piątek, 10 stycznia 2014

ERASMUS LIFE #17

Przerwa w egzaminach.  Ruszam więc z przewodnikiem w jednej i aparatem w drugiej ręce. Przypasowałaby tutaj odpowiednia metafora. Nie samotny wilk, bo ten ze swej natury jest raczej niebezpieczny. Szakal ani hiena też nie, bo stworzenia te wydają się (mimo wszystko) zbyt plugawe. Słonie żyją przeważnie w grupach i są inteligentne (presupozycja?). Antylopy nazbyt rącze jak na mój gapciowaty charakter. Poddaję się, dajmy spokój z wysublimowanym środkom stylistycznym. Po prostu Maciej pospolity. Cieszmy się z naszych przeciwstawnych kciuków i że możemy pisać (wy w sumie w większości tylko czytacie, ale to i tak spoko) takie idiotyczne wstępy do postów.

Istanbul - miasto gołębi. Gru, gru!
Bufet Niebieski Kąt, adekwatna nazwa + niezbyt smaczne mięso.
No co? Spacer pobudza apetyt!
W środę odwiedziłem chyba pół tuzina meczetów. Wreszcie zajrzałem do wnętrza cudownego Aksaray Valide Sultan Camii, jednego z ostatnich meczetów wybudowanych w czasach Imperium Osmańskiego. Eksplorując Fatih i Sarayburnu (Cypel Pałacowy) starałem się zaglądać wszędzie gdzie tylko mogłem, również do grobowców sułtanów Mustafy III i Selima III, a także Mahmuda II. Wreszcie zawitałem na Kapalı Çarşı (Wielki Bazar), ale tak jak podejrzewałem - miejsce to jest strasznie skomercjalizowane, zatłoczone i asortymentem bardzo zbliżone do dobrze mi znanego Mısır Çarşısı (Bazaru Korzennego tudzież Egipskiego). Ah, no i oczywiście dużo droższe.

Sultan III. Mustafa Han ve Sultan III. Selim Han Türbesi
Sultan II. Mahmud Türbe z zewnątrz
Kolumna Konstantyna/Palona Kolumna
Przereklamowany Kryty Bazar
Chcieć zrobić zdjęcie sklepu = wypić herbatę z rodziną sklepikarza, poznać
szczegółową ofertę (najtańszy okaz ze zniżką dla studentów - 120 euro...),
podzielić się planami na przyszłość, spędzić tam 15 minut.
Miło.., ale tylko za pierwszym razem ;]
Tradycyjne tureckie jedzenie...
Próbowałem (kontrolowanego) gubienia się w wąskich uliczkach Istanbulu, opędzania się od żebrzących kobiecin w asyście ciekawskich dzieciaczków i możliwości zrobienia ciekawych zdjęć. Chciałem też wreszcie zaliczyć harem Topkapı, ale spóźniłem się nieznacznie (wejścia do godziny 16). Nie spocznę jednak póki nie zobaczę Dziedzińcu Czarnych Eunuchów! Dodatkowo odkryłem interesujące muzeum w Parku Gülhane, które też niestety było już zamknięte (Muzeum Nauki i Techniki w Islamie, prawda że brzmi intrygująco?). Trzeba zatem znaleźć odrobinę czasu na powrót w te rejony. Nie wiem jak, nie wiem kiedy, ale trzeba.

Brama Sułtańska.Na pewno domyślacie się, jaki efekt
chciałem uzyskać, ale się nie udało :C
Fontanna Ahmeda III (XVIII w)
Hagia Eirene (zwana również Małą Hagia Sophią). VI wieczny
bizantyjski kościół, NIGDY niezmieniony w meczet!
O ile się nie mylę - Fontanna Kata, miejsce gdzie ponurzy panowie
obmywali dłonie po publicznych egzekucjach.
Park Gülhane, spacer zakochanej, atrakcyjnej (?) parki
Soğukçeşme Sokağı - uliczka ręcznie malowanych, drewnianych domków
Chyba lepiej nie przekraczać tego znaku i grzecznie
zmienić obszar dociekań
Po całym dniu  wędrówki i łapania inspiracji zawitałem do Hamamu. Chyba zdrowo mnie pochrzaniło, ale zapłaciłem tą kosmiczną stawkę za wejście w pakiecie podstawowym (bez masażu, szamponów, szmerów, bajerów). Był to całkiem odprężający wieczór spędzony w towarzystwie otyłych mężczyzn i masażystów (szkoda, że nie udało mi się znaleźć żadnego towarzysza do tego wypadu, bo samemu szybko zaczyna się nudzić). Jeden dobry człowieczyna z personelu zafundował mi gratisowy, krótki masażyk, po klasycznej, angielsko-tureckiej gadce-szmatce. Bardzo ciekawie wpływa na człowieka takie naprzemienne drzemanie w saunie i obmycia gorącą wodą przy pomocy miedzianej miseczki. Na marginesie, Łaźnia turecka różni się od rzymskiej tym, że zazwyczaj nie ma basenu z chłodną wodą, co (w mojej opinii) jest sporym minusem, gdyż utrudnia powrót do trzeźwej normalności. Chciałem poprosić recepcjonistów o jakąś pamiątkową fotkę w tradycyjnej przepasce, ale obsługa poza pomieszczeniami kąpielowymi była jakaś taka mrukliwa i niezbyt sympatyczna. Pstryknąłem więc kilka zdjątkek z rąsi, ale nie wstawiam. Nie obniżajmy i tak niskiego poziomu artystycznego zdjęć na tym blogu! ;)

Legendarna, ostatnia stacja Orient Expressu (Paryż-Stambuł)
O! Przepraszam, że niepokoję...
Dobre chuligany!
Łaźnia Cağaloğlu (czynna od 1741)
... i w środku!
Tak, dowód że byłem ;)
Wszystko jednak siada przy wydarzeniu wczorajszym. Powiem tylko tyle - Euroliga: Fenerbahçe Ülker VS FC Barcelona. Prawdę mówiąc, nie jestem żadnym wczutym fanem koszykówki, widziałem raptem kilka meczów polskiej reprezentacji i okazyjnie rzucam okiem na NBA, ale może z czasem się to zmieni? Magia Željko Obradovića zadziałała. Coach chodzi przy linii bocznej lepiej niż Wenta, nie raz wbijał na parkiet, jakby chciał pomóc swoim graczom w kontratakach. Jesteście w stanie wyobrazić sobie to, że gość ma więcej wygranych trofeów niż Galatasaray meczów w Eurobaskecie? Jak mówi jedna z nowszych, klubowych przyśpiewek: jesteśmy żołnierzami Obradovića!

Ha! Ha! Ha!
Cafe Crown przy arenie okazało się nie na naszą kieszeń. Ale, że
byliśmy dość głodni, zjedliśmy po zupie dnia i małym kawałku ciasta.
Bardzo małym i cholernie drogim...
Ülker Sports Arena! Słabo przypozowane i jeszcze ten szalik krzywo... 
Ale jaranko w opór więc trzeba wrzucić!
32 pkt. jeśli mnie pamięć nie myli...
Pojedynek par na rzuty za 3 i wykończenia akcji, po czym oświadczyny w przerwie!
Delightfully! <3
Ostatecznie ulegliśmy, ale jeszcze 10 sekund przed końcem była szansa..!
73:76, nie ma wstydu. Maciej Lampe nie zabłysnął, choć miał przyzwoity bilans:
0 minut/0 punktów, asyst i zbiórek!
Przepraszam za drętwą formułę dzisiejszego wpisu, ale żyje się szybko, umiera młodo - ostatnie 10 dni w Istanbule... Blog wkracza w fazę lakonicznego dziennika z fotograficzną łapanką w tle, bez autokorekty przed publikacją. Postaram się poprawić, kiedy tylko znajdę odrobinę czasu, bo wiem, że niektórzy czekają na przydatniejsze opinio-porado-informacje. Dzisiaj nie ma już na to czasu. Wrzucam coś na ruszt i idziemy z Osmanem na kolejny mecz Euroligi. Tym razem Anadolu Efes VS Unicaja Málaga. OSZALAŁEM, ale takie okazje mogą się nie powtórzyć!!! YOLO, czy jakoś tak..!

No dobra, za tym za bardzo nie przepadam...
PS: Bilety zabukowane, trochę jeszcze w Turcji pobędę. Najpierw Tars, Adana, później Izmir i mam nadzieję, że wuchta mniejszych miasteczek. I na koniec znowu Istanbul, bo nie ma bezpośrednich lotów do Warszawy. Polską ziemię ucałuję szóstego lutego we wczesnych godzinach wieczornych. Oczęta me ujrzą Dworzec Główny pewnie gdzieś około północy...

Nie, nie obchodzi mnie Legia, Leśnodorski Jodłowce.
Po udanym występie w Lidze Europejskiejfejm się zgadza!
Stołeczne orły rozchwytywane! ;]

1 komentarz: