczuczne zapowiedzi, jakoby była to kolejna najjaśniejsza perła w koronie wytwórni, zaraz po Królu Lwie.

Jest bardzo musicalowo i estetycznie. Naprawdę rajcowały mnie niektóre lokacje, a majestatyczne wznoszenie lodowego pałacu przy słowach Let it Go to zjawiskowe sceny. Oczywiście nie wszystkie piosenki udało się przetłumaczyć i zaśpiewać tak równo jak w wersji anglojęzycznej, ale jest stosunkowo mało żenujących fragmentów. Zasadniczo całe uniwersum ma bardzo duży potencjał, można by tam osadzić całkiem rozbudowaną grę komputerową!

Spójrzmy jednak na produkcję skrzywionym, socjologicznym okiem. Elsa, tytułowa władczyni Krainy Lodu, większość życia zmaga się ze społecznymi konwenansami i wyrzutami sumienia z powodu nieszczęśliwego wypadku z siostrą Anną. Sytuacji nie poprawia fakt, że po śmierci rodziców królewski pałac jest zamknięty na cztery spusty aż do koronacji. Z tego też powodu niewypieszczona Anna zakochuje się w pierwszym lepszym palancie, zaraz po śpiewnym i tanecznym wybiegnięciu na ulice stołecznego miasta. Zdaje się również, że lekiem na całe zło i nieśmiałość jest dla dziewcząt czekolada, swoisty substytut alkoholu (w jednej z piosenek pojawiają się słowa, że po kilku czekoladkach atmosfera się rozluźni i puszczą hamulce w relacjach damsko-męskich na przyjęciu). O tajemniczym Hansie, oblubieńcu Anny nie będę się za dużo rozpisywał, żeby nie spoilerować. Jednak jeśli ktoś ma 12 braci i żadnych widoków na dziedziczenie, może być odrobinę nikczemny, prawda? Wyborny socjopata!

Mamy również, między innymi, szlachetnego Kristoffa żyjącego w skrajnej nędzy, która może być przyczyną schizofrenicznych zachowań, przejawiających się w werbalizowaniu komunikatów Svena, swojego wiernego renifera. Bałwanek Olaf ma natomiast wyraźne tendencje do autodestrukcji, nie rozumiejąc, że raczej nie dla niego wczasy w ciepłych krajach czy zbyt długie przesiadywanie przy kominku. Pełen obraz patologii dopełnia Hiszpański Dygnitarz, który z zimną krwią wysyła swoich pomagierów, aby zabić Elsę, jędzę odpowiedzialną za permanentny mróz i unieruchomienie statków w porcie. Przyczepić się nie można jedynie do trolli, które są słodkawo głupiutkie, odrobinę prowincjonalne i wścibskie, nie widzą przy tym żadnego problemu w tym, że kobieta, z którą przybył do nich Kristoff jest zaręczona z innym mężczyzną. O co jednak chodzi: taki Hans z początku jest kreowany na heroicznego bohatera, wiernego kochanka i szlachetnego gospodarza, po czym szydło wychodzi z worka. Młody widz może poczuć się zdezorientowany, chociaż z drugiej strony... lepiej od małego przygotowywać go na szarości życia, c'nie?

Podsumowując: obraz przypadł mi do gustu. Były śladowe elementy walki (wilki, śnieżny strażnik, wywalenie ze sklepiku), dużo komizmu postaci, kilka rozczulających scen (oczy zaszkliły się, kiedy przemądrzały Osioł... eee... znaczy Bałwanek Olaf oznajmił, że dla niektórych warto się roztopić), a także urocza, stereotypowa, prusko-wiktoriańska stylistyka królestwa. A na końcu, jak nietrudno się domyślić, miłość i wiosna zwyciężają! Polecam na zimową randkę z Dziewuchą, do tego gorąca czekolada i półmisek słodyczy (na przykład taki jak ten poniżej), a udany wieczór wielce prawdopodobny!

Po ostatnim poście wiele osób pytało mnie, jak wyglądają te migdały
w niestandardowych polewach. Macie je na obrazku powyżej, to te sraczkowate
(cynamonowe) i przepiórcze (kawowe) jajeczka!

Tak naprawdę to nikt mnie nie pytał, sam sobie to wmówiłem... :C

Trzymajcie się ciepło, wpadnijcie na fanpage Kultura & Fetysze!

środa, 24 grudnia 2014

REFLEKSJA #15: Świąteczne kiermasze


Niesłychanie lubię gubić się w odmętach blogosfery, żeby poszperać w śmiesznych internetowych kącikach piętnastolatek, które publikują tzw. świąteczne wpisy. Struktura jest prosta: zazwyczaj jest kilka zdjęć (albo cudzych, takich jak to powyżej, albo kiepskich własnych), krótki tekścik o zapracowaniu, informacja o zakończeniu spraw związanych z prezentami dla znajomych i rodziny, a także ramowy plan na poszczególne świąteczne dni, zamykający się w lenistwie przed telewizorem i odwiedzinach babci. Oczywiście zabraknąć nie może obowiązkowego moralizatorstwa, że prezenty to nie wszystko, przy jednoczesnym rozpływaniu się na temat świątecznej atmosfery (czytaj: ozdób, śniegu i popkultury) i zapachu piernika (obowiązkowa zbitka leksykalna). Na koniec oklepane życzenia dla czytelników i kurtuazyjne zapytanie: A jak Wy spędzacie Święta? Piszcie w komentarzach. Zostawcie linki do siebie, z chęcią wpadnę, zawszę się odwdzięczam! Może obserwacja za obserwację? Jestem otwarta na propozycje, paaa ;*

Widzicie, w tych kilku zdaniach oszczędziłem Wam czytania tych wszystkich pomyj. Na szczęście Ty, Drogi Czytelniku, zagubiłeś się na blogu wartościowym, niesłychanie kreatywnym i atrakcyjnym, który na dodatek nie został jeszcze odkryty przez zbyt duże grono internautów. Poczuj się elitarnie!

Żeby nie pozostawać gołosłownym w dalszej części notki muszę napisać coś ciekawego. No to będzie anegdotka! Otóż, kilka dni temu, w ubiegły piątek byłem sobie z Ojcem na Starym Rynku, na Świątecznym Kiermaszu. Znając mojego kompana, wiedziałem że będzie ciekawie. Wy jeszcze nie wiecie dlaczego...

Tato mój jest niesłychanym gawędziarzem, trochę wyalienowanym z rzeczywistości. Często opowiada nieistotne z punktu widzenia rozmówców rzeczy o kolegach profesorach, bylinach czy skostniałych strukturach uniwersyteckich. Zdarza mu się również powtarzać farmazony zasłyszane z siódmej ręki, tudzież rozprawiać o sprawach, o których nie możemy mieć pojęcia (niuanse polityki Putina czy teologie dziwnych i zapomnianych religii to tylko niektóre z przykładów). I tak od drewnianego straganika, do drewnianego straganika, z każdym toczyliśmy przynajmniej kilkuminutową dysputę o produktach i wyrobach lub totalnych bzdurach. Na tureckich stoiskach Ojciec trąbił, że jestem prawie jak Turek, żebym mu coś poopowiadał o tych słodyczach (sporą część widziałem pierwszy raz na oczy, a inne nawet na mój gust były po prostu tandetnymi, stylizowanymi podróbami), trochę próbowaliśmy, po czym odeszliśmy nie kupując nic... Na straganie z dziczyzną urządziliśmy sobie dwudziestominutową pogawędkę o unijnych absurdach, nowych metodach wędzenia, polskich wyrobach na Zachodzie, mitycznych gościach z Niemiec, którzy być może chcieliby kupić oferowane wyroby mięsne, po czym odeszliśmy nie kupując nic. Przy grzanym winie, pajdach chleba ze smalcem, zakątku pełnym przypraw i stoisku rosyjskim również były żarty i rozpaczliwe próby zainteresowania naszych kubków smakowych, odeszliśmy jednak, nie kupując nic. Zjedliśmy za to oscypka z żurawiną, skusiliśmy się na kilka litewskich wędlin i białą, syberyjską słoninę, a także (to już w innej budce) wyborne migdały w polewie z cynamonem i z kawą. Ojciec ma jaja, paplał z każdym (czasem chciałbym być tak kontaktowy i społeczny jak On), obeszliśmy wszystko i nie daliśmy się wciągnąć w zakup niczego, co nie było w planie. Pewnie pojedlibyśmy więcej i nie okłamywalibyśmy nikogo, że wrócimy na jego stoisko, gdyby nie wcześniejszy obiad w Pekinie (zupa kwaśno-pikantna, kuleczki wieprzowe w sosie słodko-kwaśnym z ryżem i warzywami, banan w cieście z kokosem robią swoje). Taaak, to był radosny, PRZEDŚWIĄTECZNY dzień ponad klasę średnią.

Zdecydowaliśmy, że za rok również odwiedzimy Kiermasz Świąteczny. Może pogoda pozwoli i uda się zobaczyć lodowe figury? Choinka przy Poznańskim Ratuszu jest w tym roku bardzo zjawiskowa (lepsza niż ta z butelek), a idąc od strony Placu Wolności przechodzimy przez malowniczą świetlistą bramę. Na samym zaś Placu Wolności jest masa małych święcących elementów z logiem sponsora, firmą Enea. Cóż, lepiej tak niż oblepianie reklamiskami...

Jakoś po przeczytaniu tej całej historii stwierdzam, że dla osób postronnych, może to być raczej miałkie i mało interesujące. Musielibyście jednak widzieć pocieszną niefrasobliwość dwóch głównych bohaterów historii - mnie i mojego Szanownego Rodzica.

Jako, że dzisiaj Wigilia i wszyscy boggerzy składają życzenia swoim Czytelnikom, nie mogę zbytnio odstawać od reszty stawki, jeszcze przestaniecie mnie czytać #strach_w_oczach! Zrobię to jednak nietypowo, pragnę bowiem dołączyć do życzeń zamieszczonych w darmowym informatorze ZUS (jakie to odrażające pójście na łatwiznę, prawda?). Swoją drogą kupa śmiechu z tym czterostronicowym wydawnictwem.

Pięknie! Grafik najpewniej płakał jak projektował!
Ludzkie zdrowie zdaje się być szczególnie istotne dla instytucji!
(z: ZUS dla Ciebie, Magazyn informacyjny dla klientów
Zakładu Ubezpieczeń Społecznych
)

Niektórzy tutaj wierzą tylko w to co widać,
mają zakodowane piekło jak Blizzard!
                               ~Quebonafide, Paulo Coelho

PS: Rozkminiliście ten boski panczlajn powyżej? Diablo!

Zdjęcie Świątecznego Marketu w Goslar pochodzi z: flickr.com, dokonałem delikatnego retuszu kolorów.