niedziela, 17 sierpnia 2014

RECENZJA #35: Lucy


Lucy to interesujący film akcji z bardzo mocnym akcentem położonym na rozważania natury filozoficznej. To tak jakby Jestem Bogiem (również o supernarkotyku) zmieszać z Atlasem Chmur (dużo pieprzenia o egzystencji). Wyszło całkiem nieźle, jedyne zastrzeżenie możemy mieć do tego, iż akcji w filmie akcji nie jest zbyt wiele, a oprócz sceny ucieczki z tajwańskiego więzienia, nie uświadczymy tutaj misternie przemyślanych rozwałek z kreatywnym wykorzystaniem otoczenia.

Właściwie substancja, która pozwala Lucy (Scarlett Johansson) władać nadludzkimi mocami to nie narkotyk, a syntetyczne wytworzone CPH4. To ciekawa i nieźle uzasadniona koncepcja. CPH4 to bowiem hormon śladowo wydzielany w ciele kobiety będącej w stanie błogosławionym, sukcesywnie zwiększający możliwości wykorzystywania mózgu, aż do osiągnięcia magicznego progu 100%, gdy stajemy się... no właśnie... Bogiem?

Refleksyjnemu odbiorcy film nasunie zapewne wiele pytań, na które ciężko znaleźć satysfakcjonujące odpowiedzi. Pewne jest jedno - Freeman wybornie nadaje się do ról charyzmatycznych, prawych obywateli i naukowców. Tym razem mamy okazję wysłuchać fragmentu jego bardzo inspirującego wykładu na temat metod przystosowawczych różnych gatunków do życia. Bez wątpienia robi to niemałe wrażenie. Podobnie jak gra aktorska przerażonej Johansson w pierwszych minutach po reklamach.

Świetnym pomysłem było użycie scen z życia zwierząt na początku obrazu, ale już pod koniec seansu pewne motywu były wielokrotnie przerabiane i nie zaskoczyły chyba żadnego widza na sali (np. fresk Stworzenie Adama z Kaplicy Sykstyńskiej). Intrygujący okazał się wątek z Pierre Del Rio, wykorzystanym paryskim gliniarzem, który odegrał minimalną rolę w dość szczęśliwym zakończeniu.

Podsumowując: półtorej godziny na pewno nie było stracone. Jak na poziom niektórych produkcji, które ostatnio ukazują się na srebrnym ekranie, Lucy wypada bardzo dobrze. To lekki, przyjemny i przemyślany twór. Poza tym dawno nie widziałem hollywoodzkiego filmu bez (ludzkiej) sceny seksu, jedynie z subtelnym pocałunkiem i dwoma próbami gwałtu. Szacunek, nota przynajmniej w okolicach solidnej czwórki plus! Obsada palce lizać!

PS: Taką spontaniczność uwielbiam: brzydka pogoda, atrakcyjna Duperka sponsoruje nam kino i posiłek w galerii. Nie ma problemu, świetnie sprawdzam się w roli utrzymanka, przepraszam, gejszy!

PS2: No dobra, apropos scen seksu, przypomniało mi się, że był krótki urywek z parą kochanków, poza tym współlokatorka Lucy opowiadała o upojnej nocy z jakimś przystojniakiem, ale to i tak niewiele jak na wyuzdane standardy XXI wieku. Moja kinowa towarzyszka była co najmniej rozczarowana! ;]

PS3: Publikując tę recenzję wróciłem z wieczornych, osiedlowych piwek. Trochę idiotycznych rozmów o życiu i duperkach, ale przyszła mi do głowy ważna refleksja: pora docenić to co mam, moje relationship jest teraz proste jak drut. Dzięki! #Romeo

[SPOILER] Jak wiedza z superkomputera zmieściła się na gwiezdnym pendrive'ie? Jaki komputer jest w stanie uciągnąć taki sprzęt? I co to za dołujący cytat na końcu - Miliardy lat temu dostaliśmy życie, teraz wiecie co z nim zrobić... Ja nadal nie wiem! [KONIEC SPOILERA]

Niebo zaczyna się zlewać z ziemią w jeden kształt,
serotonina zapędza mnie bezwiednie w szał...
                                               ~Kasia Grzesiek, Euforia

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz