środa, 28 sierpnia 2013
PRZYGODY PANA BOROWIKA #3: MARZENIA
poniedziałek, 26 sierpnia 2013
niedziela, 25 sierpnia 2013
niedziela, 18 sierpnia 2013
RECENZJA #15: Bluza Knife in heart
Oh! Cóż za cudowny model... -.-' |
Nigdy nie przywiązywałem ZBYT
dużej wagi do ubrań. Prawdę mówiąc dopiero od czasów liceum zacząłem zwracać
większą uwagę na to co mam na sobie. Ale ostatnio (nie wiem czy to z nudów, czy
z chęci poczynienia jakiś zmian w swoim życiu) zacząłem interesować się
ciekawymi streetwearowymi brandami. Mój pierwszy nabytek, z którego jestem
niezwykle dumny to czerwona bluza z emblematem Knife in Heart wypuszczona przez Loyalty in Friends Establishment, a nabyta przeze mnie w odrobinę
niszowym, poznańskim sklepie odzieżowym Neat.
Bluza nie jest przesadnie ciepła
(gramatura 300g/m2), ma wygodne ściągacze przy rękawach i w pasie. Czarne logo
na klatce piersiowej to moim zdaniem mistrzostwo świata! 55% z bawełna, 45% poliester, świetne
wykończenie! Na uwagę zasługuje metka z jakże prawdziwym życiowym hasłem: Fuck fake love & half ass friends. O
jakżeż to prawdziwe! Jak cudownie pasuje do miejsca, w którym jestem teraz!
Chyba o wydaniu niebagatelnie dużych pieniążków na tę bluzę zdecydowała
właśnie to zdanie, z którym mogę się w pełni utożsamiać. Bo przecież o to
właśnie chodzi, żeby czuć się w ubraniu pewnie i swobodnie, prawda?
Sam sklepik znajduje się w Pasażu
pod Złotą Kulą, na ul. Święty Marcin 45. W wakacje okolica jest nieco wymarła,
można spokojnie zamienić kilka słów z przyjaźnie nastawionym sprzedawcą i dobić
żydowskiego targu. Może asortyment nie jest oszałamiający, ale podejrzewam, że
każdy koneser znajdzie coś dla siebie. Warto śledzić fanpage butiku, na którym pojawiają się informacje o nowych
dostawach i promocjach, a także zdjęcia części towaru.
Kiedy byłem ostatnio w Warszawie
pech chciał, że w hotelowym pokoju było miękkie, dwuosobowe łóżko. Jeszcze do
niedawna byłem pewien, że przyszłoby mi je z kimś dzielić. Teraz nie wiem już nic. Fuck fake love...
You're gonna catch a cold
From the ice inside your soul (...)
You're gonna catch a cold
From the ice inside your soul (...)
Etykiety:
#15,
bluza,
ciuchy,
clothes,
czerwona,
establishment,
fake,
fuck,
heart,
in,
knife,
lifestab,
love,
loyalty in friends,
neat,
recenzja,
RECENZJE RÓŻNE,
red,
streetwear
piątek, 16 sierpnia 2013
RECENZJA #14: The Wolverine 3D
Pierwszy raz w życiu byłem sam w
kinie. Wieczór zdawał się być bardziej przygnębiający niż zwykle. Zanosił się
na jeden z tych trudniejszych. Musiałem
więc zafundować sobie odrobinę przyjemności. Głównie chodziło o to, żeby
opuścić cztery ściany i nie zwariować. Wybrałem się na The Wolverine'a 3D.
Szlag by to trafił, że w drodze
do kina spotkałem znajomych z liceum. Skłamałem, że umówiłem się z kimś na
mieście. Co innego miałem powiedzieć? Że wyjątkowo wybrałem inny sposób
spędzenia wieczoru niż browary na murku? Że nie ogarniam ostatnio życia? O nie!
Minęliśmy się szybko na przejściu dla pieszych. Jedną z dziewczyn była kuzynka
mojej byłej. Kurczę, gdzie się nie ruszę coś mi o niej przypomina. Zresztą, czy
normalnie wybrałbym się do kina SAM o tej porze?
W żołnierskich słowach: film dupy
nie urywa. Dobre efekty specjalne, prosta historia (która potrafi jednak w
kilku miejscach zaskoczyć nagłym zwrotem akcji) i klimat Japonii - to
największe plusy obrazu. Prawdą jest również to, że Hugh Jackman w roli Logana
sprawdza się znakomicie. Po mistrzowsku potrafi grać postać Rosomaka, który
szybciej wysuwa swoje pazury niż myśli. Siła, instynkt, podatność na emocje -
takich superbohaterów lubię najbardziej. Nie chcę odbierać widzowi przyjemności
z oglądania, więc nie zdradzę szczegółów fabuły, ale niepokoi mnie odrobinę nadmierna
schematyczność kolejnych historii spod szyldu Marvela. Mowa tu o maksymalnym upodleniu głównego bohatera i
pozbawieniu go absolutnie wszystkiego, łącznie ze specjalnymi umiejętnościami,
po czym odzyskaniu wigoru krótko przed walką z bossem. Kiedyś wszelkiej maści dobrzy-mutanci
nie tracili kontroli nad sytuacją w AŻ takim stopniu, no ale może się czepiam.
W końcu ciężko wymyślić coś bardziej sensowego chcąc utrzymać dojrzałość i
mroczność serii. Dobrze, że producenci ograniczyli liczbę ujęć z podtekstami
erotycznymi do niezbędnego minimum. I tak stężenie szczęśliwych parek na sali
nie było dla mnie tego wieczoru zbyt komfortowe.
Dwuznaczne okazała się krótka
scenka po wstępnych napisach końcowych, która zwiastuje jakąś większą rozróbę w
kolejnych epizodach. Wygląda na to, że Mutanci będą musieli porzucić dzielące
ich granice i wspólnie stawić czoła nowemu zagrożeniu - niebezpiecznej broni
stworzonej przez ludzi.
Seans zakończył się grubo po 23.
Tramwaje już nie kursowały, więc miałem przyjemny, ponad pół godzinny spacer do
domu. Narzuciłem sobie dosyć szybkie tempo i z radością przywitałem delikatne
mrowienie łydek (tego dnia harataliśmy jeszcze z kolegami w gałę) - zwiastun
zmęczenia i łatwiejszego uśnięcia. I tylko trochę smutno, że inny chodzi teraz
do kina z moją byłą kobietą.
Niejeden raz pewnie stracę kontrolę,
czasami w nerwach sam nie wiem co robię.
Wyluzuj Brat, realizuj swój projekt.
Wyluzuj Brat, jeszcze nie wszystko stracone.
~Zaginiony,
Stracić kontrolę
Komentujcie! :)
Zdjęcie pochodzi z: www.marvelcomics.pl
wtorek, 13 sierpnia 2013
RECENZJA #13: Wyborowa Watermelon & Mint Fresh
Według szanownej Pani Lidki z
osiedlowego składu - absolutny hit sezonu. Mówiła tak pięknie i kwieciście, że
się skusiliśmy. Chwyciłem szybko flaszkę za pazuchę i pędem ruszyliśmy w stronę
domostwa naszego trzeciego towarzysza. Zapowiadał się całkiem miły wieczór - trzej muszkieterowie, eliminacje do Ligi Europejskiej i napój spirytusowy o smaku arbuza z nutą mięty. Nasza drużyna miała
złoić skórę niżej notowanym przeciwnikom zza wschodniej granicy, a smakołyk
miał delikatnie zrelaksować nasze łepetyny w opcji bez popity. Taaa...
Po kilkuminutowym użeraniu się ze
znalezieniem działającej transmisji, siedliśmy (nie)wygodnie, aby rozkoszować się późnym
popołudniem i napawać zwycięstwem. Nie było czasu na chłodzenie, kieliszki od
razu poszły w ruch. Dusznota w pokoju i ciepły alkohol - NIE POLECAMY!
Mimo, iż to tylko dwadzieścia
pięć procent, to dziwnie mocno drażni w gardło. Drugi shot musiał być dość obficie zalany Tymbarkiem! Okropieństwo! Prawdopodobnie gdyby trunek był porządnie
wychłodzony i podawany z owocowymi koreczkami, nasza ocena byłaby inna. Jako,
że nie było to żadne Gay Party (chociaż
gospodarz czuł się zadziwiająco swobodnie paradując jedynie w krótkich
spodenkach...) - nikt nie zatroszczył się o jakieś odpowiednie jedzonko. Wyborowa tak bardzo zniechęciła nas do
dalszego picia, że zrezygnowaliśmy z Finlandii,
która czeka lepszych czasów.
Mecz co prawda wygraliśmy, ale
nie przeszliśmy do kolejnej rundy, co nie poprawiło naszych humorów. A miało
być: Na Rumaku do Europy! Wcześniej niż zwykle, w nietęgich
humorach rozeszliśmy się do domów. Samopoczucia nie poprawiła mi również
gumiasta zapiekanka za pięć złotych.
Mój powrót do domu był
melancholijny, tak jak każdy ostatnio spacer. Szedłem wolno, przyglądałem się
niebu i drzewom. Dopadały mnie smutne, życiowe refleksje i wspomnienia
spalonych mostów.
(...) Zarzucam kaptur na łeb w
cieniu uschniętych drzew,
Świat z kineskopów mówi
"uśmiechnij się!"
Wdycham stres, szukam nadziei w
jutrze (...)
~ Feelhip, Wewnętrzny chłód
Plusy:
+ Ładna etykieta i żywy kolor trunku
+ Być może mogłyby wyjść z tego
niezłe drinki z dodatkami na babskie wieczory...
Minusy:
- Drażniący w gardło smak mięty
- Nawet jedna uroniona kropelka sprawia, że wszystko dookoła się klei!
- Mało procentów
Teraz mam do Was dwa pytania:
Czy ktokolwiek czyta moje wpisy? Czy
macie jakieś refleksje lub odczucia odnośnie formy i treści? Z chęcią podjąłbym
jakąś małą interakcję, jeżeli oczywiście jest tam kto, po drugiej stronie
lustra... Piszcie w komentarzach!
Ilustracja pochodzi z: www.mojito.info.pl
środa, 7 sierpnia 2013
RECENZJA #12: Karun Premium - sok z granatu / TRIP #1
Upał. W przedziale siedzi pięciu
mężczyzn. Mimo szybkiej jazdy panuje okropny zaduch. Ruch firanki przy oknie
jest zwodniczy i irytujący - nie ma tutaj mowy o żadnym ożywczym wiaterku.
Podsumujmy: pięciu mężczyzn to dziesięć par skarpet w zakutym obuwiu, dziesięć
pach, tyleż samo pachwin i pięć (prawdopodobnie) spoconych pośladów i pleców. Fabryka
potu i ciepła pracuje pełną parą...
Dwóch towarzyszy po mojej prawej
stronie to typy dziwnych biznesmenów. Bawią się w jakieś internetowe radio czy
coś. Pierwszy (wizjoner) pieprzy już drugi raz o jakimś naborze ludzi,
castingach, terminach, wahaniach, ustaleniach, prezentacjach i serwerach.
Utwierdził mnie w przekonaniu, że jednak da się mieć bledszą karnację skóry niż
ja. Włoski na żel w starym stylu na całej czuprynie nie dodają mu chyba
szczególnego uroku. W dodatku zawsze kiedy zabiera głos na dłużej w przedziale
zaczyna capić mocniej niż zwykle (możecie dodać jeden nieświeży oddech do
podsumowania w akapicie powyżej...). Jego interlokutor - grubasek siedzący przy
drzwiach - tylko przytakuje, rzadko biorąc czynny udział w dialogu (czy raczej
monologu). Zazwyczaj włącza się, kiedy zniewieściały kolega gubi się w sprawach
formalnych tj. na przykład warunkach umów lub pomija jakąś względnie ważną
kwestię. Mimo wszystko dobrze, że dwójka pizdusiów wybrała właśnie te miejsca -
z nudów nawet ta głupia gadka jest lepsza niż męczące cisza.
Naprzeciw grubaska kolorowy
chłopiec. Ogląda film na laptopie. Słuchawki czołgisty, okularki, rzadka
szczecinka. Dość szeroki w barach. Czuję że nawiązała się między nami nić
porozumienia - w końcu oboje gapimy się w ekrany. Różnica jest taka, że ja go
wirtualnie obgaduje, a on raczej nie poddaje mojego istnienia głębszej
refleksji.
I wreszcie dochodzimy do wisienki
na torcie - mężczyzna naprzeciwko mnie. To chodzący testosteron, ale bez
przesadnego umięśnienia, za to z solidną waskularyzacją. Sączy już drugiego
Harnasia, luzacko przykitranego pod ramieniem. Prawdziwi twardziele nie
potrzebują wody mineralnej! Słucha muzyki na oldskulowej empetrójce Panasonic z
wystającym USB. Kiedy przypada nam cichszy odcinek trasy słyszę wyraźnie
uliczny rap. Niby pasuje to profilu macho i nieskomplikowanego wyrazu twarzy,
ale szkoda że to nie coś bardziej zaskakującego typu soundtrack z Ojca Chrzestnego. Gdyby był bardziej
opalony powiedziałbym że to robotnik, ale że jest tylko trochę ciemniejszy ode
mnie - może dostawca albo magazynier. Wyobrażam sobie, że jedzie od
(ewentualnie do) kobity. W małym bagażu akurat jest miejsce na: cichy na zamianę,
piankę do golenia, kilka piw i wygniecioną paczkę kondonów. Eh, ja to mam bujną
wyobraźnię, co..?
A teraz słów kilka o soku z
granatu firmy Karuna Premium. Jako poszukiwacz
nowych smaków ze szczerym zainteresowaniem kupiłem ten cholernie drogi napitek
(13,50 zł!!!). Nie odstraszyło mnie nawet to, iż produkują to w Rosji! Smak
najpierw dość słodki, później cierpki. Szklana, litrowa butelka jest
nieporęczna, a duży gwint sprawa, że bezpośrednio z opakowania pije się średnio.
Sok jest pasteryzowany, a na butelce znajduje się informacja - po otwarciu spożyć w ciągu trzech dni. Ja bym nie
ryzykował... Sok otrzymuje ode mnie trójkę plus - mimo, że nie przypadł mi
do gustu, to zaspokajał moje pragnienie całe popołudnie - Poznaniak przecież
niczego nie wyrzuci!
Królewskie Łazienki w Portosie! |
No proszę! Kultura & Fetysze dotarła na Centralną! |
Dziś zjadłem cudowne śniadanie w
opcji szwedzki stół (za uwaga: 6 zł; słownie sześć złotych) i odwiedziłem standardowe
miejscówki: Łazienki, Starówkę, Pałac Prezydencki, Kościół św. Anny czy Stadion
Narodowy. Największej radochy jak zawsze dostarczają hasające wiewióry i
szlachetne pawie w połączeniu z niezdarnymi kroczkami dzieci próbujących dopaść
cały ten zwierzyniec. Koło siedemnastej zakotwiczyłem w Burger Kingu i oddałem się ulubionemu zajęciu - ocenianiu
dopasowania i wyglądu parek przechadzających się po galerii. Kończąc tego posta
jestem już za Koninem. Zbliżam się do kochanego dworca-chlebaka! I szkoda tylko że nie zamoczyłem ust w Królewskim. Dacie wiarę, że w osiedlowym
sklepiku o którym wspominałem wyżej był JEDYNIE w opcji puszkowej!? Pech
chciał, że przyzwyczaiłem się ostatnio do szkła i inaczej już (raczej) nie
pijam!
Zwierzyniec w Parku Łazienkowskim! |
Piękny portret gołębia mi wyszedł, prawda? |
Etykiety:
#1,
#12,
gołębie,
granat,
Karun,
Łazienki,
Mokotów,
Park Dreszera,
PODRÓŻE,
Premium,
recenzja,
RECENZJE JEDZENIA,
sok,
Warszawa,
wiewiórki,
Złote Tarasy
poniedziałek, 5 sierpnia 2013
RECENZJA #11: Bonanza / TRIP #1
Poranna podróż pociągiem to
cudowny czas na refleksję. Przez okno wdzierają się pierwsze promienie słońca,
zaspane dziewczyny drzemią z wyciągniętymi na sąsiednich siedzeniach stopami
(jedna taka znajduje się na przeciwko mnie, szkoda że podróżuje z rodzicami -
nie pogodosz), a wózkowy odnotowuje rekordową sprzedaż kawy, której zapach
roznosi się po przedziale. Umysł jest jasny, gotowy do pracy na wysokich
obrotach.
Przed wyjazdem obowiązkowa wizyta
w KFC. Nie byłem głodny, ale miałem dość czasu żeby spokojnie usiąść i pogapić
się na ludzi. Po kilku chwilach po przekątnej usadowiła się cudowna dziewczyna,
która wręcz nie pasowała do tego szarego obrazka. Nazwałem ją Lena, była szczupła, ładna
i miała piękne, długie, jasne blond włosy. Ubrana w luźny, biały top z flagą
Zjednoczonego Królestwa i krótkie dżinsowe spodenki odsłaniające sporo
opalenizny wyglądała naprawdę zjawiskowo. Cud, miód, malina! Na dodatek czytała
książkę (inteligentka!?) i co jakiś czas ogrzewała policzki kubkiem z kawą, co prezentowało się naprawdę słodko.
Kątem oka zauważyłem pierwsze litery tytułu z okładki - in. Pozwoliło mi to
wymyślić dalszy ciąg historii - Lena fascynuje się Indiami i planuje kiedyś tam
pojechać. Akurat kończyłem Colę, kiedy zaczęła wzruszać swoją burzę słomianych
włosów. Zastygłem w bezruchu ze słomką w ustach (jak kretyn) i wtedy nasze spojrzenia na
moment się skrzyżowały; wymieniliśmy nikłe uśmiechy (chociaż to może być już
moja nadinterpretacja). Siedziała jeszcze kilka minut, później rzuciła okiem na
wyświetlacz telefonu, uprzątnęła czerwoną tackę i wyszła. Musiała nie słyszeć
moich dramatycznych nawoływań - zostań,
zostań jeszcze parę chwil! Mogła nie słyszeć, w końcu nie każdy opanował
telepatię... Szkoda, że nie wierzę w swoją kiepską gadkę - Lena była warta
tego, żeby spróbować ją poznać, tak myślę... A książka ostatecznie nazywała się
Indygo, co popsuło odrobinę moje wyobrażenia. Ciekawe gdzie jedzie, a może
właśnie wróciła do domu i jest samotną Poznanianką? Nie - takie dziewczyny
zawsze mają partnerów lub zastępy adoratorów. Zresztą nie ważne - dzięki niej
miałem rozmarzony ranek i to się liczy! Jest jeszcze jednak opcja - którą boję
się wypowiedzieć na głos - może Lena jest teraz w którymś z wagonów i zmierza
do stolicy tym samym pociągiem co ja!? Nie, to byłoby zbyt piękne...
Co ja tam miałem recenzować? Ah,
no tak - Bonanza! Droga do szczęścia. To jedyna rzecz, której żałuję wyruszając
po turecką wizę - stracę przynajmniej jeden odcinek tego łebskiego westernu. A
serial to nie byle jaki - każdy odcinek to osobna historia rodu Cartwrightów
zamieszkujących ranczo w Newadzie. Mimo, że saga ma ponad pięćdziesiąt lat i
rozwijała się wraz z moją mamą, potrafi pozytywnie zaskakiwać - jak widać dobre historie się nie starzeją.
Odcinków jest ponad 400, serial leci od poniedziałku do piątku na TVP1 o 15.20.
Gorąco zachęcam, choć sam do tej pory widziałem zaledwie kilka epizodów!
Swoją drogą klimat Dzikiego Zachodu
ma swój urok. Małe miasteczka z zimnym piwem w saloonach, napady na banki i
wypasanie bydła. Prawa szybkiej ręki, twardej pięści i męskiej przyjaźni*.
Chcesz być bezpieczny? Spłódź kilku synów, powieś strzelby przy kominku i
najważniejsze - żyj w zgodzie z Indianami, żeby nigdy nie (nie)obudzić się z nożem lub strzałą pod łopatką.
A do płodzenia potomków, kto by
się najlepiej nadał? Wierna, niebieskooka LENA o gołębim sercu!
*A propos męskiej przyjaźni -
cieszyłem się, że zobaczę mojego serdecznego kolegę, gdyż miał pracować w stolicy całe wakacje. Wczoraj
wysłałem mu radosną wiadomość o moim planowanym przyjeździe, licząc na pełną
entuzjazmu odpowiedź, a tutaj figa. Może pozwolę sobie zacytować jego smsa (mam
nadzieję, że nie będzie miał mi tego za złe): "No to mamy zgranie, ja
dzisiaj do domu wróciłem :P" Tyle w temacie...
Moja droga do Warszawki. Może to
pierwszy przystanek w drodze do lepszego życia, w mojej bonanzie..? Sam w obcym
mieście pełnym możliwości. Muszę wybrać się Agrykolę! Czemu? Tak sobie
wymyśliłem... Może jakiś pojedynek w słońca zenicie? :)
Zdjęcie pochodzi z: aleseriale.pl
Zdjęcie pochodzi z: aleseriale.pl
Subskrybuj:
Posty (Atom)