środa, 30 grudnia 2015

RECENZJA #118: Historie o zwykłym szaleństwie - Charles Bukowski


No nie wytrzymałem do stycznia na swoim małym urlopiku, ciągnie mnie do blogaska jak diabli. Szczególnie, gdy obserwuję, że Was też trochę ciągnie. W grudniu zanotowałem prawie 5 tysięcy wejść i grubo ponad sto komentarzy. Ale się rozhulało! Szalony rok, więc książka pt. Historie o zwykłym szaleństwie pasuje jak ulał.

Historie o zwykłym szaleństwie to na polskim rynku prawdziwa świeżynka, najnowsza rzecz zaproponowana przez wydawnictwo Noir Sur Blanc, które trudni się cierpką prozą (i poezją) Bukowskiego od wielu, wielu lat. Ci, którzy już wcześniej zetknęli się z twórczością "prawdziwej ikony Beat Generation", wiedzą dobrze, czego można się spodziewać. Nierzadko będzie wulgarnie, absurdalnie, obleśnie, ale również bystro i.. niezwykle wciągająco. Charles potrafi stworzyć interesujące historie, które mają szczątkową, leniwą fabułę, ale zawsze niosą jakieś przesłanie. Często musimy się go nieźle naszukać. Zazwyczaj jest to jednak zawoalowane narzekanie na chore społeczeństwo drugiej połowy drugiego milenium.

Pozycja to zbiór luźnych opowiadań, wśród których bardzo trudno znaleźć wspólny mianownik, za wyjątkiem tytułowego szaleństwa. O tak, poznamy masę szaleńców. Nieprzystosowanych buców, kiepskich poetów, wariatów i więźniów. Moczymordów, profesorów i tych tylko na pozór normalnych, przegrywających życia na torach wyścigowych i w barach. Będą także narkomani, prostytutki, jedna oświecona zoofilka, a nawet koc-morderca. Łącznie 34 opowiadania na 296 stronach ze (zdaniem niektórych) najlepszego okresu twórczości Bukowskiego, a więc końca lat 70 i początku lat 80 XX wieku.

Moim skromnym zdaniem, poziom tekstów, co nieuniknione w tak dużym dziełku, jest mocno zróżnicowany. Od całkiem kiepskawych (np.: Wspaniałe zaślubiny w stylu zen, Deszcz i kobiety, Dom dla czubków na wschód od Hollywood), aż po genialne (m.in.: Odsiadka z wrogiem publicznym nr 1, Piwo, poeci i gadki, Fioletowy jak irys czy Zwierzęta napluły mi do zupy). Na szczęście zanotowałem przewagę tych jakościowo lepszych. Oczywiście Wasza lista ulubionych fabułek może się znacząco różnić od mojej i nie ma w tym nic złego, nie płaczcie.

Niektórych z pewnością zirytuje ostentacyjne lekceważenie kilku zasad pisowni. W olbrzymiej większości opowiadań mamy do czynienia z brakiem dużych liter na początku zdań, a zdania wielokrotnie złożone, to chyba konik autora. Mi to specjalnie nie wadziło, da się szybko przyzwyczaić.

Biegnąc w stronę podsumowań - polecam czy nie polecam? Jak zawsze przy Buku, jestem rozdarty. Na pewno zdarzą Wam się momenty, przy których będziecie psioczyć na żenujący poziom tejże prozy (wstawki o samodzielnym robieniu sobie loda czy drapaniu w dupie wyłamują się trochę z literackich konwencji). Niektórzy to kochają, niektórzy nienawidzą. Ja nawet lubię ten autobiograficzny, brudny styl alkoholowego mędrca. Od czasu do czasu. A już szczególnie lubię wyłuskiwać wartościowe cytaty i inspirujące obserwacje rzeczywistości. Trzy przykłady takowych znajdziecie poniżej. Na zachętę. Selekcja była trudna, bo zaznaczyłem kilkanaście, jeśli nie kilkadziesiąt, fajnych myśli.

obecnie niemający pojęcia o pisaniu krytycy próbują w mętny sposób pomniejszyć znaczenie Hemingwaya. temu staremu skubańcowi już od połowy kariery zdarzało się pisać słabe teksty, ale mimo że stopniowo dostawał zajoba, to i tak inni wyglądali przy nim jak chłopcy w krótkich majteczkach, podnoszący rękę z prośbą o pozwolenie na małe literackie siusiu. (…) Ernie był mechanikiem: lubił naprawiać świat na papierze. (...) a potem Hem dorywał się do maszyny i pisał na stojąco. maszyna była dla niego jak rewolwer, jak broń. (Żegnaj, Watsonie, s. 91)

przypadła nam ta sama gówniana robota, co nas łączyło. głownie to, że nie chcieliśmy brodzić w szambie do końca życia, i chociaż to szambo było dobrą lekcją, to już więcej nie dało się nauczyć, tylko najwyżej w nim utonąć. (Zastrzeliłem gościa w Reno, s. 181)

wszyscy ludzie w Los Angeles to robią: z obłędem w dupie biegają za czymś, czego nie ma. w zasadzie to strach przed skonfrontowaniem się z samym sobą, strach przed samotnością. ja z kolei boję się tłumu biegających z obłędem w dupie. ludzi, którzy czytają Normana Mailera i chodzą na mecze bejsbola i strzygą, i podlewają swoje trawniki, i przekopują ogródek gracką. (Zapiski potencjalnego samobójcy, s. 229)

Dane techniczne:
Autor: Charles Bukowski
Tłumaczenie: Michał Przybysz
Oprawa: miękka
Wydawnictwo: Noir Sur Blanc
Liczba stron: 296
ISBN: 978-83-7392-558-8
Cena detaliczna: 29,90 złotych (tutaj taniej!)
Recenzje innych książek Bukowskiego:

Wbrew moim braciom, co wciąż w strachu, że w tym syfie zginę,
Idę po prawdę o sobie w dół, aż pod nifesime!
Rozrywany korzeniami, blizn nie liczę, synek
I zostawiam ślady by wiedzieli, że tu jeszcze żyję. Yo!

piątek, 25 grudnia 2015

Wesołych Świąt Drodzy Czytelnicy!

Graficzka "pożyczona" z fanpage'u Kubuś i Przyjaciele

Jak tam trwające Święta misiaczki? Nie nadużywacie Internetu, nie braknie refleksji i zadumy nad Dzieciątkiem Jezus? Bo jedzenia chyba nie brakuje, dostrzegam okruszki na Twoim sweterku. Tak, Twoim. Widzę ten kawał ciasta na prawo od myszy, nie ukrywaj go!

Chciałem zebrać dla Was wszystko, co pojawiło się w ramach adwentowo-świąteczno-zimowych obchodów na Kultura & Fetysze, a co moglibyście sobie poczytać w przerwie między Bożym Narodzeniem, a Nowym Rokiem. Ja w tym czasie będę się starał funkcjonować offline. Wieczorami tylko zerknę, czy pojawiły się nowe wejścia i komcie, plus ewentualnie na nie odpiszę! Urlopik od bloga! <3

Najsampierw, polecam opowiadanko Magia Uszatej Góry.
To dość dobra rzecz, cukierkowa i słodka, że aż strach! Jeśli spodoba Wam się moje pióro, to nic nie stoi na przeszkodzie, żebyście zajrzeli również do poprzedniego opowiadania pt. Świerszcz i Trzy Palce.

Okres adwentu minął na blogu pod hasłem serii XMAS SWEETS. Podjąłem się ambitnego zadania zrecenzowania dla Was wielu smakołyków. Liczba postów, które ukazały się w tym cyklu jest nawet imponująca, bo to aż 13 odcinków. Parszywa trzynastka. Poniżej chronologiczna lista postów z moją subiektywną oceną produktów na tzw. skali słodkości. Nic nie soi na przeszkodzie, żeby podjeść sobie te rzeczy PO XMAS! ;)


Zaglądając do grudniowych wpisów z poprzednich lat, natrafiłem na kilka perełek, które bardzo mocno się nie zestarzały. Polecam wpis o Świątecznych Kiermaszach czy recenzję ciepłej książeczki Barbary Wicher pt. Niezwykłe przygody Świętego Mikołaja. Pssst, ale Magia Uszatej Góry i tak lepsza! x)

Z kolei dwa lata temu pojawił się pościk m.in. o Bożym Narodzeniu i Imprezie Sylwestrowej na tureckiej emigracji. Kto chce się bliżej zapoznać z zakładką PODRÓŻE – nic nie stoi na przeszkodzie!

I na koniec najważniejsze – życzenia! Wszystkim Czytelnikom-Cywilom i Czytelnikom-Blogerom życzę, abyśmy nie zanudzili siebie i innych treściami, które nadajemy w internetowy eter. Złapmy dystans, odpocznijmy w gronie najbliższych od naszych stronek, żeby udanie wkroczyć w Nowy Rok. Oczywiście zdrowia, miłości, sukcesów, pieniążków i masy odsłon również! Szczególnie chciałem powinszować moim ujawnionym, stałym bywalcom: Indywidualnemu Obserwatorowi, Carrie, Cursed Psychopath, Agrafce, Marcie W. i Pol@i (dwie ostatnie rozwiązały świąteczne zadanko, więc podwójne polecanko)! Wszyscy ci dobrzy blogerzy są godni polecenia, szanują czytelników i z pewnością odwiedzą Wasze blogi, jeśli zostawicie u nich wartościowy komentarz. Jeśli któregoś z najwierniejszych rycerzy Kultura & Fetysze pominąłem, to przepraszam, ale wydaje mi się, że nic takiego nie miało miejsca!

Aż tak mnie nie kochają :C
Nudna książka, skarpety i gra z kiosku dla dwudziestoparolatka!
Żartuję, to mistyfikacja. Książka autorstwa taty od Taty, socksy
od Dziewuchy dla beczki, a ten cud techniki dla graczy sprawiłem sobie sam! ;]

W Świętach nie chodzi oczywiście o prezenty, ale siłą rzeczy, gdzieś tam one krążą pod drzewkiem. Jako, że na tym blogu często wpadamy w zdradzieckie sidła konsumpcjonizmu, mam nadzieję, że dostaliście coś lepszego niż powyższy secik. Choć wiadomo, każdy cieszy bułę z czegoś innego… :D

Do poczytania w styczniu!

czwartek, 24 grudnia 2015

XMAS SWEETS: Mandarynki, mandaryneczki!

Seria okolicznościowa na Kultura & Fetysze! Od końca listopada, aż do samiusieńkiej Gwiazdki, pojawiać się będzie maaaasa recenzji słodyczy. A żeby było po nowoczesnemu i ze szczyptą SWAGu, to cykl nazywa się XMAS SWEETS (archiwalne wpisy znajdziecie w zakładce RECENZJE JEDZENIA), a pewną drobną innowacją jest tzw. skala słodkości, określająca pocieszność i świąteczność produktu, a także, w mniejszym stopniu - smak. Skala przyjmuje wartości od 1 do 10, gdzie 1 oznacza absolutną ponurość i nieświąteczność, a 10 znaczy mniej więcej tyle, że smakołyk urzekł mnie niczym Szeregowy z Pingwinów z Madagaskaru. Witam w ostatnim odcinku serii!


Długo się zastanawiałem, czy jest jakiś słodycz, który odpowiada mi w stu procentach. Taki, bez którego czułbym się nieswojo w adwencie. Który ma w sobie to magiczne COŚ. I wykoncypowałem. Mandarynka. Jedyny słodycz, co zasługuje na dyszkę na skali słodkości! On i tylko on. Mam nadzieję, że przyznacie mi rację!

6 POWODÓW, DLA KTÓRYCH MANDARYNKI SĄ ZAJEFAJNE!

Po pierwsze, efektowne opakowanie. Wyróżnia się z tłumu, jest agresywne, ale świetnie komponuje się z otoczeniem. Ze swoim słodkim, kuleczkowatym kształtem i zielonkawym półogonkiem. Nie zbije się gdy upadnie.

Po drugie, zapach. Mandarynki zarówno w skórce, jak i obrane, pachną znakomicie. Pachną nawet z kosza na śmieci! Ale nie wkładajcie tam głów. Ani swoich, ani innych!

Po trzecie, soczyste i słodkie. Oczywiście, wszystko zależy od podgatunku, dlatego najlepiej najpierw zrobić rozpoznanie i kupić po dwie mandarynki w różnych sklepach. Popróbować, a potem zaopatrzyć się u wybranego dostawcy. Ważne, żeby nie pomylić próbek badawczych!


Po czwarte, zabawa. Zarówno przy obieraniu, jak i rozdzielaniu porcji. Dzięki aerodynamiczności opakowania, można też łatwo rzucić komuś owoc, co wiąże się z brakiem konieczności podnoszenia szlachetnych czterech liter z kanapy. A ilu z Was próbowało kiedyś żonglować nieobraną mandarynką?

Po piąte, naturalny cukier. Można więc wpierniczać i wpierniczać. Oczywiście, pomarańczowe maluszki mogą być modyfikowane genetycznie lub opryskiwane, ale w Polsce? Chyba nie… Do nas nowinki dochodzą zdecydowanie najpóźniej. Chociaż… Może testują pryskane mandarynki na naszych organizmach? Ale spokojnie, te co leżą w Twojej kuchni wydają się okej! Trust me!

Po szóste, witaminki. Jak to w cytruskach. A, B1, B6, C, kwas foliowy. Mandarynki pomagają również na zaparcie i łagodzą zakwaszenie organizmu. Niektórzy wspominają także o właściwościach zmniejszających ryzyko zachorowania na niektóre nowotwory. Nieźle!

Żeby nie było tak całkowicie różowo, niektóre mandarynki mają pestki, twarde przegrody pod skórką lub są na tyle soczyste i miękkie, że ręce niemal pływają w soku. Tego raczej nie lubimy. Ale czy bylibyście w stanie odebrać mandarynce prymat wśród świątecznych słodyczy i wystawić jej słabą notę? Nie sąONdzę!

Ja tam lubię sobie podjeść mandaryneczki i solidnie zapić Colą :v

Polecam gorąco, gorąco! Współczuję tym, którzy nie mogą jeść z powodów zdrowotnych. A Wy, Drodzy Czytelnicy, zaopatrzyliście się już w siatę pomarańczkowych kuzynów? Jeśli nie, to koniecznie napiszcie dlaczego! Widzicie jakieś inne powody zajefajności mandarynek? Również napiszcie!

Wartość na skali słodkości dla słodziutkich mandarynek - 10!
Jedyny słuszny werdykt.
Jednak co z natury, to najlepsze. Pod każdym względem.
Klementynki czy tangelo nie są już tak doskonałe!

Nie życzę Wam jeszcze zdrowych, wesołych, pachnących mandarynkami Świąt, bo taki okolicznościowy pościk pojawi się zapewne jutro. Z listą okołoświątecznych rzeczy, które pojawiły się na blogasku, co byście mogli sobie poglądowo przejrzeć i nadrobić ewentualne zaległości. Ja już zapowiadam, że do końca roku zrobię sobie krótką przerwę od nowych notek. Ewentualnie będę odpowiadał na wasze komentarze i wiadomości. Bo z pewnością dalej będą się często pojawiać, prawda? PRAWDA? ;

Więcej ciekawostek na temat mandarynek (m.in. odmiany i historia nazwy) na stronie: http://www.odzywianie.info.pl/przydatne-informacje/artykuly/art,Mandarynki-ciekawostki-i-wartosci-odzywcze.html, z której korzystałem przy redakcji tego wpisu! Buziaczki!

XMAS SWEETS: Figurki korzenne Cukiernia Róża / TAGO


Wigilia. Większość z Was ubiera teraz choinkę. Kręci się po kuchni. Nerwowo pakuje ostatnie prezenty. Skupmy się na tej pierwszej aktywności – przystrajaniu drzewka. Dzisiaj sprowadza się to głównie do wyjęcia pudła bombek ze stryszku lub pawlacza, ewentualnie dokupienia kilku drobiazgów i lampek. A jak robiło się to kilkaset, a nawet jeszcze kilkadziesiąt lat temu? Ciastka, pierniczki, rajskie jabłuszka, orzechy zawijane w sreberka, piórka, wydmuszki, kłosy zbóż, a w bogatszych, mieszczańskich domach ozdoby z papieru i bibuły, dzwoneczki, a także anielskie włosy. Czy komukolwiek z Was chciałoby się wieszać jedzenie na gałązkach, nie ważne czy sztucznych, czy prawdziwych? Wtedy tak robiono, co więcej, każdy z elementów miał jakiś lepiej lub gorzej uświadomiony sens, coś symbolizował. Odsyłam do wikipedii!

Gładko przeszliśmy do recenzowanego dzisiaj produktu – Figurek korzennych na choinkę od Cukierni Róża, a właściwie od firmy TAGO, którą braliśmy już kilka dni temu pod lupę (klik!). I cóż, smak ciasteczka nie różniłby się zbyt mocno od podówczas recenzowanych rombów, gdyby nie jeden szczegół: cukrowa glazura (3%). Sprawia ona, że herbatnik jest "konkretnie słodki". I delikatnie chrzęści między ząbkami, co przypomina odgłos stąpania po śnieżnym puchu.

ZADANIE: Stwórz krótką historię z wszystkimi siedmioma elementami.
Możesz użyć maksymalnie trzech zdań. Ma być fajna, z okruchem sensu. 
NAGRODA: Jednorazowe polecenie Twojej stronki na moim blogu
JAK WZIĄĆ UDZIAŁ: Opowiedz historyjkę w komentarzu.

Produkt otrzymał wysoką notę na skali słodkości, gdyż opakowanie prezentuje się przyzwoicie (ten san design co w przypadku Krówek mlecznych od ANABELE), poza tym można je skutecznie wykorzystać jako pudełko na inne pierniczki i ciastka (zamknięcie jest naprawdę solidne). Najważniejsze jednak, że produkt nawiązuje do dawnych tradycji i każdy pierniczek ma dziurkę, przez którą można przewlec wstążeczkę lub sznurek. Ja bym nie powiesił, ale alternatywa jest. Poza tym, zauważyłem, że figurkom nawet służy przebywanie na powietrzu, bo tak ładnie wtedy kruszeje, pozwala się wyginać i gnieść. Minusem z kolei jest to, że cukrowa glazurka wcale nie jest tak ładnie nałożona, jak widzimy to na propagandowym opakowanku!


Takie pudełka pierniczków powinniście dostać zarówno w większych sklepach, jak u mniejszych prywaciarzy. Jeśli nie szukacie w Biedronce to pytać należy raczej o markę TAGO. Koszta? Zróżnicowane, ale w znakomitej większości przypadków, zamykające się w sześciu złotych. Jak na tyle jedzonka (250 gram), sądzę, że się opłaca.

Wartość na skali słodkości dla Figurek korzennych TAGO - 7!
Dużo kształtów, w ładnym i praktycznym opakowaniu.
Niestety, korzenne herbatniki były glazurowane przez stadko
orangutanów. Nie powiesiłbym tego na choince, oj nie!
Ale smakuje dobrze. Słodko, słodziej od innych TAGO!

Składniki: mąka pszenna, cukier, syrop glukozowo-fruktozowy, tłuszcz palmowy, substancja spulchniająca: węglany sodu; przyprawy korzenne: goździki, cynamon, imbir; białko jaja w proszku, regulator kwasowości: kwas cytrynowy. Może zawierać mleko, laktozę, soję, orzeszki arachidowe, orzechy, nasiona sezamu. Wartość odżywcza w 100 gramach produktu: wartość energetyczna 1875 kJ/445 kcal; tłuszcz 13 gram, w tym kwasy tłuszczowe nasycone 6,2 grama; węglowodany 76 gram, w tym cukry 34 gramy; białko 5,2 grama, sól 0,82 grama. Jedna porcja = 34 gramy ~ 4 ciastka.

środa, 23 grudnia 2015

XMAS SWEETS: Czekolad(k)a mleczna ALPINI


Seria okolicznościowa na Kultura & Fetysze! Od końca listopada, aż do samiusieńkiej Gwiazdki, pojawiać się będzie maaaasa recenzji słodyczy. A żeby było po nowoczesnemu i ze szczyptą SWAGu, to cykl nazywa się XMAS SWEETS (archiwalne wpisy znajdziecie w zakładce RECENZJE JEDZENIA), a pewną drobną innowacją jest tzw. skala słodkości, określająca pocieszność i świąteczność produktu, a także, w mniejszym stopniu - smak. Skala przyjmuje wartości od 1 do 10, gdzie 1 oznacza absolutną ponurość i nieświąteczność, a 10 znaczy mniej więcej tyle, że smakołyk urzekł mnie niczym Szeregowy z Pingwinów z Madagaskaru.

O! O tym chciałem Wam koniecznie napisać. Powiecie, że śmieszne, że taka zwykła czekoladka, a on się rozczula. Powiecie, że napisał post bez polotu i pcha go na siłę. Powiecie, że Biedronkowy bloger za dychę z niego. I być może będziecie mieli rację. Częściowo. I tylko w pierwszym i ostatnim sądzie ;**

Jestem pewien, że niektórzy z Was traktują mniejsze marki jako niegodnych konkurentów firm, których loga na co dzień przewijają się w mainstreamowych mediach, sterowanych przez żydokomunę (WTF?). A ALPINI, należące do ZWC "Millano" Krzysztof Kotas do absolutnego topu producentów łakoci w Polsce zaliczać się nijak nie może. A przygotowało fajną rzecz. I smaczną, i ładną. Taką, że z czystym sumieniem wystawię jej przynajmniej ósemeczkę! No, dobra, może raczej siódemeczkę, ale warto pamiętać, że niejedna bardziej renomowana mareczka w mojej serii upadła nisko. Pod stół. Poniżej poziomu morza (sprawdź np. wpisy o Goplanie czy Mieszko).

Fajowo co? Jest ochotka zanurzyć kły w takim prezenciku? ;] 

Sześćdziesięciogramowa, ofoliowana paczuszka zawiera cztery mniejsze, 15 gramowe czekoladki. Spójrzcie na fotografię, jak prześlicznie zostały zaprojektowane i wykonane. I nie mówię tu tylko o nadruku na papierkach, ale także o odlaniu tabliczuszek. Te są co prawda cienkie niczym 15 kartek papieru do ksero (wiem co mówię, tyle mam napisanej magisterki), ale zaskakuje w nich jedna rzecz. SKĄD DO CHOLERY TEN DOSYĆ WYRAŹNIE WYCZUWALNY POSMAK ORZECHA? Oczywiście, po krótkiej analizie składu widzimy, że Produkt może zawierać…, ale to chyba zbyt prostackie wyjaśnienie. Nie żebym narzekał, ten smak jest cudowny, taki delikatny orzeszek, lecz dziwi mnie to w mlecznej czekoladzie. Pojęcia nie mam, czy to tylko moje zmysłowe omamy, czy tam naprawdę jest ORZECH! Może któryś z Czytelników jadł, jest po kursie sensorycznym i się wypowie? Albo jakiś chemik wskaże, co ze składników może tak udanie imitować smak laskowego? ;)

A z tyłu, jako podkładka pod cztery czekoladki, mamy łamigłówkę.
Znajdowanie szczegółów i inne takie - zawsze na propsie!

Jak widać, nie trzeba dużo, żeby mnie ująć za serducho, a rysuneczki nie muszą wychodzić z deski kreślarskiej Picassa czy Rembrandta. Solidne (w miarę) wykonanie i dobry (choć zaskakujący) smak w zupełności wystarczają! Niestety, dokładnej ceny nie pamiętam, ale to było koło dwóch złotych. Być może z kawałkiem...

Wartość na skali słodkości dla Czekolady ALPINI - 7!
Dziwi orzechowy smak, który miał być mleczny.
Często ciut krzywe pakowanie przysmaków. Ale wzorki
słodkie i dopracowane! Za to skład średni...

Składniki: Cukier, tłuszcz kakaowy, mleko w proszku pełne, miazga kakaowa, serwatka w proszku (z mleka), emulatory: lecytyny (z soi), polirycynooleinian; aromat. Masa kakaowa minimum 30%. Produkt może zawierać orzeszki arachidowe, orzechy, jaja i zboża zawierające gluten. Wartość odżywcza w 100 gramach produktu: wartość energetyczna 2209 kJ/529 kcal; tłuszcz 31 gram, w tym kwasy tłuszczowe nasycone 20 gram; węglowodany 56 gram, w tym cukry 56 gram; białko 4,9 grama, sól 0,24 grama.

XMAS SWEETS: Krówki Mleczne ANABELA


Jakoś w połowie grudnia, w Biedronce, za niecałe 13 złotych (no dobra, to było 12 złotych i 49 groszy, więc zgodnie z zasadą zaokrągleń, powinienem powiedzieć raczej dwanaście z kawałkiem lub, najlepsza opcja, dwanaście pięćdziesiąt, szlag cię matmo!), dorwałem słoik mlecznych krówek Anabela, wyprodukowanych przez Jutrzenka Dobre Miasto.

Króweczki, jak króweczki – nic szczególnie nowatorskiego. Oddać im jednak należy, że nie są ani za twarde, ani za miękkie, a co najważniejsze: na pewno nie można przypisać im największego grzechu krówki, czyli twardej skorupy i grudkowatego (lub lejącego się) gluta w środku. Krówki przylepiają się do zębów, to fakt, ale dość łatwo ustępują pod naporem jednego z silniejszych mięśni naszego organizmu, to jest języka. Starzeją się szlachetnie, gdyż moje smakują właściwie identycznie jak na początku, mimo wyłożenia na miseczkę i narażania na zmienne warunki atmosferyczne w kuchni. Wyłożyłem je w papierkach, rzecz jasna. Czasem tylko kawałki papieru wlepiają się mocno w boki cukierka. Niekiedy krówki są niekształtne, jakby nacisnęły je rączki jakiegoś bałwanka. Wszystko to  jednak sprawy mocno incydentalne.

ZADANIE: Policz ile krówek Anabela znajdziesz w opakowaniu
NAGRODA: Jednorazowe polecenie Twojej stronki na moim blogu
JAK WZIĄĆ UDZIAŁ: Odpowiedz w komentarzu. Pierwszy wygrywa!

Ale dlaczego tak wysoka ocena na skali słodkości? Przyjrzyjcie się, Drodzy Czytelnicy, jaki to piękny, spójny design. Nic zbędnego. Czerwona naklejka na froncie ze złotym obramowaniem. Subtelne, białe śnieżynki, dopasowane kolorystycznie do czcionki. Świąteczne życzenia zredagowane PO POLSKU! A do tego on, dumny słoik, który zostanie nam po spożyciu produktu. Grube szkło, niezawodny mechanizm, praktyczna, również czerwona, gumka przy dekielku. Bomba. Powiem Wam, że bardzo często można zapłacić koło dziesięciu złotych za sam taki słoik, a tu? Mamy dodatkowo 500 gram mlecznej krówki. No ja bym się skusił, gdzieniegdzie jeszcze może być na stanie. Albo za rok! Polecam pomadkę mleczną niekrystaliczną (alternatywna nazwa wyczytana z opakowania).

Wartość na skali słodkości dla krówki mlecznej Anabela - 9!
Uzasadnienie: minimalizm, praktycyzm, cena.
Cholercia, to jest bardzo, bardzo dobra krówka!
No i napisy, po polsku! #StopGlobalizacjiStartPolonizacji

Pomysł na DIY: Hura, hura, huuuura! Wysyp krówki do woreczka, skołuj 365 małych, jednakowych karteczek i nanieś na nie tyleż samo spersonalizowanych wspomnień, zabawnych sytuacji, (szczerych) komplementów, inspirujących cytatów, (własnych) wierszyków, emocjonalnych wynurzeń, może nawet jakiś powiedzonek, które w odpowiednim czasie wręczysz psiapsiółce, kumplowi (ale uwaga, zakaz pedałowania) lub partnerowi. Obdarowany będzie się cieszył i wyciągał jedną fiszkę dziennie, przez cały rok! A krówki możesz zjeść sam/sama! Dobrze też odmoczyć etykietkę i zrobić własną, na przykład ze wspólnego zdjęcia. Supersłitaśnie, co? Ja bym chciał! #DyskretnaAluzjaDoDziewuchy

Trochę się boję, że zablokują mi stronkę za takie foodporn :C

Składniki: cukier, syrop glukozowy, mleko w proszku odtłuszczone (14%), masło (z mleka), aromat. Produkt może zawierać zboża zawierające gluten, nasiona sezamu, soję, dwutlenek siarki, orzeszki arachidowe i orzechy. Wartość odżywcza w 100 gramach produktu: wartość energetyczna 1605 kJ/379 kcal; tłuszcz 4,3 grama, w tym kwasy tłuszczowe nasycone 2,5 grama; węglowodany 80 gram, w tym cukry 72 gramy; białko 1,7 grama; sól 0,06 grama. Jeden cukierek = 12 gram. Zalecana porcja na raz = 36 gram.

Dygresja near-topic (bo kiedyś była off-topic): Gwiazdka tuż, tuż, a ja mam jeszcze tyle słodyczy do zrecenzowania… :C Może odpuścić, poprzestać na tym co zdążyłem do tej pory ocenić, żeby nie zagubić jakości w tym szaleńczym pędzie? NIE, tymczasowo zwiększam natężenie postów. Ale nie martwcie się, będzie częściej, acz krócej!

poniedziałek, 21 grudnia 2015

Magia Uszatej Góry / opowiadanie

W ramach wyzwania literackiego z bloga Kreatywne Spojrzenie, które zdecydowałem się podjąć, chętni blogerzy muszą napisać dowolne opowiadanko, w którym zostaną użyte trzy wskazane przez autorkę słowa lub sformułowania (w grudniu były to: niebieski [kolor], woda z sokiem i plotka rozchodzi się po drodze). Wyrazy zostały pogrubione w tekście. I to w sumie tyle, oddaję w Wasze ręce nową, mam nadzieję klimatyczną, historię. Zapraszam do lektury, proszę także o wskazywanie błędów, udzielanie niegłupich rad i wyrażanie szczerych opinii. [SPOILER – PRZECZYTAJ PO OPOWIADANIU] Powiem Wam w tajemnicy, że na początku chciałem zepsuć tę historię, tworząc z pary głównych bohaterów homoseksualną parkę, ale głupio było mi niszczyć świąteczną atmosferę tym ordynarnym zabiegiem. Jak zawsze jest kilka inspiracji (m.in. filmem Ted 2 czy Krainą Lodu) i alegorii do opłakanej kondycji współczesnego świata. W tekście pojawią się trzy obco brzmiące imiona, jeśli ktoś odgadnie dlaczego wybrałem akurat te, polecę jego stronkę w którymś z postów. GRA WARTA ŚWIECZKI! [KONIEC SPOILERA]

Jeszcze jedno, czcionka opowiadania jest inna niż zwyczajowa czcionka na Kultura & Fetysze, ale inaczej tekst ciągle mi się rozjeżdżał i sprawiał różne inne problemy. Poza tym, tak jest w sumie przejrzyściej. Nie zrażajcie się długością! x)


Rok w rok, setki tysięcy dzieci śle listy do Mikołaja i adresuje je, zgodnie z obyczajem, na Koło Podbiegunowe, do Finlandii, a konkretnie pod kod pocztowy 96930 w Rovaniemi. I rzeczywiście, w Rovaniemi mieszka człowiek chodzący na co dzień w czerwonym kubraku, długiej białej brodzie na gumce i fikuśnych pantoflach. Zawodowo zajmuje się obdarzaniem ludzi serdecznym uśmiechem i do perfekcji opanował świąteczne zawołanie ho, ho, ho! W jego dobrze urządzonej rezydencji pracuje sztab tłumaczy i redaktorów, aby odbierać i odpisywać na możliwie największą część korespondencji napływającej z całego świata. To świetna przykrywka. Wszyscy mniej więcej wiedzą, gdzie jest i co robi Mikołaj. Nie ma więc powodu do wszczynania dochodzeń i roztrząsania skąd biorą się drewniane drobiazgi i wyśmienite słodycze rozsyłane do biedniejszych zakątków globu. To pewnie robota jakiejś skandynawskiej fundacji współpracującej z Mikołajem, która nie szuka rozgłosu lub rozrywka znudzonego miliardera, bawiącego się w filantropię…

Około 250 kilometrów na północny wschód od Rovaniemi, z dala od ruchliwych autostrad i ludzkich siedzib, leży wzgórze Korvatunturi, zwane także Uszatą Górą, a to z powodu charakterystycznego kształtu wzniesienia, przypominającego ludzkie ucho. Miejsce przepełnione jest magią. Zwierzęta nie tylko w Wigilię rozumieją tu ludzką mowę, a same z łatwością posługują się nią w rozmowach z niziutkimi skrzatami, zamieszkującymi przysadziste chatki, niemal zawsze zasypane wysokim śniegiem. Tutaj także znajduje się siedziba Mikołaja, tego prawdziwego, najprawdziwszego z prawdziwych, który wcale nie ubiera się na czerwono, preferując raczej praktyczny strój leśnika. Miłość, którą obdarza naturę nie zna granic, dlatego z wielkim smutkiem wyznacza drzewa pod wycinkę. Całymi dniami mógłby spacerować po leśnych ścieżkach i gawędzić z ptactwem. On także, wraz z drobną pomocą żony Matyldy, nadzoruje życie wioski. A jest co nadzorować! Stadnina reniferów, tartaki, warsztaty rzemieślnicze i cukiernie pracują pełną parą, niemalże na okrągło.

W wiosce panuje dobrobyt, ale skrzaty wcale nie gnuśnieją, lecz wytrwale i z ochotą oddają się pracy. To idealne miejsce do życia. No, może nie dla wszystkich… Zaparz więc gorącej herbaty, najlepiej z dzikiej róży, rozsiądź się wygodnie i posłuchaj jednej z wielu opowieści o życiu w cieniu Uszatej Góry.

~o~

Tnij drewno, tnij, aż wszędzie będzie leżał wiór,

Drżyj pniaku, drżyj,  prezentów będzie cały wór!

Rwij skrzacie, rwij, gałązki to w tartaku wróg,

Lecz w kominku, na spoczynku, to ósmy świata cud!

Heeej!

Taka rytmiczna przyśpiewka dobiegała z tartaku. Trzydziestu skrzatów w pełnym skupieniu i z godną podziwu determinacją, formułowało poręczne drewniane kloce, które w niedalekiej przyszłości powędrują do rzeźbiarzy i cieśli, a w tej trochę odleglejszej, zmienią się w koniki na biegunach, lalki, żołnierzyki czy wagony kolejowe. Następnie renifery przetransportują wszystko do pracowni malarzy, którzy naniosą odpowiednie barwy na świeżo wyrzeźbione zabawki, po czym zostaną one zamknięte w suchych i szczelnych magazynach, gdzie trwać będą bezpiecznie aż do Wigilii Bożego Narodzenia. Naprawdę trudno byłoby znaleźć słabe ogniwo w tak sprawnie działającym procesie. Każdy skrzat wie co ma robić i jest w tym piekielnie dobry. O, przepraszam. Powinienem raczej powiedzieć anielsko dobry. Wspominałem jednak, że nie dla wszystkich warunki są wyśmienite, prawda?

– Na pewno nie znajdzie się dla mnie nic do roboty? – Markotnie zrzędził bałwanek w niebieskim kapeluszu z jaskrawo pomarańczowym, marchewkowym nosem. – Panie kierowniku… Ile można tak sterczeć na dworze, kiedy wokół wszyscy uwijają się jak w ukropie!

Jako narrator w tej opowieści, jestem Wam winny wyjaśnienia. Musicie bowiem wiedzieć, że magia w dolince pod Uszatą Górą lubi płatać figle. Zdarzało się na przykład, że losowy domek po kilku latach zmienił swoje położenie albo że księżyc i gwiazdy zbliżyły się niepostrzeżenie pod same okna. Najpopularniejszym psikusem przypisywanym psotnej magii było jednak ożywianie przedmiotów. Nieraz w wiosce pojawiały się gadające garnczki z miodem czy podskakujące krzesła. Tej zimy zdarzyła się jednak rzecz bez precedensu – ulepiony przez skrzacie dzieci śniegowy ludek obudził się i posiadł własną, niezwykłą osobowość. Wróćmy jednak do naszej historii i zobaczmy, co odpowiedział kierownik.

– Tylko co? – Siwowłosy skrzat podrapał się po spoconym czole pod uniesionym kaskiem. Raz jeszcze spojrzał na śniegowe ręce bałwanka. Bez palców. – Nie nadajesz się do pracy przy drewnie, kloce są zbyt ciężkie, a obsługa pił i przecinarek wymaga precyzji.

Bałwanek spuścił wzrok, a węgielki jego czarnych oczu wyraźnie straciły blask.

– Panie kierowniku, próbowałem już wszędzie. Cukiernicy mówią, że roztopię się przy piecach, malarze nie mają czasu na przyuczenie mnie do fachu. Zresztą, podobnie jak tkacze i rzeźbiarze, wytykają mi brak palców. Został mi już tylko tartak. Mówią przecież, że tu i tak najczęściej traci się palce!

– Przykro mi, nie mam dla ciebie żadnej roboty – kierownik bezradnie rozłożył ręce. – Chociaż… – Zawahał się przez chwilę, spojrzał na walające się po podłodze wióry. – Chyba poradziłbyś sobie z miotłą, co?

Słysząc to, bałwanek podskoczył niemal pod sam sufit. Taki to był poczciwiec, nie umiał skrywać swoich emocji.

– Co prawda będę musiał odebrać ten obowiązek najmłodszemu pracownikowi tartaku, ale nie sądzę, żeby miał coś przeciwko – myślał głośno kierownik, drapiąc się po bródce. – Zaczynasz od dzisiaj. Staw się kiedy zegar na placu wybije siódmą. Wtedy ostatnie skrzaty opuszczają zakład. Dozorca wszystko ci wytłumaczy, jasne?

– Jak słońce! Będę punkt siódma!

I bałwanek odszedł wesołym i dziarskim krokiem. Dziarskim na tyle, na ile pozwalała mu największa śniegowa kula. Ta u jego podstawy.

~o~

Z ust bałwanka nie schodził podkowiasty, węgielkowy grymas uśmiechu. Pracował już wiele dni jako miotłowy w tartaku, a kiedy dozorca doniósł kierownikowi o zaangażowaniu i pasji z jaką bałwanek wykonywał codzienne obowiązki, polecono go w jeszcze w kilku miejscach. W połowie adwentu zamiatał już nie tylko w tartaku, ale także w dwóch warsztatach rzeźbiarskich i przy stadninie reniferów zaprzęgowych. I właśnie w tym ostatnim zakątku miało miejsce pozornie nieistotne spotkanie, które zaważyło na dalszym losie bałwanka. I nie tylko jego! Spokojnie, spokojnie. Nie popędzajcie mnie Drodzy Czytelnicy, wszystko opowiem.

Stadninę zamiatano zawsze przed świtem. Śniegowy ludek nie musiał spać, dlatego godziny pracy nie robiły mu specjalnej różnicy. Renifery jak zawsze drzemały jeszcze w swoich boksach, a zadaniem bałwanka było wymiecenie starego siana z okolic paśnika i obmiecenie placu treningowego. Kończył już sprzątanie w głównej alejce przy zagrodach, gdy nagle usłyszał cichutkie łkanie dobiegające z wnętrza jednej z nich. Na początku wydawało mu się, że to tylko wiatr, lecz po krótkim nasłuchiwaniu nie miał już wątpliwości. Szlochał i zawodził jeden z rogatych rezydentów.

– Hej, dlaczego płaczesz reniferku? – Zapytał wsuwając spiczasty nos między deski. – Co się stało?

Zaskoczony obecnością intruza renifer prychnął gniewnie i tupnął racicą.

– Nie twoja sprawa. Idź stąd, chcę spać – syknął nie odwracając łba.

– Przecież widzę, że coś jest nie tak – bałwanek nie dawał za wygraną. – Skończyłem robotę na dziś, a że nie potrzebuję snu, zazwyczaj nudzę się do późnego popołudnia. Możemy pogadać.

– Jak to nie potrzebujesz snu? Każdy skrzat musi spać – renifer zerknął z ukosa na nachalnego rozmówcę. – Och! Ty jesteś tym niezwykłym bałwanem, o którym mówili w wiosce?

– Zwykłym, niezwykłym. Po prostu umiem się ślamazarnie ruszać i czasem powiem coś niegłupiego – zażartował nieporadnie, ukrywając zadowolenie z powodu nieuświadomionej wcześniej rozpoznawalności. – Nieważne, chciałbym się dowiedzieć skąd tyle słonej wody w twoim boksie.

Renifer wahał się przez chwilę czy może zaufać obcemu. Przestępował z nogi na nogę. Wreszcie ciężko wypuścił powietrze, sygnalizując chęć do zwierzeń.

– Mikołaj ogłosił skład tegorocznego zaprzęgu. Jestem na liście rezerwowej – wyrzucił z siebie jednym tchem. – Wcale nie miałem gorszych czasów od innych zaprzęgowych w swojej kategorii!

– Cóż… – Nie wiedział co odpowiedzieć bałwanek. – Pytałeś Mikołaja dlaczego podjął taką decyzję?

– Wiem, że jest ciemno, ale przyjrzyj mi się dobrze, śnieżny człowieczku.

Bałwanek wytężył dwa czarne węgielki poniżej kapelusza. Faktycznie, młody renifer z którym rozmawiał różnił się dość mocno od innych zwierząt ze swojego gatunku. Miał bardziej rozłożyste poroże, większy płat białego futra pod pyskiem i odrobinę masywniejszą sylwetkę.

– Nie jesteś stąd, co?

– Zgadłeś bystrzaku. Pochodzę z Kanady. I chyba psułbym swoim wyglądem idealny obrazek dziewięciu identycznych reniferów od sań.

– Też czasem czuję, że nie pasuję do obrazka. Może to przez te trzy śnieżne kule tworzące mój korpus? Albo warzywny nos, którego nie mają skrzaty?

– Tak, to bardzo prawdopodobne – roześmiał się renifer i przetarł chrapy wierzchem racicy. – Dzięki, że chciało ci się tu ze mną siedzieć i mnie wysłuchać. Przepraszam, że na ciebie nakrzyczałem – dodał po chwili.

– Nie ma sprawy. Trudno mnie obrazić. Wiesz, wewnątrz jestem chłodny jak kostka lodu. A teraz muszę już lecieć, za chwilę wpadną tu skrzaty z taczkami wypełnionymi jedzeniem. Jutro sprawdzę co u ciebie, dobrze?

– Pewnie – odpowiedział rozpromieniony. – Boks siedemnasty!

Bałwanek zaczął pospiesznie oddalać się w stronę wrót, kiedy usłyszał za sobą przyjazny krzyk.

– Zaczekaj, nie wiem nawet jak masz na imię!

– No… Nie mam imienia. Wszyscy mówią nam mnie po prostu bałwanek.

– Hmm… To niedobrze bałwanku, każdy powinien mieć jakieś imię. Coś wymyślimy. Ja jestem Kasper. Bywaj!

– Bywam! – Odkrzyknął śniegowy człowiek bez imienia z progu. – Niemal codziennie.

~o~

I tak, w wielkim skrócie, bałwanek zdobył przyjaciela. Kolejne dni mijały im na wspólnych pogawędkach, niekoniecznie smętnych. Zdarzało się nawet, że spędzali ze sobą wolne popołudnia, spacerując po wiosce, ciesząc się widokiem pięknie przystrojonych choinek na głównym placu i popijając gorącą wodę z sokiem z borówek. Po prawdzie, to pił ją tylko Kasper, figlarna magia nie wyposażyła bowiem bałwanka w gardziołko. Obserwując jednak uśmiechniętego przyjaciela, który uwielbiał rozcieńczone soki z leśnych owoców, bałwanek niemal czuł ich smaki w swoim brzuszku, to jest: środkowej śniegowej kuli.

Niektórzy zaczęli krzywo patrzeć na szwędającą się razem parę, nazywając ich cudacznymi dziwakami. Jeden nieprzychylny skrzat wymyślił nawet złośliwą historię, jakoby dwójka przyjaciół obsypywała się pocałunkami. Oczywiście było to wierutne kłamstwo, ale on, w swojej głupocie i nieświadomości czynieniu komuś krzywdy, szedł w zaparte i rozpowiadał nawet, że był naocznym świadkiem tego wydarzenia. A jak wiadomo – plotka rozrasta się po drodze. Któregoś popołudnia, zaledwie trzy dni przed Wigilią, śniegowy ludek i rezerwowy członek mikołajowego zaprzęgu leżeli w miękkim śniegu pod lasem, z dala od nieżyczliwych skrzatów.

– Wiesz, nigdy nie mówiłem ci tego wprost, ale jestem niezmiernie szczęśliwy, że cię poznałem. Tam, wtedy, w stadninie, kiedy szlochałem jak bóbr w swoim boksie.

– Cóż, podziękowania należy kierować do magii, ktokolwiek lub cokolwiek za nią stoi. Bez niej byłbym jedynie roztapiającą się w słońcu kukłą, tak jak moi bracia w przydomowych ogródkach.

– Masz rację, jestem więc wdzięczny tej magii. Rad byłbym uścisnąć jej niewidzialną dłoń – zachichotał Kasper i szturchnął racicą kumpla. Tak, kumpel to chyba właściwe określenie. Te kilka dni wspólnego wałęsania się po okolicy sprawiło, że właśnie nimi się stali. Malutką, nierozumianą przez innych paczką kupli. Nie rozmawiali przez dłuższą chwilę, robiąc pokraczne anioły na śniegu i zaśmiewając się do rozpuku. Rozmowę na nowo podjął renifer.

– Mikołaj wezwał mnie wczoraj do siebie po treningu dla rezerwowych. Mnie i jeszcze jednego renifera. Darko z podstawowego składu złapał dość paskudne zwichnięcie i potrzebują zastępcy. Ja i ten drugi, Paulus, mieliśmy zmierzyć się w prostej konkurencji. Wygrany wskakuje do zaprzęgu.

– NO CO TY?! TO SUPEREKSTRA WIADOMOŚĆ! Konkurs już się odbył? Wygrałeś? Jesteś w zaprzęgu? – Podniósł się zaaferowany bałwanek.

– Nie. Oddałem walkowera Paulusowi. Mikołajowi chyba nawet trochę ulżyło.

– Ale… dlaczego? Przecież cholernie ci na tym zależało – śniegowy człowiek klapnął z powrotem na ziemię z rozczarowaniem wymalowanym na białej twarzy. – Nie wkręcasz mnie?

– Nie, nie wkręcam. Mówię całkiem serio. Wole spędzić Święta w wiosce – renifer spojrzał w dwa pełne niedowierzania węgielki przyjaciela. – Z tobą.

– Przeeestań. To tylko jedna noc. Przetrwalibyśmy bez soku z borówek!

– Oj bałwanku. Jak ty niewiele wiesz o pracy Mikołaja. Myślisz, że jedna noc wystarczyłaby, żeby kilka razy okrążyć Ziemię? Odwiedzić jednocześnie Chiny, Madagaskar, Brazylię i Rosję? Plus dziesiątki innych krain.

– Szczerze mówiąc, nigdy się nad tym nie zastanawiałem… Nawet nazwy miejsc, które wymieniłeś niewiele mi mówią – zawstydził się bałwanek i spuścił wzrok.

– No to posłuchaj. Oprócz Mikołaja wiedzą o tym tylko renifery, żona Mikołaja i nieliczne skrzaty. Musisz trzymać węgielki na kłódkę. Zbliża się wieczór, dlatego wyłożę ci to najkrócej jak potrafię. Gotowy?

– Czekaj, najpierw pójdę się wysikać… – Zażartował przekornie. Bałwanki nie mają czym i po co sikać, ale to na pewno zapamiętaliście, Drodzy Czytelnicy. – PEWNIE, że gotowy. Mów, bo mnie zeżre ciekawość!

Kasper uśmiechnął się szeroko, bawiąc się w duchu trzymaniem przyjaciela w niepewności.

– Mikołaj od zawsze jest w posiadaniu pewnego potężnego przedmiotu. To magiczna klepsydra. Nie rozstaje się z nią nawet na krok, strzeże jej jak oka w głowie. Dwudziestego czwartego grudnia obraca klepsydrę, ale piasek się nie przesypuje. Po prostu, leży jak leżał, lekceważąc grawitację, a czas staje w miejscu.  My, renifery, możemy dzięki temu obskoczyć cały świat, a nawet zrobić sobie dłuższy postój. Na przykład na księżycu.

– Woooow. Byłeś tam kiedyś?

– Nie. Słyszałem z opowiadań. Obudź się, przecież nigdy nie byłem zaprzęgowym!

– Racja, wybacz. To z podekscytowania. Dalej jednak nie rozumiem, skoro czas się zatrzymuje, to w czym problem? Nie widzielibyśmy się raptem przez jedno mrugnięcie oka!

– Głuptasie! Kiedy Mikołaj ponownie obraca klepsydrę, jest już prawie wiosna. Czas jako taki płynie, nie sposób go zatrzymać. Klepsydra może go tylko… oszukać. Ale tylko dla załogi. Łapiesz?

– Próbuję. A wracając do czasu, który upływa – słońce chowa się już za świerkami. Muszę się zbierać do miotły. Ciekawią mnie jeszcze dwie kwestie.

– No? – Ponaglił Kasper, próbując pozbyć się śniegu przylepionego do futra.

– Latające renifery i głębokość mikołajowego wora na prezenty.

– Za dużo sekretów na raz, przyjacielu. O tym opowiem ci później, mamy przecież kawał czasu. Nawet bez magicznej klepsydry.

– Ej, nie bądź taki! Jak już zdradzasz tajemnice, to rób to porządnie!

Przyjaciele podnieśli się i niespiesznie, w dobrych nastrojach, podreptali w stronę świateł schowanych w dolince. Gdyby magia przy Uszej Górze miała ludzką postać, z pewnością uśmiechnęłby się na widok niezamierzonych (lub zamierzonych!) efektów tegorocznej psoty. Zaaranżować przyjaźń, to w końcu wielka rzecz! Gdy renifer odprowadził bałwanka już prawie pod sam tartak, odezwał się niespodziewanie.

– Mocno myślałem nad odpowiednim imieniem dla kogoś takiego jak ty. I wiesz co?

– Nie, ale zaraz mi powiesz.

– Będę cię nazywał Peeping. Bałwanek Peeping! Może być?

– Peeping? A cóż to znaczy ten Peeping? Jeśli mnie obraziłeś, to natrę cię śniegiem, a wiedz, że noszę go zawsze przy sobie!

– Z tego co pamiętam, Kanadyjczycy używają tego słowa opisując ludzi ciekawskich. Chorobliwie ciekawskich, wręcz wścibskich – rogaty wyszczerzył żeby w szelmowskim uśmiechu.

– No i się doigrałeś! – Bałwanek zatrząsnął gwałtownie Kasprowym porożem, tak, że aż opadł z niego zimowy puch i zasypał reniferowi chrapy. – To co z tym workiem. Jest bezdenny czy nie? Gadaj albo będziesz się suszyć aż do Sylwestra! – Zagroził.

– Może tak, a może nie mój drogi Peepingu. Może tak, a może nie…

~o~

I to już koniec krótkiej opowieści z Uszatej Góry. Jednej z wielu, tak wielu, że pewnie nigdy nie zdołałbym spisać wszystkich. Wybaczcie, jeśli coś było niełatwe do zrozumienia, a tym bardziej do uwierzenia. Zdania cicho podpowiadał mi wiatr, szepcząc słowo po słowie. Strach pomyśleć o czym jeszcze wie Góra, która nieustannie nasłuchuje próśb. Z całego świata. Nawet tych od nieprawdziwego Mikołaja z Rovaniemi.

A Ty? Nadałeś już swoją prośbę do Uszatej Góry, Czytelniku?
Kopiowanie zawartości bloga lub jego części bez pisemnej zgody właściciela strony jest zabronione.

piątek, 18 grudnia 2015

XMAS SWEETS: Ciasteczka TAGO

Seria okolicznościowa na Kultura & Fetysze! Od końca listopada, aż do samiusieńkiej Gwiazdki, pojawiać się będzie maaaasa recenzji słodyczy. A żeby było po nowoczesnemu i ze szczyptą SWAGu, to cykl nazywa się XMAS SWEETS (archiwalne wpisy znajdziecie w zakładce RECENZJE JEDZENIA), a pewną drobną innowacją jest tzw. skala słodkości, określająca pocieszność i świąteczność produktu, a także, w mniejszym stopniu - smak. Skala przyjmuje wartości od 1 do 10, gdzie 1 oznacza absolutną ponurość i nieświąteczność, a 10 znaczy mniej więcej tyle, że smakołyk urzekł mnie niczym Szeregowy z Pingwinów z Madagaskaru.

Choinki z cynamonem po lewej, Delicious cookies, czyli ciasteczka korzenne
po prawej. Wybaczcie, ale kompletnie zapomniałem zrobić zdjęcia tytki
z Piernikowymi figurkami :C

Dzisiaj grupowo omówimy serię ciasteczek TAGO (TAdeusz GOłębiewski). W sklepach w całej Polsce (jeździłem, sprawdzałem) pojawiły się przynajmniej trzy rodzaje okolicznościowych smakołyków. Sprawdźmy, koło których warto się zakręcić!

Choinki z cynamonem (200 gram)
Cudowny smak i cudowna chrupkość na wpół francuskiego ciasta. Bardzo maślane, zapewne za sprawą masełka beurre, które stanowi aż 25% produktu. Świetna przekąska dla miłośników cynamonu. Nieźle zapycha brzuszek. Naprawdę, to istne 200 gram szczęścia! Wizualnie opakowanie może i nie powala (zasypany hotelik Gołębiewskich w Karpaczu, kilka śnieżynek na górze, trochę czerwieni i złota), ale daje radę. Składniki: mąka pszenna, masło 25%, cukier, sól, glukoza, cynamon 1,8%, barwnik: karoteny. Zawiera gluten, mleko. Może zawierać jaja, soję, orzeszki arachidowe, orzechy laskowe, nasiona sezamu. Brak danych na temat wartości odżywczych.

Pierniczki / Piernikowe figurki / Gingerbreads (225 gram)
Nazwa na przedzie opakowania – pierniczki. Po prostu, pierniczki, czaicie? Te są w większości choinkowe, ale jakby bardziej pulchniutkie na swoich choinkowych brzuszkach niż w przypadku pierwszego rodzaju ciasteczek. Są jeszcze serdusia i świnki. Również bardzo dobre w smaku, tutaj czujemy miodzik i świeżość po ugryzieniu, jakby w środku była odrobina miętki, ale nie ma. Odświeżenie to efekt cukrowej glazurki. Jeśli chodzi o opakowanie – mamy dzwoneczki, czerwone wstęgi, trochę złota, górski pejzaż, a także… cynamon i orzech? Co? Po co ten cynamon, skoro nie ma go w produkcie. To wprowadza klienta w błąd! Składniki: mąka pszenna, cukier, syrop glukozowy, substancje spulchniające: węglany amonu, węglany potasu; olej rzepakowy, przyprawy, barwnik: karmel amoniakalny; aromat, substancje glazurujące: guma arabska; regulator kwasowości: kwas cytrynowy. Zawiera gluten. Może zawierać jaja, soję, orzeszki arachidowe, orzechy laskowe, nasiona sezamu. No tutaj skład wygląda już nieco gorzej… Brak danych na temat wartości odżywczych.

Ciasteczka korzenne / Delicious cookies (290 gram)
Już na pierwszy rzut oka niepokoi fakt, że producent nie mógł napisać ciasteczka korzenne na przedzie, tylko jakieś niewiele wnoszące delicious cookies. Come on, niby widać przez opakowanie z czym mamy do czynienia, ale to w końcu Polska. Mamy chyba prawo wymagać, żeby do przeczytania nazwy w rodzimym języku nie potrzeba było okularów i lupki. W smaku ciasteczka są bardzo klasyczne, zostawiają mocny, ogrzewający posmak przypraw w ustach. Dobrze je się je z ciepłą herbatką. Kochane babcie będą zachwycone, pod warunkiem, że mają mocne zęby lub protezę dentystyczną. Produkt twardy, korzenna masa mocno osadza się na uzębieniu, co bywa problematyczne. Opakowanie identyczne jak w przypadku piernikowych figurek, z tym że tutaj laseczka cynamonu ma swoje uzasadnienie. Składniki: mąka pszenna, cukier, syrop glukozowo-fruktozowy, tłuszcz palmowy, przyprawy korzenne (1,3%): cynamon, goździk, imbir; substancje spulchniające: węglowodany sodu. Zawiera gluten. Może zawierać mleko, orzeszki arachidowe, orzechy laskowe, nasiona sezamu, jaja i soję. Brak danych na temat wartości odżywczych.

ZADANIE: Dopasuj ciasteczka do opisów powyżej!
NAGRODA: Możesz pochwalić się sukcesem w komentarzu x)

Zmierzając w stronę podsumowań: TAGO to nie firma, która może pochwalić się nowocześnie brzmiącym hasłem gluten free. TAGO to firma, która sprzedaje swoje paczuszki ciasteczek po około trzy złote każda. TAGO to spoko firma, której tradycja sięga roku 1966, a swoją główną siedzibę ma w Radzyminie (więcej informacji na: www.tago.com.pl). A tak serio, chronologia prezentowania trzech rodzajów ciasteczek, to jednocześnie moja prywatna kolejność na podium. Możliwe, choć wątpliwe, że Wasze kubeczki smakowe rozegrają to inaczej.

Wartość na skali słodkości dla Ciasteczek TAGO - 7!
Smakuje to nieźle, we wszystkich trzech wersjach. Opakowania
też nie są najgorsze, mają nawet fajny, fikuśny kształt i eko, eko.
Co do zastosowanych motywów wizualnych i nazewnictwa
– można mieć pewne zastrzeżenia. Poza tym, jeśli narazimy
produkt na dniowe przebywanie poza paczuszką, dość szybko
twardnieje i traci walory smakowe. Bardzo rozsądna cena!

Dygresja off-topic: Powiem szczerze, że odczuwam coś na kształt… dylematu blogera. Sedno sprawy tkwi w tym, że najbardziej wartościowe (w moim odczuciu) posty o kulturze (czyli książkach, grach czy filmach) zawsze mają dużo mniej wyświetleń niż proste posty o żarciu. Bardzo lubię pisać o niejadalnych wytworach rąk ludzkich, ale nie oszukujmy się – satysfakcję przynosi również szeroki odbiór. Średnio bawi mnie pisanie długiej, skomplikowanej recenzji, która zostanie przeczytana przez (daj Boże!) dwadzieścia osób. I co tu zrobić? Skupić się głównie na tym, co jest przydatne i co (chyba) podoba się ludowi czy dłubać mozolnie posty dla garsteczki, z których pewnie i tak część to internetowi rozbitkowie? Prawdopodobnie nadal będę robił i to, i to. Mówią, że mamy robić to co kochamy, to co podpowiada nam serce, a blogować o wszystkim co nam się żywnie podoba, ale czy to nie jest aby droga na margines blogsfery, na wysypisko malutkich, kiczowatych skrawków Internetu, o wszystkim i o niczym? A może moje ambitniejsze recki są do kitu i dlatego wszyscy zlewają je ciepłym moczem? :C

wtorek, 15 grudnia 2015

RECENZJA #117: Ksin. Sobowtór - Konrad T. Lewandowski


Kolejny Ksin, kolejna recenzja na Kultura & Fetysze! No naprawdę, wydawnictwo Nasza Księgarnia powinno mnie jakoś wynagrodzić za konsekwencję! Co w nowym tomie? Więcej chorej magii i odrobina obleśnych scenek seksu z Bertie (nowa postać). Wraca również znany z pierwszego tomu Hamnisz, kusznik z wolnych kompanii. Jeee!

Fabułka to zupełnie nowa jakość względem Początku i Drapieżcy. Nie wchodząc w szczegóły, kotołak będzie musiał załatwić kilka spraw w równoległych światach, aby uratować swój. Z informacji na tylnej okładce wynika, że trzecia część sagi to na nowo zredagowana Wyprawa kotołaka, która zyskała misterną, szkatułkową konstrukcję. Nie można zaprzeczyć, jakaś tam "incepcja" istotnie ma tu miejsce.

Jak zawsze czyta się lekko i z zainteresowaniem. Podobnie jak wcześniej, Lewandowski prowadzi nas za rączkę w skomplikowanym systemie magii. Tym razem w centrum uwagi znajdują się artefakty obłożone potężnymi czarami. Tradycyjnie mam do autora delikatny żal o zbyt mało mięsiste opisy, które zazwyczaj są redukowane do niezbędnego minimum. Ponadto, finał nadszedł szybko, niespodziewanie i moim zdaniem trzeba go było ciut rozciągnąć. Przytrzymać Czytelnika w niepewności kilkanaście stron więcej, bo poszło za łatwo. Tym razem nie dostajemy również żadnego dodatku do właściwej historii. Ani skraweczka Bestiariusza czy opisu Międzykontynentu. Szkoda, bo mamy zaledwie 336 stron, około trzydziestu mniej niż w chudziutkim Początku.

Co bardzo podoba mi się w Sobowtórze to ładne zawiązanie wszystkich szczegółów. Możemy być pewni, że jeżeli między bohaterami wywiązuje się rozmowa lub przekazywana zostaje rada, której w danym momencie nie rozumiemy lub nie dostrzegamy jej sensu, należy zapamiętać kluczowe informacje z niej wypływające. Przydadzą się później!

[SPOILER] Oprócz sceny w domu Erkala (totalnie schizowy klimat i chaotyczność), a także lakonicznego, niezbyt epickiego opisu wędrówki i walk koczowników, w zasadzie wszystko jest do zaakceptowania i nie ma się zbytnio do czego przyczepić. Jak zawsze. [KONIEC SPOILERA] Z ciekawością wyglądam w oczekiwaniu na kolejny tom sagi pt. Rózanooka! Pewnie, że kupię Nasza Księgarnio, macie lepszy dostęp do mojego portfelika niż Dziewucha!

Dane techniczne:
Autor: Konrad T. Lewandowski
Oprawa: miękka
Wydawnictwo: Nasza Księgarnia
Liczba stron: 336
ISBN: 978-83-10-12655-9
Cena detaliczna: 34,90 PLN lub 27,90 PLN na stronie NK
Recenzje poprzednich tomów:
Saga o kotołaku. Ksin. Początekkliknij, żeby przeczytać!
Saga o kotołaku. Ksin. Drapieżnikkliknij, żeby przeczytać!

Chodzę w szlafroku po tarasie, słucham jazzu,
Ten rynek wypluł mnie, wcześniej trzykrotnie przeżuł.
~Quebonafide, Święty spokój