Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Poznań. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Poznań. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 9 maja 2016

Pionuś już będzie radosny...

Zauważcie jak pięknie umiejscowiłem parkę na tym zdjęciu.
Opowiedziałem historię, zacząłem budować kadr właśnie od nich.

… ale na razie nie ma dla Was czasu. Nie ma czasu na nic. Taka piękna pogoda, a tyle trzeba czytać i pisać. Ciągle tylko czytanie i pisanie. Studenci tracą młodość na ten shiiiit! Przepisywanie z książki do książki. Płodzenie przeciętnych, wtórnych idei. Udawanie, że nasze badania cokolwiek potwierdziły, ugruntowały, no bo przecież nie odkryły, bądźmy poważni. Ani się obejrzymy, zacznie łupać nas w krzyżu, a patrzenie na odsłonięte nóżki dziewcząt będzie groziło wyzwaniem od starych zboków.

No pewnie. PiS i państwo policyjne. TOTALNA INWIGILACJA!
Ups, ale to ja wrzucam prywatne zdjęcia na blogaska... :C
Ciekawe zjawisko, ściana deszczu spadająca z jedynej chmurki na niebie.
Na pierwszym planie młode muzułmanki rozkładają sadżadża
na południową modlitwę. Teraz widzicie jak łatwo można manipulować
obrazem, hę?

Piękne rzeczy są ulotne. Jak ulotka. Jak dywany z kwiatów przed Teatrem Wielkim w Poznaniu, które już pewnie uprzątnęli. Cieszmy się z pięknych rzeczy i wyłomowych momentów. Czytajmy Kultura & Fetysze, mimo że zaczyna to wszystko trącić banałem i pachnieć absurdem.

No-Shave November w maju, bo dużo roboty.
Kurdeee, mogłem sobie chociaż wybielić te zęby w paincie...

Pionuś już będzie radosny. A tyle sobie przygotowałem smutnych cytatów na bloga. No cóż, nie będę rozpaczał z powodu ich nieużycia. Może już nigdy mi się nie przydadzą #Pobożne_życzenia #Regres_osobisty

Żeby wyczerpać cały arsenał stereotypowych zdjęć parki,
trzeba było pstryknąć sobie zdjątko (parki) bucików, o!

Każda chwila to moja szansa, żeby lekko poprawić bilans,
Żeby wieczorem znów grać w bilard…

Szczerość rodzi szacunek, coś, czego nie kupisz tanio.
Z tępą lalą się nie stukaj, czekaj na swą małą!
                                            ~Mielzky, Silny jak nigdy wkurwiony jak zwykle

wtorek, 10 listopada 2015

Dni Świętomarcińskie / Rogale Świętomarcińskie

Na przełomie października i listopada, większość blogów została zalana przez średniej jakości kontent poświęcony Halloween. Oprócz insta mixów (i innych wtórnych form, opartych na masowo "pożyczanych" zdjęciach), dominowała narracja podkreślająca opresyjną postawę Kościoła Katolickiego w stosunku do niewinnego, pełnego dobrej zabawy zwyczaju (celowo unikam słowa święta). Oczy bolały od czytania tego wszystkiego. To i nie czytałem, ale postanowiłem dokonać symbolicznej zemsty na chłodno i przy najbliższej okazji nakreślić słów kilka o jakimś rodzimym, pięknym święcie. A 11 listopada, imieniny świętego Marcina, szczególnie hucznie obchodzone w Poznaniu (patron głównej arterii i ważnego kościoła) i Bydgoszczy (patron miasta), są świetną ku temu okazją.

Święty Marcin na białym koniu w pełnej krasie

Kim był święty Marcin?
Szlachetnym rzymskim legionistą, który w wieku zaledwie 10 lat, wpisał się na listę katechumenów. Rodzina sprzeciwiała się jego chrześcijańskim zapędom, dlatego chrzest przyjął stosunkowo późno, bo w wieku 22 lat, co jednak w ówczesnych realiach, nie było niczym nadzwyczajnym. Żołnierzem św. Marcin był raczej miernym, bo okropnie nie w smak mu było krzywdzić bliźniego. Raz, gdy zobaczył półnagiego, trzęsącego się z zimna biedaka przed bramą Amiens, zdecydował się oddać mu część swojej wełnianej opończy. Taki dobry był z niego chłop. W 354 roku w mężczyźnie musiało coś ostatecznie pęknąć, gdyż odmówił cesarzowi wyjścia do bitwy z Germanami, zrzekł się żołdu i poprosił o zwolnienie ze służby. Władca zdenerwował się nie na żarty i kazał aresztować nieposłusznego wojaka, ten zwrócił się więc z prośbą o przeniesienie do pierwszej linii, ale tylko pod warunkiem, że jego jedynym orężem będzie krzyż. Cesarz się zgodził. Wieść niesie, że zdumione takim świadectwem wiary, wrogie siły zdecydowały się negocjować i do rozlewu krwi nie doszło. Po tych wydarzeniach, św. Marcinowi pozwolono opuścić armię, tułał się po świecie, nawrócił swoich rodziców, zabawił w Mediolanie, po czym udał się do Francji, a konkretnie do Poitieres. Tamtejszy biskup, Hilary, dał się przekonać i umieścił byłego żołnierza w pustelni w Liguge. Św. Marcin wiódł pobożny i ascetyczny żywot, dokonując licznych cudów i uzdrowień. Nie dane mu było jednak dożyć starości w odosobnieniu, gdyż mieszkańcy Tours podstępem i siłą wymusili na nim przyjęcie święceń kapłańskich i nałożenie biskupiej sakry. Mimo wysokiej pozycji, wciąż żył skromnie i wiele razy ujmował się za prześladowanymi i heretykami. Godność biskupią pełnił 26 lat, zmarł 8 listopada 397 roku, a trzy dni później odbył się jego uroczysty pogrzeb. Ponoć uczestniczyło w nim nieprzebrane mrowie świeckich i duchownych. To tak w telegraficznym skrócie, więcej informacji szukajcie w Żywotach Świętych lub linkach na dole. Św. Marcin jest patronem Francji, pasterzy, ptactwa (szczególnie gęsi), jeźdźców, rzemieślników, hotelarzy i żołnierzy.

Bamberka w korowodzie św. Marcina...
... i inni przebierańcy, których zawsze od groma!

Dlaczego Poznań i święty Marcin?
Kult świętego nie jest niczym niezwykłym w całej Europie. Świadczy o tym liczba świątyń wzniesionych ku jego czci (w Polsce około 200) i mnogość powiedzonek o średniowiecznym rodowodzie. Kościół pw. świętego Marcina jest jednym z najstarszych w Poznaniu, wybudowano go w XII wieku. Wokół niego powstała podmiejska osada rzemieślników, którą od nazwy świątyni, zaczęto tytułować Święty Marcin (dlatego teraz obydwa wyrazy w zbitce słów "ulica Święty Marcin" piszemy wielkimi literami, bo to pozostałość po nazwie własnej). Potem urbanizacja, wcielanie mniejszych ośrodków w obręb miasta i tak się przyjęło, że do dziś mówimy Święty Marcin, Święty Marcin. A okolica nie byle jaka, bo to tzw. Dzielnica Zamkowa, w której dumnie wznoszą się m.in.: Zamek Cesarski, najbardziej reprezentatywne budynki Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza i Filharmonia Poznańska.

Przekazanie klucza do bram miasta na głównej scenie przy Zamku Cesarskim.
Ludzi jest zawsze (nie)stety sporo...

Co się dzieje w Dni Świętomarcińskie?
11 listopada (głównego dnia festynu) dzieje się bardzo dużo. Na początku w kościele pw. św. Marcina, ma miejsce uroczysta msza odpustowa, po której kolorowy korowód artystów i wiernych maszeruje od ul. Piekary, aż do Alei Niepodległości. Na czele grupy jedzie mężczyzna na białym koniu, przywdziewający rynsztunek rzymskiego żołnierza. Tak, to św. Marcin! Następnie, na scenie pod Zamkiem, Prezydent miasta Poznania przekazuje jubilatowi klucze do bram. Symbolicznie, na jeden, cały dzień. Wszystkiemu towarzyszy radosna muzyka i maskarada. W czasie trwania obchodów nierzadkie są również aukcje charytatywne i zbiórki datków na biednych – sens i sól całego wydarzenia. Nigdy nie braknie także kataryniarzy, kuglarzy, szczudlarzy i wszelakich animatorów. Rzut okiem na tegoroczny program pozwala nam również zauważyć liczne atrakcje towarzyszące, takie jak warsztaty dla najmłodszych czy odczyty w lodziarni Kociak. Nie wolno zapomnieć o odwiedzeniu Kiermaszu Świętomarcińskiego, który zazwyczaj mieści się między ulicą Kościuszki a Ratajczaka. Oprócz wybornych rogali, można tam zakosztować grzanego wina, gorącej czekolady, chleba ze smalcem, a nawet kruchej gęsiny. Wieczorem czas na regularne, plenerowe koncerty, a także gwóźdź programu – pokaz sztucznych ogni, na którym nie skąpi się pirotechniki.

11 listopada straganiki z rogalami są rozsiane właściwie po całym
centrum Poznania. Współczuję cukrzykom!
A oto mój, trochę nieforemny, ale zarobiony własną pracą, maluszek!
Ciasto półfrancuskie i nadzienie z białego maku, orzechów i bakalii. 10/10!

Skąd się wzięły Rogale Świętomarcińskie?
Tutaj pójdę na łatwiznę i przepiszę opowieść wprost z tytki (tj. papierowej torebki w gwarze poznańskiej), w której Caritas rozprowadzał charakterystyczne wypieki (ja nie musiałem kupować, gdyż pomagałem w ich rozprowadzaniu, mogłem więc zabrać kilka połamanych sztuk). Idzie to mniej więcej tak:

Tradycja ta narodziła się w Poznaniu w 1891 roku, kiedy to ówczesny proboszcz parafii pw. św. Marcina, ks. Jan Lewicki, zaapelował do wiernych, by wzorem patrona – św. Marcina – zrobili coś dobrego dla biednych. Poznański cukiernik odpowiedział na apel proboszcza, wypiekając rogale. Bogatsi mieszkańcy Poznania nabywali smakołyk za pieniądze, a biedni otrzymywali go za darmo. Za uzyskane pieniądze organizowano pomoc żywnościową oraz przygotowywano wigilię Świąt Bożego narodzenia dla potrzebujących.

Całość wydarzenia wieńczy pokaz fajerwerków.

Przyznacie, że to wszystko brzmi dosyć zachęcająco? 11 listopada zapraszam do Poznania. I mam do Was prośbę – możecie myśleć globalnie, być sobie kosmopolitami, ale patrzcie również lokalnie, nie przekreślając własnego kulturowego matecznika. A przede wszystkim, nie kopiujcie wszystkiego bezmyślnie z Zachodu. Używajmy mózgu, to przydatny filtr rzeczywistości!

Ktoś może mi teraz zarzucić i wykrzyczeć (zresztą nie bez racji) – ale zaraz! Tradycje judeochrześcijańskie również są obce i przyszły do nas z Zachodu, my mieliśmy swoją historiozofię, wierzenia i rytuały. No niby tak, ale… no… to jednak jest już tysiąc lat z okładem. Trzeba to uszanować i trzymać się sprawdzonych wartości, szczególnie w obliczu "miecza nadchodzącego ze Wschodu"! A pumpkina tępić, gnębić i żyć nie dać! Tylko zupa i pestki z dyni!

Opracowano na podstawie: klik, klik, klik, klik
Zdjęcia pochodzą z: klik, klik, klik, klik, klik, klik, klik
Pierwszy i ostatni raz bawię się w dziennikarza! xD

środa, 24 grudnia 2014

REFLEKSJA #15: Świąteczne kiermasze


Niesłychanie lubię gubić się w odmętach blogosfery, żeby poszperać w śmiesznych internetowych kącikach piętnastolatek, które publikują tzw. świąteczne wpisy. Struktura jest prosta: zazwyczaj jest kilka zdjęć (albo cudzych, takich jak to powyżej, albo kiepskich własnych), krótki tekścik o zapracowaniu, informacja o zakończeniu spraw związanych z prezentami dla znajomych i rodziny, a także ramowy plan na poszczególne świąteczne dni, zamykający się w lenistwie przed telewizorem i odwiedzinach babci. Oczywiście zabraknąć nie może obowiązkowego moralizatorstwa, że prezenty to nie wszystko, przy jednoczesnym rozpływaniu się na temat świątecznej atmosfery (czytaj: ozdób, śniegu i popkultury) i zapachu piernika (obowiązkowa zbitka leksykalna). Na koniec oklepane życzenia dla czytelników i kurtuazyjne zapytanie: A jak Wy spędzacie Święta? Piszcie w komentarzach. Zostawcie linki do siebie, z chęcią wpadnę, zawszę się odwdzięczam! Może obserwacja za obserwację? Jestem otwarta na propozycje, paaa ;*

Widzicie, w tych kilku zdaniach oszczędziłem Wam czytania tych wszystkich pomyj. Na szczęście Ty, Drogi Czytelniku, zagubiłeś się na blogu wartościowym, niesłychanie kreatywnym i atrakcyjnym, który na dodatek nie został jeszcze odkryty przez zbyt duże grono internautów. Poczuj się elitarnie!

Żeby nie pozostawać gołosłownym w dalszej części notki muszę napisać coś ciekawego. No to będzie anegdotka! Otóż, kilka dni temu, w ubiegły piątek byłem sobie z Ojcem na Starym Rynku, na Świątecznym Kiermaszu. Znając mojego kompana, wiedziałem że będzie ciekawie. Wy jeszcze nie wiecie dlaczego...

Tato mój jest niesłychanym gawędziarzem, trochę wyalienowanym z rzeczywistości. Często opowiada nieistotne z punktu widzenia rozmówców rzeczy o kolegach profesorach, bylinach czy skostniałych strukturach uniwersyteckich. Zdarza mu się również powtarzać farmazony zasłyszane z siódmej ręki, tudzież rozprawiać o sprawach, o których nie możemy mieć pojęcia (niuanse polityki Putina czy teologie dziwnych i zapomnianych religii to tylko niektóre z przykładów). I tak od drewnianego straganika, do drewnianego straganika, z każdym toczyliśmy przynajmniej kilkuminutową dysputę o produktach i wyrobach lub totalnych bzdurach. Na tureckich stoiskach Ojciec trąbił, że jestem prawie jak Turek, żebym mu coś poopowiadał o tych słodyczach (sporą część widziałem pierwszy raz na oczy, a inne nawet na mój gust były po prostu tandetnymi, stylizowanymi podróbami), trochę próbowaliśmy, po czym odeszliśmy nie kupując nic... Na straganie z dziczyzną urządziliśmy sobie dwudziestominutową pogawędkę o unijnych absurdach, nowych metodach wędzenia, polskich wyrobach na Zachodzie, mitycznych gościach z Niemiec, którzy być może chcieliby kupić oferowane wyroby mięsne, po czym odeszliśmy nie kupując nic. Przy grzanym winie, pajdach chleba ze smalcem, zakątku pełnym przypraw i stoisku rosyjskim również były żarty i rozpaczliwe próby zainteresowania naszych kubków smakowych, odeszliśmy jednak, nie kupując nic. Zjedliśmy za to oscypka z żurawiną, skusiliśmy się na kilka litewskich wędlin i białą, syberyjską słoninę, a także (to już w innej budce) wyborne migdały w polewie z cynamonem i z kawą. Ojciec ma jaja, paplał z każdym (czasem chciałbym być tak kontaktowy i społeczny jak On), obeszliśmy wszystko i nie daliśmy się wciągnąć w zakup niczego, co nie było w planie. Pewnie pojedlibyśmy więcej i nie okłamywalibyśmy nikogo, że wrócimy na jego stoisko, gdyby nie wcześniejszy obiad w Pekinie (zupa kwaśno-pikantna, kuleczki wieprzowe w sosie słodko-kwaśnym z ryżem i warzywami, banan w cieście z kokosem robią swoje). Taaak, to był radosny, PRZEDŚWIĄTECZNY dzień ponad klasę średnią.

Zdecydowaliśmy, że za rok również odwiedzimy Kiermasz Świąteczny. Może pogoda pozwoli i uda się zobaczyć lodowe figury? Choinka przy Poznańskim Ratuszu jest w tym roku bardzo zjawiskowa (lepsza niż ta z butelek), a idąc od strony Placu Wolności przechodzimy przez malowniczą świetlistą bramę. Na samym zaś Placu Wolności jest masa małych święcących elementów z logiem sponsora, firmą Enea. Cóż, lepiej tak niż oblepianie reklamiskami...

Jakoś po przeczytaniu tej całej historii stwierdzam, że dla osób postronnych, może to być raczej miałkie i mało interesujące. Musielibyście jednak widzieć pocieszną niefrasobliwość dwóch głównych bohaterów historii - mnie i mojego Szanownego Rodzica.

Jako, że dzisiaj Wigilia i wszyscy boggerzy składają życzenia swoim Czytelnikom, nie mogę zbytnio odstawać od reszty stawki, jeszcze przestaniecie mnie czytać #strach_w_oczach! Zrobię to jednak nietypowo, pragnę bowiem dołączyć do życzeń zamieszczonych w darmowym informatorze ZUS (jakie to odrażające pójście na łatwiznę, prawda?). Swoją drogą kupa śmiechu z tym czterostronicowym wydawnictwem.

Pięknie! Grafik najpewniej płakał jak projektował!
Ludzkie zdrowie zdaje się być szczególnie istotne dla instytucji!
(z: ZUS dla Ciebie, Magazyn informacyjny dla klientów
Zakładu Ubezpieczeń Społecznych
)

Niektórzy tutaj wierzą tylko w to co widać,
mają zakodowane piekło jak Blizzard!
                               ~Quebonafide, Paulo Coelho

PS: Rozkminiliście ten boski panczlajn powyżej? Diablo!

Zdjęcie Świątecznego Marketu w Goslar pochodzi z: flickr.com, dokonałem delikatnego retuszu kolorów.

czwartek, 6 listopada 2014

OPINIA #15: Największa w Polsce wystawa budowli z klocków LEGO (Poznań)


Nie raz na blogu wspominałem o mojej fascynacji klockami LEGO. Nie mogłem więc przegapić Największej w Polsce wystawy budowli z klocków LEGO, którą w dniach od 25 października (moje urodziny!) do 7 grudnia można oglądać w centrum handlowym Pestka, w Poznaniu. Szczegółowe informacje na temat cennika i lokalizacji znajdziecie tutaj (klik), ja tymczasem szybciutko przechodzę do raportowania moich wrażeń i spostrzeżeń.

Budowli jest naprawdę sporo, spędziłem na wystawie grubo ponad półtorej godziny, co wystarczyło na zatrzymanie się na kilka minut przy każdej z gablot i poddanie jej starannej analizie okiem niedzielnego znawcy tematu. Zdecydowanie się nie zawiodłem, ale jest kilka drobiazgów, o których warto napomknąć organizatorom.

Po pierwsze, logo imprezy to jakiś żart. Ludzik zbudowany z małych klocuszków jest po prostu brzydki! Ładniejszy i bardziej zachęcający byłby pierwszy lepszy model z licencjonowanych gier wideo lub twór temu podobny. Wystawa jest co prawda skierowana do młodszego widza, nie znaczy to jednak, że można mu wciskać kaszanę na wejściu, hallow!

Po drugie, niektóre ekspozycje zdają się być ciut zaniedbane. A to włosek, a to zaczyna zbierać się kurz lub jakiś element jest przewrócony i nikt nie zwraca na to uwagi. Zdarza się, że mechanizmy (w części gablot mamy bowiem ruchome elementy, które wprawia się w ruch przy pomocy czerwonego przycisku lub przyłożenia dłoni) zawodzą, jak na przykład kąsająca kobra z serii LEGO Technic, która mimo kilkukrotnych starań pracownika nie powróciła do czasów świetności. Podkreślam jednak, że niedopatrzenia są incydentalne i raczej niewielu widzów je zauważy, a i to głównie ci dorośli.

Zauważmy, że konstruktorzy starali się nadać ekspozycji dynamicznego
charakteru. Mamy zatem przewrócone wieże oblężnicze, gdzie indziej
smoki złapane w sieci przez obrońców twierdzy, czy wspinające się
po murach jednostki itd. Całkiem to przyjemne w odbiorze!

Po trzecie, niektóre gablotki to estetyczny chaos, gdyż zaprezentowane w środku elementy są powyciągane z różnych bajek. Mowa tu na przykład o szturmie na twierdzę, w której uczestniczy (co najmniej) kilkaset klockowych pamperków. Mamy jeźdźców na smokach, ninja, samurajów, gdzieniegdzie poupychane postacie ze Star Wars i klasycznych rycerzy. Liczby są imponujące, ale nie ma w tym wszystkim spójności, którą ceni sobie dojrzały odbiorca. Może innym to nie przeszkadza, mi odrobinę tak. Cóż, subiektywizm.

11 metrowy Titanic jest reklamowany jako największa atrakcja wystawy. Nie przeczę, robi wrażenie, szczególnie gdy przyjrzymy się sali balowej i lukom bagażowym, ale mniej uważny widz, który nie obejdzie konstrukcji dookoła zobaczy jedynie olbrzymiego potwora zbudowanego z ponad pół miliona elementów, który przyciąga uwagę tylko w pierwszej chwili. Zdaję sobie jednak sprawę, że ciężko zagospodarować takiego molocha, skala ludzików w stosunku do statku wydaje się bowiem zgodna z rzeczywistością. Ciekawe doświadczenie zobaczyć takiego giganta ważącego zapewne przynajmniej kilkadziesiąt kilogramów.

Bardzo ciekawym tworem jest Hotel & SPA Kocierz. Mimo, iż budowla ma zapewne charakter promocyjno-marketingowy, jest jedną z najbardziej klimatycznych gablotek, prawdopodobnie przez jednolitość stylistyki. Celowo unikam wymieniania i oceniania wszystkich budowli, sam mocno bym się rozzłościł, gdyby ktoś odebrał mi frajdę z samodzielnego eksplorowania ekspozycji i bycia zaskakiwanym. Powiem tylko, że nie zabraknie niczego dla fanów motoryzacji, lotnictwa, kolejnictwa, żeglugi, kosmologii, urbanistyki, wesołych miasteczek, Indian, futurologii, Władcy Pierścieni, Muminków... Sam chyba wyleczyłem się z niezdrowego zainteresowania ekskluzywnymi zestawami LEGO spod znaku Ratusza, Kina, Sklepu dla zwierząt. W rzeczywistości całość jest bowiem jaskrawa i wyobrażam sobie, że szybko mogłaby mnie zanudzić w moim pokoju. A może po prostu sam się oszukuje, bo mnie nie stać? ;) Kto wie...

W gablotach takich jak Lunapark mamy do dyspozycji kilka elementów,
które łatwo da się wprawić w ruch, na przykład ten diabelski młyn.
Morze zabawy dla dzieciaków, podobnie jak uruchamiany pociąg!

Szkoda tylko, że dzieciaki nie mogą pobudować sobie prostych konstrukcji przy specjalnych stolikach z koszami elementów, pamiętam taką możliwość z wyjazdów nad morze z czasów dzieciństwa. Byłoby to świetne dopełnienie wystawy. Drobne kontrowersje budzić może wyjście, które nieuchronnie prowadzi przez sklep, co nastręcza maluchom pewnych smutków, zwłaszcza kiedy rodzic nie może sobie pozwolić nawet na mały zestawik lub książeczkę dla swojej pociechy. Wtedy świetnie sprawdziłoby się miejsce do amatorskiego budowania, "cukierek" na otarcie łez i chwilowe zapomnienie po magicznych widokach.

Do czego można się jeszcze przyczepić? Niektóre budowle ledwo mieszczą się w gablotach lub trzeba było zastosować specjalne rozwiązania, typu... wystający czubek Pałacu Kultury. Gdzieniegdzie oświetlenie makiet można by minimalnie lepiej rozplanować, szczególnie że niższego odbiorcę mogą razić niektóre lampki, a przecież każdy chce dostrzec jak najwięcej szczegółów.

Wymieniłem sporo minusów, co? Suma summarum, warto jednak odwiedzić wystawę, nie wiadomo kiedy nadarzy się kolejna ku temu okazja. Nie ważne ile ma się lat, każdy lubi pooglądać misternie wykonane dzieła sztuki, a takimi również należy nazwać figury i obrazy (kilka takich również można podziwiać) z wystawy. Spieszę też wspomnieć, że przy większości gablot przywieszone są krótkie informacje w formie ciekawostek związanych z historią firmy lub faktów kontekstualnie powiązanych z budowlami - świetny dodatek edukacyjny.

Bardzo cieszy mnie, kiedy w ekspozycji prócz klocków autorzy używają
kamieni, waty (śniegu) lub innych "naturalnych" wypełniaczy,
oczywiście w odpowiednich proporcjach do liczby klocków!

Duńskie klocki wciąż wyznaczają najwyższe standardy jakości w branży dziecięcej. Kiedy byłem bardzo mały, mama kupowała mi również zestawy COBI i taka mieszanka lądowała w kartoniku kolekcjonera. Gdy trochę podrosłem, zacząłem postrzegać to jako traumatyczne przeżycie. Wizyta w poznańskiej Pestce pozwoliła mi choć w minimalnym stopniu zaleczyć głęboki uraz psychiczny. Polecam się wybrać!

Chcesz być na bieżąco z nowymi wpisami? Obserwuj najnowsze posty na Kultura & Fetysze!