Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Warszawa. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Warszawa. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 23 września 2014

RECENZJA #37: Miasto 44


Miasto 44 to jeszcze świeżyka, ja byłem akurat w kinie, więc z dziennikarskiego obowiązku słów kilka do Was o filmie naskrobię. Najbardziej bałem się zbyt dużego nacisku położonego na moralizatorstwo historii i wyidealizowane portrety powstańców, a było rzeczywiście tak jak zapowiadano: w centrum uwagi umieszczono irracjonalne zachowania powodowane miłością, strachem i ludzką namiętnością. Jan Komasa na propsie!

Z filmu zapamiętam najbardziej momenty. Świetne i odważne ujęcia, jak na przykład dupstepowa muzyka Skrillexa w trakcie jednej z ryzykownych zasadzek, przeplatana sceną miłości z upadającymi płatkami kwiatów w tle. Sęk w tym, że nie wszystko do siebie pasuje, wyszedł nam swoisty miszmasz, co na początku mnie oburzało, ale z drugiej strony... niech szukają nowych rozwiązań. Momentami czułem się jednak jak w muzycznym teledysku, jakby puzzle nie do końca do siebie pasowały.

Kule otaczające całującą się parę głównych bohaterów? Pociski rozświetlające mrok niczym lasery ze Star Wars? Atak na dwójkę Niemców z wyskoku, do złudzenia przypominający scenę z 300? Psychodele niczym z horrorów przy przechodzeniu przez kanały? Umieszczenie kamery na celowniku karabinu maszynowego? Topiąca się laska, która kąpiąc się sama, niczym syrena kładzie sobie palec na usta (jakby chciała uciszyć widza) i wynurza się kompletnie bez tlenu? Deszcze krwi i ludzkich organów? Strzelanie do jednej osoby z kilku metrów z czołgu, przy czym wyżej nadmieniona nie jest rozszarpana na strzępy, choć cała umorusana prochem i pyłem? Wszystko w obrazku znajdziecie, realizm i logika schodzą na dalszy plan.

Bardzo podobała mi się estetyka i nasycenie kolorów, przypominające nieco produkcje Tarantino, a także nieźle zbudowana dramatyczność. Krótkimi momentami mniej podobały mi się: gra aktorska, prowadzone dialogi i ich udźwiękowienie, choć może to wina kinowej sali. Ogólnie jednak całość na plus, myślę że nie trzeba się będzie wstydzić przy pokazywaniu tego dzieła na szeroko pojętym Zachodzie. Wspomniałbym o kilku innych fragmentach, które pozostaną mi w pamięci przynajmniej kilka dni, ale byłoby już zbyt dużo spoilerów. Solidna czwórka, na razie nie ma nic lepszego w kinach, warto więc na poważnie rozważyć tę opcję!

PS: Z aktorów wyróżniłbym Karolinę Staniec, drugoplanową wykonawczynię roli Beaty, za świetne ślinowe bąble w dramatycznej scenie z Kobrą.

wtorek, 10 września 2013

RECENZJA #17: Wybór opowiadań - Marek Hłasko



Zdarzają się czasem książki, o których chce się napisać. Bez specjalnego pomysłu na notkę, ot tak po prostu, bo są dla nas ważne. Zbiór najlepszych opowiadań Marka Hłaski (wydany w 1993) to jedna z takich pozycji. Niesamowicie jara mnie to, że ludzie żyli, myśleli i tworzyli przed moim narodzeniem. Bo przecież dopiero kiedy rodzi się człowiek, rodzi się (jego) wszechświat! Zastanawialiście się kiedyś nad tym? Ile zdarzyło się przed nami i poza nami? Czy tylko we mnie odzywa się taka egotyczna natura?

Wypożyczyłem omawiane dziełko w chwili, kiedy (delikatnie mówiąc) nie byłem w zbyt dobrej formie psychicznej. Klimat większości opowiadań świetnie wpasował się w mój nastrój. Zdałem sobie nawet sprawę, że gdyby nie mój paskudny humor, to nie zrozumiałbym większości z nich. Chyba trzeba było coś stracić, żeby w pełni je pojąć. 

Nie chcę spoilerować i streszczać fabuł, powiem tylko, że większość z nich ociera się o groteskę, traktuje o upodleniu relacji damsko-męskich i zawiedzionych nadziejach. Moi faworyci to: Lombard złudzeń, Port pragnień, Amor nie przyszedł dziś wieczorem i Odlatujemy w niebo. Już same tytuły rozbudzają wyobraźnie, są niesłychanie plastyczne i eteryczne, prawda? Najmniej do gustu przypadła mi historie pt.: Baza Sokołowska i Pętla. Być może przez swoją długość - moim zdaniem autor lepiej odnajduje się w krótszych, kilkustronicowych formach. Rozterki wewnętrzne głównego bohatera Pętli przypominają mi nieco chaotyczne myśli z Obłędu Jerzego Krzysztonia. Tak bardzo żałuję, że zapomniałem przeczytać do końca tą znakomitą powieść. Chyba mój największy zawód wakacji, zaraz po tym miłosnym... :)

Ah, no i nie wspomniałem, że Hłasko w cudownie lekki sposób prowadzi dialogi, mistrzowsko posługując się slangiem i wszelkiego rodzaju dźwiękonaśladownictwem!

Polecam opowiadania polskiego literata-buntownika wszystkim tym, którzy lubią się zdołować w melancholijne, jesienne popołudnia. Serio - można wpaść w małą depresję!

Zdjęcie pochodzi z: www.kameralnakawiarnia.pl

środa, 7 sierpnia 2013

RECENZJA #12: Karun Premium - sok z granatu / TRIP #1



Upał. W przedziale siedzi pięciu mężczyzn. Mimo szybkiej jazdy panuje okropny zaduch. Ruch firanki przy oknie jest zwodniczy i irytujący - nie ma tutaj mowy o żadnym ożywczym wiaterku. Podsumujmy: pięciu mężczyzn to dziesięć par skarpet w zakutym obuwiu, dziesięć pach, tyleż samo pachwin i pięć (prawdopodobnie) spoconych pośladów i pleców. Fabryka potu i ciepła pracuje pełną parą...

Dwóch towarzyszy po mojej prawej stronie to typy dziwnych biznesmenów. Bawią się w jakieś internetowe radio czy coś. Pierwszy (wizjoner) pieprzy już drugi raz o jakimś naborze ludzi, castingach, terminach, wahaniach, ustaleniach, prezentacjach i serwerach. Utwierdził mnie w przekonaniu, że jednak da się mieć bledszą karnację skóry niż ja. Włoski na żel w starym stylu na całej czuprynie nie dodają mu chyba szczególnego uroku. W dodatku zawsze kiedy zabiera głos na dłużej w przedziale zaczyna capić mocniej niż zwykle (możecie dodać jeden nieświeży oddech do podsumowania w akapicie powyżej...). Jego interlokutor - grubasek siedzący przy drzwiach - tylko przytakuje, rzadko biorąc czynny udział w dialogu (czy raczej monologu). Zazwyczaj włącza się, kiedy zniewieściały kolega gubi się w sprawach formalnych tj. na przykład warunkach umów lub pomija jakąś względnie ważną kwestię. Mimo wszystko dobrze, że dwójka pizdusiów wybrała właśnie te miejsca - z nudów nawet ta głupia gadka jest lepsza niż męczące cisza.

Naprzeciw grubaska kolorowy chłopiec. Ogląda film na laptopie. Słuchawki czołgisty, okularki, rzadka szczecinka. Dość szeroki w barach. Czuję że nawiązała się między nami nić porozumienia - w końcu oboje gapimy się w ekrany. Różnica jest taka, że ja go wirtualnie obgaduje, a on raczej nie poddaje mojego istnienia głębszej refleksji.

I wreszcie dochodzimy do wisienki na torcie - mężczyzna naprzeciwko mnie. To chodzący testosteron, ale bez przesadnego umięśnienia, za to z solidną waskularyzacją. Sączy już drugiego Harnasia, luzacko przykitranego pod ramieniem. Prawdziwi twardziele nie potrzebują wody mineralnej! Słucha muzyki na oldskulowej empetrójce Panasonic z wystającym USB. Kiedy przypada nam cichszy odcinek trasy słyszę wyraźnie uliczny rap. Niby pasuje to profilu macho i nieskomplikowanego wyrazu twarzy, ale szkoda że to nie coś bardziej zaskakującego typu soundtrack z Ojca Chrzestnego. Gdyby był bardziej opalony powiedziałbym że to robotnik, ale że jest tylko trochę ciemniejszy ode mnie - może dostawca albo magazynier. Wyobrażam sobie, że jedzie od (ewentualnie do) kobity. W małym bagażu akurat jest miejsce na: cichy na zamianę, piankę do golenia, kilka piw i wygniecioną paczkę kondonów. Eh, ja to mam bujną wyobraźnię, co..?

A teraz słów kilka o soku z granatu firmy Karuna Premium. Jako poszukiwacz nowych smaków ze szczerym zainteresowaniem kupiłem ten cholernie drogi napitek (13,50 zł!!!). Nie odstraszyło mnie nawet to, iż produkują to w Rosji! Smak najpierw dość słodki, później cierpki. Szklana, litrowa butelka jest nieporęczna, a duży gwint sprawa, że bezpośrednio z opakowania pije się średnio. Sok jest pasteryzowany, a na butelce znajduje się informacja - po otwarciu spożyć w ciągu trzech dni. Ja bym nie ryzykował... Sok otrzymuje ode mnie trójkę plus - mimo, że nie przypadł mi do gustu, to zaspokajał moje pragnienie całe popołudnie - Poznaniak przecież niczego nie wyrzuci!

Królewskie Łazienki w Portosie!
No i wypada jeszcze napisać jak się udała krótka wyprawa do Warszawie. Wiza odebrana pierwszego dnia, co prawda nie bez uciążliwego czekania charakterystycznego dla biurokracji rodem z Azji Mniejszej, ale nie było źle. Zdążyłem wpaść w między czasie do Złotych Tarasów, zjeść makaronik w Italian Corner & Cafe. Później spędziłem miło czas na pogawędce z młodym właścicielem jakiegoś podrzędnego lokalu a la kawiarenka na Malczewskiego. Zmęczony całym dniem, zaraz po otrzymaniu dokumentu (i krótkim odpoczynku w Parku Dreszera) pojechałem do znanego mi już wcześniej, trzygwiazdkowego hotelu Portos, aby przynajmniej jedną noc napawać się jego wysokim standardem. Pod wieczór posnułem się po nieciekawych blokowiskach Mokotowa, zrobiłem małe zakupy w lokalnych delikatesach i dość szybko poszedłem spać.

No proszę! Kultura & Fetysze dotarła na Centralną!
Dziś zjadłem cudowne śniadanie w opcji szwedzki stół (za uwaga: 6 zł; słownie sześć złotych) i odwiedziłem standardowe miejscówki: Łazienki, Starówkę, Pałac Prezydencki, Kościół św. Anny czy Stadion Narodowy. Największej radochy jak zawsze dostarczają hasające wiewióry i szlachetne pawie w połączeniu z niezdarnymi kroczkami dzieci próbujących dopaść cały ten zwierzyniec. Koło siedemnastej zakotwiczyłem w Burger Kingu i oddałem się ulubionemu zajęciu - ocenianiu dopasowania i wyglądu parek przechadzających się po galerii. Kończąc tego posta jestem już za Koninem. Zbliżam się do kochanego dworca-chlebaka! I szkoda tylko że nie zamoczyłem ust w Królewskim. Dacie wiarę, że w osiedlowym sklepiku o którym wspominałem wyżej był JEDYNIE w opcji puszkowej!? Pech chciał, że przyzwyczaiłem się ostatnio do szkła i inaczej już (raczej) nie pijam!


Zwierzyniec w Parku Łazienkowskim!
Piękny portret gołębia mi wyszedł, prawda?

poniedziałek, 5 sierpnia 2013

RECENZJA #11: Bonanza / TRIP #1



Poranna podróż pociągiem to cudowny czas na refleksję. Przez okno wdzierają się pierwsze promienie słońca, zaspane dziewczyny drzemią z wyciągniętymi na sąsiednich siedzeniach stopami (jedna taka znajduje się na przeciwko mnie, szkoda że podróżuje z rodzicami - nie pogodosz), a wózkowy odnotowuje rekordową sprzedaż kawy, której zapach roznosi się po przedziale. Umysł jest jasny, gotowy do pracy na wysokich obrotach.

Przed wyjazdem obowiązkowa wizyta w KFC. Nie byłem głodny, ale miałem dość czasu żeby spokojnie usiąść i pogapić się na ludzi. Po kilku chwilach po przekątnej usadowiła się cudowna dziewczyna, która wręcz nie pasowała do tego szarego obrazka. Nazwałem ją Lena, była szczupła, ładna i miała piękne, długie, jasne blond włosy. Ubrana w luźny, biały top z flagą Zjednoczonego Królestwa i krótkie dżinsowe spodenki odsłaniające sporo opalenizny wyglądała naprawdę zjawiskowo. Cud, miód, malina! Na dodatek czytała książkę (inteligentka!?) i co jakiś czas ogrzewała policzki kubkiem z kawą, co prezentowało się naprawdę słodko. Kątem oka zauważyłem pierwsze litery tytułu z okładki - in. Pozwoliło mi to wymyślić dalszy ciąg historii - Lena fascynuje się Indiami i planuje kiedyś tam pojechać. Akurat kończyłem Colę, kiedy zaczęła wzruszać swoją burzę słomianych włosów. Zastygłem w bezruchu ze słomką w ustach (jak kretyn) i wtedy nasze spojrzenia na moment się skrzyżowały; wymieniliśmy nikłe uśmiechy (chociaż to może być już moja nadinterpretacja). Siedziała jeszcze kilka minut, później rzuciła okiem na wyświetlacz telefonu, uprzątnęła czerwoną tackę i wyszła. Musiała nie słyszeć moich dramatycznych nawoływań - zostań, zostań jeszcze parę chwil! Mogła nie słyszeć, w końcu nie każdy opanował telepatię... Szkoda, że nie wierzę w swoją kiepską gadkę - Lena była warta tego, żeby spróbować ją poznać, tak myślę... A książka ostatecznie nazywała się Indygo, co popsuło odrobinę moje wyobrażenia. Ciekawe gdzie jedzie, a może właśnie wróciła do domu i jest samotną Poznanianką? Nie - takie dziewczyny zawsze mają partnerów lub zastępy adoratorów. Zresztą nie ważne - dzięki niej miałem rozmarzony ranek i to się liczy! Jest jeszcze jednak opcja - którą boję się wypowiedzieć na głos - może Lena jest teraz w którymś z wagonów i zmierza do stolicy tym samym pociągiem co ja!? Nie, to byłoby zbyt piękne...

Co ja tam miałem recenzować? Ah, no tak - Bonanza! Droga do szczęścia. To jedyna rzecz, której żałuję wyruszając po turecką wizę - stracę przynajmniej jeden odcinek tego łebskiego westernu. A serial to nie byle jaki - każdy odcinek to osobna historia rodu Cartwrightów zamieszkujących ranczo w Newadzie. Mimo, że saga ma ponad pięćdziesiąt lat i rozwijała się wraz z moją mamą, potrafi pozytywnie zaskakiwać - jak widać dobre historie się nie starzeją. Odcinków jest ponad 400, serial leci od poniedziałku do piątku na TVP1 o 15.20. Gorąco zachęcam, choć sam do tej pory widziałem zaledwie kilka epizodów!

Swoją drogą klimat Dzikiego Zachodu ma swój urok. Małe miasteczka z zimnym piwem w saloonach, napady na banki i wypasanie bydła. Prawa szybkiej ręki, twardej pięści i męskiej przyjaźni*. Chcesz być bezpieczny? Spłódź kilku synów, powieś strzelby przy kominku i najważniejsze - żyj w zgodzie z Indianami, żeby nigdy nie (nie)obudzić się z nożem lub strzałą pod łopatką.

A do płodzenia potomków, kto by się najlepiej nadał? Wierna, niebieskooka LENA o gołębim sercu!

*A propos męskiej przyjaźni - cieszyłem się, że zobaczę mojego serdecznego kolegę, gdyż miał pracować w stolicy całe wakacje. Wczoraj wysłałem mu radosną wiadomość o moim planowanym przyjeździe, licząc na pełną entuzjazmu odpowiedź, a tutaj figa. Może pozwolę sobie zacytować jego smsa (mam nadzieję, że nie będzie miał mi tego za złe): "No to mamy zgranie, ja dzisiaj do domu wróciłem :P" Tyle w temacie...

Moja droga do Warszawki. Może to pierwszy przystanek w drodze do lepszego życia, w mojej bonanzie..? Sam w obcym mieście pełnym możliwości. Muszę wybrać się Agrykolę! Czemu? Tak sobie wymyśliłem... Może jakiś pojedynek w słońca zenicie? :)

Zdjęcie pochodzi z: aleseriale.pl