niedziela, 11 października 2015

RECENZJA #105: Marsjanin / The Martian


Lubicie, wiem o tym, że lubicie (po wyświetleniach, nie liczbie komentarzy) świeże wpisy o blockbusterach, które dopiero co włażą do polskich kin. A ja nie lubię, bo w czasie seansu ciężko nacisnąć spację i zapisać sobie zbiór luźnych uwag czy myśli. Dlatego recenzje nowalijek są u mnie bardziej emocjonalne i mniej merytoryczne, zakładając oczywiście, że w domowych warunkach znam się na kinematografii. Choć w minimalnym stopniu. Chwiejne założenie, prawda? Dobra, zacznij już wreszcie o tym Marsjanie!

Kilka fajnych widoczków, niezbyt dużo efektów specjalnych i irytujący amerykański humor. Pamiętajmy, że to film z gatunku science-fiction, mamy więc kilka nowoczesnych zabawek i później, już po zostawieniu typa na czerwonej planecie, dużo chemii, biologii i fizyki. Idę o zakład, że przy niektórych scenariuszowych szczególikach, zawodowcy z wymienionych dziedzin popukali się w czoło. Mi tam nic za bardzo nie zmieliło kory mózgowej, może tylko ta eksplozja z wodorem, była jakaś taka… niezbyt okazała, a opuszczanie atmosfery planety pod plandeką wydawało się… dość śmieszne i abstrakcyjne. Myślę jednak, że przypierniczanie się do tego typu spraw nie ma sensu. A co z dramatem ludzkim? Był czy nie było?

Był. Mark Watney (Matt Damon) odpowiednio pojękiwał kiedy krwawił i wyciągał z ciała metalowy pręt. Co prawda większość czasu zachowywał się i żartował jak osiłek z college’u, wyciągnięty za szmaty z szatni bejsbolistów, ale może był to jego sposób na odreagowanie w (dość) stresującej sytuacji? Wkurzył się i walił we wnętrze łazika raptem ze dwa razy. Jeśli chodzi o psychologiczny aspekt cierpienia osamotnionego człowieka, to mimo prawie dwóch lat bycia sam jak palec, na kiepskim prowiancie, z kolekcją płyt disco-polo, astronauta był bardzo pogodny. Nie miewał chwil zwątpienia. Kazał się nazywać Blondwłosym Piratem i kolonizatorem Marsa… Aspekt ludzkich interakcji, zarówno na statku, wśród pozostałej piątki, jak i między odizolowanym Markiem, a resztą gromadki, był płaściutki jak naleśnik i mdły jak anyżki. Za dużo żarcioszków. Chyba tylko prywatna prośba  Watney’a do pani komandor (Jessica Chastain) wyszła odpowiednio tragicznie i prawidłowo ociekała galaktycznych patosem.

Mnie osobiście podobały się wątki poboczne traktujące o uwikłaniu instytucji NASA w sieć złożonych relacji z rządem i opinią publiczną. Słać misję ratunkową czy nie? Co jeśli wyciekną zdjęcia szczątek astronauty? Co powiedzieć na spotkaniu z prasą? Pijarowskie rozkminki na plusik!

Co do upychania humoru w każdy możliwy zakamarek – trudno to jednoznacznie ocenić. Z jednej strony mieliśmy już przecież bardzo poważne filmy typu Grawitacja czy Interstellar i chyba niepotrzebne było tworzenie kolejnej tego typu produkcji. Takie obficie występujące dowcipy i zabawnie, luzacko wręcz, kreowani naukowcy obniżają realizm, ale sprawiają, że odbiór jest dużo przyjemniejszy. Jak w Jurassic World.

Jest jeden smaczek w filmie, który warto odnotować. W pewnym momencie bohaterowi dzwoni w uszach, mniejsza z tym od czego. W momencie, kiedy grzebie sobie w nich palcami, my słyszymy również nieprzyjemny pisk. Prawda, że niecodzienna, a jakże skuteczna metoda immersji?

Słówko o obsadzie (tak, tak, zdaję sobie sprawę z "za*ebistości" struktury tej recenzji). Mam kilkoro faworytów, a należą do nich: Jeff Daniels (urocza rola flegmatycznego, zmęczonego i odrobinę zgorzkniałego szefa), Michael Peña (wierzący astronauta-zgrywusek), Donald Glover (astrodynamik-nerd) i Kate Mara (astronautka, a wyróżniłem ją, bo jest po prostu Kate Mare i żaden Frank Underwood nie wrzuca ją tym razem pod pędzący pociąg na stacji metra). Reszta zagrała bez szaleństw i już prawie w ogóle o nich nie pamiętam, może prócz Chiwetela Ejiofora, który miał parę naturalnych reakcji i nieźle zagranych dram. By the way, muszę uważać kiedy napominam coś o atrakcyjnych kobitkach, bo Luba podejrzanie i z niechęcią spogląda nawet na moje polubienia profilów Bar Refaeli czy Olivii Wilde na portalach społecznościowych, więc wiecie - ciiicho sza! Tego na pewno też nie przeczyta!

I oto cały Marsjanin, którego za parę miesięcy będę kojarzył głównie z motywem uprawy ziemniaczków, tudzież kartofli, jak kto woli, na obcej planecie. Żadne must watch, żadne tastes like shit. Skrzyżowanie Robinsona Crusoe z MacGyverem. Ale bez Piętaszka i fajnych, dżinsowych kurtek. Sorry!

3 komentarze:

  1. A żebyś wiedział, że Luba przeczyta, one zawsze czytają... Jeszcze Ci się dostanie za Olivię Wilde XD

    Dzięki Ci bardzo za pokrzepiające słowa pod moim ostatnim postem! No i przepraszam za brak "Dobrej Duszy" w tym tygodniu - nie wyrobiłem się...

    OdpowiedzUsuń
  2. bardzo ciekawe spojrzenie ;) pozdrawiam

    http://maniamodnegozycia.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń